Postprawda. Słowo roku 2016

tablet-1632909_1920Ogłoszono słowo mijającego roku. Słowo, które krótko i dobitnie podsumowuje to, co się właśnie na naszych oczach dzieje, a co tak przeraża myślących ludzi na całym świecie. To słowo to POSTPRAWDA. Sami ją sobie na własnej piersi wychodowaliśmy i sami będziemy w najbliższym czasie spijać jej zatrute populizmem owoce.

Wyboru słowa roku jak zawsze dokonali językoznawcy ze związanego z brytyjskim uniwersytetem wydawnictwa Oxford Dictionaries, o czym w krótkiej notce wspomniał tygodnik „Polityka”. Postprawda (ang. post-true) to „stan, w którym emocje silniej kształtują opinię publiczną, niż fakty”. Dziękuję za to słowo! Brakowało mi takiego krótkiego, mocnego słowa – wytłumaczenia rosnącego i co rusz potwierdzanego wynikami wyborów poparcia dla populistów w kolejnych demokracjach. Populistów od prawa do lewa, których cechą wspólną jest to, że hojnymi ustami podsuwają łatwe i nierealizowalne zarazem propozycje rozwiązań spraw bardzo trudnych, złożonych, skomplikowanych (vide – niska dzietność, masowe migracje, pauperyzacja społeczeństw etc.).

Żyjemy w memokracji. Pojęcie memu wprowadził do publicznego obiegu Richard Dawkins w książce „Samolubny gen”. W tej przełomowej, wciąż żywo dyskutowanej pracy, autor określił mem mianem jednostki ewolucji kulturowej, takiej jak myśl, idea, wzorzec informacji zdolny do roprzestrzeniania się –  „infekowania” sobą kolejnych nosicieli i do modyfikacji ich zachowań. Memami wg. Dawkinsa będą więc np. hity muzyczne, które zaczynamy nucić, bon moty zaczerpnięte z filmowych dialogów, którymi posługujemy się w rozmowach, moda na trampki, albo dziurawe spodnie, powielana w tysiącach odsłon na naszych ulicach, moda na tego albo tamtego celebrytę, czy… obiegowe opinie stające się „prawdą ludową”. Religie, systemy polityczne etc. stanowią grupy memów, tzw. memplexy, które działając razem wzajemnie się wspierają, zyskując dzięki temu większe szanse na sukces ewolucyjny – przetrwanie, powielenie się, przekazanie z pokolenia na pokolenie.

W założeniu wszystkie memy mają równe szanse na sukces, czyli zainfekowanie sobą odpowiednio szerokiej grupy ludzi. To oczywiście jedynie teoria, weryfikowana przez filtr mediów. W rzeczywistości, poza odpowiednim stopniem zaraźliwości, memowi potrzeba wsparcia – musi przejść wstępne sito selekcyjne u specjalistów od zarażania, czyli np. ekspertów danej dziedziny (jeśli mówimy o nauce) lub osób decydujących o tym, co jest wartościową informacją, a co nią nie jest (profesjonalni dziennikarze, wydawcy, producenci telewizyjni etc.).

Tak to wyglądało jeszcze do niedawna – poza nielicznymi, bardzo wysoce zaraźliwymi memami, większość „memów sukcesu” osiągała go bo: a) miały wysoki potencjał infekowania; b) jakiś profesjonalista, spec od uwiarygodniania i/lub rozprzestrzeniania informacji stworzył odpowiednie środowisko do wywołania społecznej infekcji memem.

Dziś jest inaczej.

Dziś zaczęło się wraz z ewolucją internetu. Najpierw pojawiły się wyszukiwarki i ich rankingi popularności, gdzie o pozycji danej strony decyduje jej popularność wśród userów, cytowalność, linkowalność etc. Potem zawojowały go blogi. Małe, zwykle jednoosobowe redakcje minimediów o różnym charakterze – magazyny modowe, kulinarne, kulturalne, polityczne, lifestyle’owe, naukowe… Choć w większości przypadków do słowa charakteryzującego blog należałoby dopisać przedrostek „para-„, ponieważ nader często autor bloga nigdy nawet nie otarł się o profesjonalizm w danym temacie, co nie przeszkadza mu się o nim wypowiadać. I wreszcie social media z królem Facebookiem na czele. Tutaj już każdy, kto tylko chce, ma ochotę i określony, własny pogląd na jakąkolwiek sprawę, może się wywnętrzyć na tej samej zasadzie, jak czyni to specjalista. O wadze wpisu nie zadecyduje jego wartość merytoryczna, tylko… liczba lajków, udostępnień, komentarzy.

A lajki, udostępnienia, komentarze, słowem „zaraźliwość” uzyskuje się wzbudzając emocje. Najlepiej negatywne.

Nie trzeba przeczytać książki, obejrzeć filmu, czy wystawy, żeby je skrytykować. Nie ma obowiązku mieć medycznego wykształcenia, żeby „wiedzieć lepiej”, że szczepienie dzieci niesie ze sobą więcej szkody, niż pożytku. Nie musisz zbadać autentyczności źródła, żeby rozpowszechniać dalej wysunięte przez kogoś innego oskarżenia na temat polityka, którego nie lubisz, osób o odmiennym światopoglądzie, wyznaniu, kolorze skóry, orientacji seksualnej etc.

W internecie możemy napisać, zalajkować, skomentować i bezmyślnie powielić każdą bzdurę, jaka tylko zagra nam w duszy. Pełna demokracja. Głupia, ale pełna.

Politycy, dziennikarze tradycyjnych mediów, naukowcy, celebryci i inni ludzie żyjący z kreowania i powielania memów uczą się od nas, zwykłych zjadaczy chleba. Był taki moment w trakcie internetowej rewolucji, gdy stara, elitarna „memoklasa” została z tyłu za nową, egalitarną. Wydawcy bezradnie patrzyli, jak spadają nakłady książek i gazet. Dziennikarze bełkotali coś o rzetelności i profesjonaliźmie. Aktorzy próbowali desperacko bronić swojej prywatności. Naukowcy starali się dyskutować merytorycznie.

A potem przyszedł Barack Obama, stworzył sobie konto na twitterze i wygrał wybory prezydenckie. Przyszedł Dan Brown i mnóstwo ludzi uwierzyło, że światem rządzi sekta Iluminatów. Gazety zastąpiły reportaże z daleka codzienną relacją spod domu małej Madzi z Sosnowca, a na sportowych portalach połowę głównej strony zajmują zdjęcia niemal nagich żon piłkarzy…

Prawdą stało się nie to, co nią faktycznie jest, tylko to, o czym ludzie chcą czytać, słuchać, z czym gotowi są się utożsamiać. To postprawda. Przyciągające wzrok, sugestywne obrazki okraszone krótkim, dobitnym hasłem.

Wybudujemy mur na granicy z Meksykiem

Wprowadzimy wysokie cła na towary z Chin

Sprowadzimy przemysł z powrotem do USA

Co z tego, że są to hasła niespełnialne i nic nie znaczące? Co z tego, że wsparte są kłamliwymi oskarżeniami pod adresem tego i tamtego, nieprawdziwymi wyliczeniami, deklaracjami, z których w następnej przemowie zaraz się wycofamy?

Nic z tego. Ważne, by dostać „lajka”. Ważne, by wygrać wybory.

Opublikowano Publicystycznie | Dodaj komentarz

Futu.re [recenzja]

futureNiezwykle cenię Glukhovsky’ego – przede wszystkim jako pisarza, ale także jako futurystę, który wysyłając swoich bohaterów do możliwych wersji naszej odległej przyszłości, opowiada wciąż przecież o teraźniejszości. Choć oczywiście mocno wyostrzonej, podanej w formie zgrabnej metafory. Przygodę z jego prozą zaczęłam od świetnego Metra 2033, potem była rewelacyjna kontynuacja Metro 2035 i wreszcie inna wizja rozwoju ludzkości zaproponowana w Futu.re.

Dla tych, którzy nie znają świata Metra – Glukhovsky skazał w nim ludzkość na atomową zagładę, którą przetrwali nieliczni. Ocaleni żyją niczym szczury w kanale, w podziemiach niezniszczalnej budowli – tunelach moskiewskiego Metra. Ludzie zamieszkujący Ziemię w „Futu.re”, choć próbowali, to jednak nie zdołali się wzajemnie do cna wymordować. Więcej nawet – zyskali nieśmiertelność. W każdym razie niektórzy. Nieśmiertelna jest większość mieszkańców Europy, część obywateli Panameryki (czyt. kontynentu północnoamerykańskiego), Chińczycy oraz ci szczęściarze spośród reszty ludzkości, którym udało się przeniknąć do wnętrza twierdzy Europa.

Domyślacie się, jakie są tego konsekwencje, prawda?

Po pierwsze, na Ziemi panuje kolosalne przeludnienie. Liczba żyjących na niej ludzi sięga kwot absurdalnych – sama Europa może pochwalić się populacją na poziomie 120 miliardów. Piękni, wiecznie młodzi Europejczycy zamieszkują wysokie niczym wieża Babel wieżowce, w których przyzwoite mieszkanie ma wymiary 2x2x2 metra. Egzystują w syntetycznym świecie, jedzą spreparowane jedzenie i konsumują, konsumują, konsumują. Nigdy nie umrą, ale jest jeden warunek – nie wolno im się rozmnażać. Jeśli złamią zakaz, dzieci zostaną im odebrane wraz z wiecznością. Zadbają o to specjalnie szkolone oddziały Nieśmiertelnych. Falanga (bo i tak są nazywani Nieśmiertelni) ma także za zadanie bronić Europy przed emigracją – prymitywnymi, mnożącymi się jak króliki, brzydko starzejącymi się i biednymi uchodźcami z Afryki i Azji…

Coś Wam to przypomina?

Słusznie, bo tak jak napisałam wyżej, Dmitry Glukhovsky, snując futurologiczne wizje, tak naprawdę pisze o problemach, z którymi już styka się, bądź przed którymi za moment stanie nasz świat. Hedonizm, kult młodości, nihilizm, wyrzeczenie się ideałów na rzecz niczym nieograniczonej konsumpcji z jednej strony i ci, którzy znaleźli się poza nawiasem – napierający na bramy naszego raju biedni, choć groźni uchodźcy (także ekonomiczni!) z drugiej strony. Czujemy, że to się dobrze nie skończy, prawda?

Słusznie. Nie skończy się dobrze, ale może… Może zły koniec nie będzie prawdziwym końcem, a jedynie oczyszczeniem? Rodzajem katharsis, z którego wyłoni się nowa, lepsza, na powrót autentyczna ludzkość? Nie wiem… Przeczytajcie „Futu.re” i sami zadecydujcie.

Ja jeszcze tylko chciałabym w kilku słowach wspomnieć o warsztacie pisarskim autora.

Książki Glukhovsky’ego są równocześnie piękne i straszne. Piękne, ponieważ ten stosunkowo młody rosyjski pisarz ma wyjątkową zdolność do kreowania wiarygodnych postaci, prawdziwej scenografii, sytuacji, w które się po prostu wierzy, a wszystko to podlewa sosem typowego dla wschodnioeuropejskiego pisarstwa liryzmu, bólem istnienia. Straszne, bo proza Dmitry’ego Glukhovsky’ego budzi grozę. Jest mroczna, niepokojąca i potwornie okrutna. Na szczęście w okrucieństwie pozostaje także bardzo szczera. Czytając „Futu.re” ani przez moment nie miałam wrażenia fałszu, epatowania ludzką krzywdą dla samego epatowania. Nie ma tu pornografii okrucieństwa. Jest za to zło w czystej postaci – ludzkiej postaci. Ono mówi o nas aż za wiele. I to jest chyba nabardziej przerażające.

Serdecznie polecam, także tym, którzy niekoniecznie lubią science fiction.

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Brzydzę się słowami NIGDY i ZAWSZE [wpis także o aborcji]

taijitu-161352_1280Znana i dotąd powszechnie lubiana piosenkarka postanowiła podzielić się ze światem informacją o tym, że usunęła ciążę. Uczyniła to chyba bez głębszej refleksji, sądząc po sformułowaniach, jakich użyła w udzielonym pewnej gazecie wywiadzie. I się zaczęło…

Próbowałam nie mieć z tematem nic wspólnego. Próbowałam nie czytać komentarzy pod dotyczącymi go tekstami, ponieważ raczej spodziewałam się tego, co tam zastanę – szamba wylanego na artystkę, która podjęła dość niefrasobliwą próbę wsparcia ruchu pro-choice. Oczywiście nie starczyło mi silnej woli i ostatecznie zanurkowałam w internetowym guanie zwanym „strefą dyskusji” (haha – dyskusja, akurat!). Na swoje usprawiedliwienie dodam, że udało mi się nie wziąć udziału w „rozmowach”, czy raczej słownych przepychankach, jakimi raczą się bywalcy wirtualnych forów. Także dlatego, że mam radykalnego zdania na ten temat. Dlatego, że brzydzę się słów ZAWSZE i NIGDY i unikam ich jak ognia w rozmowie z drugim człowiekiem. Nie ZAWSZE jest to możliwe i nie twierdzę, że NIGDY ich nie użyję, ale…

… staram się nie rozsiewać po świecie radykalnych poglądów. Żadnych. Także tych o aborcji, ponieważ nie sądzę, że ZAWSZE powinno się mieć prawo do aborcji i nie uważam równocześnie, że aborcja NIGDY nie stanowi lepszej alternatywy, niż urodzenie dziecka. Nie ZAWSZE antykoncepcja skutecznie działa i nie jest prawdą, że trauma po usunięciu ciąży NIGDY się nie pojawia.

Życie nie jest czarno-białe, wbrew temu, co usiłują sobie nawzajem wmawiać „dyskutanci” internetowych forów. Życie jest szare w wielu odcieniach, a czasem tak kolorowe, że głowa boli. Życie nie jest jednoznaczne i nie jest jednowymiarowe. Nie jest tak, że albo prawica, albo lewica, albo nic. Zwykle środek. I dlatego:

  • aborcja wcale nie musi kłócić się z poglądami osoby, która nie je mięsa z przyczyn ideologicznych
  • kobieta może uważać się za dobrą matkę dla dwojga dzieci urodzonych i równocześnie z niechęcią myśleć o kolejnym
  • artystka może cenić wyżej istnienie pszczelego roju, niż życie ludzkiego zarodka
  • człowiek może szanować życie i równocześnie nie uważać go za dobro absolutne

Z opinią jest jak z d..ą – każdy ma własną.

A wszystkim, którzy innym odmawiają prawa do wolności i do własnych poglądów i wszystkim, którzy próbują bezustannie przykrawać innych ludzi na swoje życzenie i swoją modłę, radzę: NIGDY nie mów NIGDY. Bo ZAWSZE jeszcze możesz znaleźć się w sytuacji, w której najlepszym dla ciebie wyborem okaże się ten, którego społeczeństwo nie będzie gotowe zaakceptować! Co wtedy powiesz? „Tak, ale”? „To szczególna sytuacja”? „Jestem wyjątkiem od reguły”?

Nie bądź hipokrytą.

Daj innym ludziom żyć.

Zacznij od narodzonych.

 

 

 

Opublikowano Filozoficznie, Publicystycznie | Dodaj komentarz

Król [recenzja]

krolPrzeczytałam najnowszą powieść Szczepana Twardocha. Planowałam odczekać aż opadną emocje, w zapomnienie pójdą pierwsze recenzje, zachwyty, ochy-i-achy i dopiero wtedy przystąpić do lektury, z głową wolną od gazetowych cytatów. Oczywiście nie udźwignęłam tego. Moja silna wola roztopiła się jak wosk, gdy czujne oko wypatrzyło „Króla” na księgarnianej półce. Nie byłam w stanie mu się oprzeć. Kupiłam, zabrałam do domu, przeczytałam.

I co? I nic!

Gdybym napisała, że czytałam i czytałam, bo nie mogłam oderwać się od lektury, byłoby to kłamstwem. Czytałam, ponieważ dopadło mnie przeziębienie, a gdy jestem chora, to właśnie robię w ramach terapii – leżę w łóżku, biorę leki i czytam – co najmniej jedną książkę dziennie.

Poprzednią powieść Twardocha, czyli „Dracha” także pożarłam w kilka godzin. Zaniedbując obowiązki, zapominając o całym świecie. Siedziałam i chłonęłam śląską historię, nie potrafiąc porzucić jej na dłużej, niż niezbędna chwila (pies woła siku, dziecko jeść). Zaczarowała mnie od pierwszego zdania, zagarnęła bez reszty i pozostawiła z masą kłębiących się w głowie myśli i uczuć. Długo potem śnił mi się mityczny smok, który wszystko widzi, wszystko wie i wszędzie jest. Pewnie dlatego moje oczekiwania wobec „Króla” były ogromne.

Z przykrością stwierdzam, że chyba bardziej mnie rozczarowała, niż zaskoczyła.

Na pewno czegoś mi w niej zabrakło i czegoś jest w niej za dużo.

Jednak może zacznę od początku, czyli fabuły oraz realiów. W dwóch słowach, bo te informacje wyczytacie w każdej innej recenzji: w warstwie wydarzeń, „Król” to typowa powieść gangsterska (naprawdę, bardzo typowa!) z przedwojenną, przede wszystkim żydowską Warszawą w tle. Głównym jej bohaterem jest tytułowy król – Jakub Szapiro, zlaicyzowany Żyd, bokser, gangster, były żołnierz wojny z Bolszewikami, ojciec, prawie-mąż, kochanek i przede wszystkim – KTOŚ – podziwiany, uwielbiany i równocześnie budzący grozę władca żydowskiej dzielnicy, pan Chłodnej, Nalewek i Kercelaka (bardzo znamienna jest scena odwiedzin Szapiro na placu targowym). Gdy go poznajemy, trzydziestosiedmioletni Jakub nie jest szefem mafii, lecz zaledwie pierwszym z jej żołnierzy. Trudni się ściąganiem haraczy i wykonywaniem wyroków dla swojego szefa, Polaka, niejakiego Kuma Kaplicy. Tak zwany „czas wolny” od służbowych obowiązków Król spędza albo w sportowej hali, szkoląc bokserskich młodzików, albo… walcząc z rosnącym w siłę polskim ruchem faszystowskim. Jest rok 1937, zagrożenie ze strony sąsiednich Niemiec wydaje się wciąż jeszcze mniejsze, niż aktywność skrajnie prawicowych rodzimych organizacji. A Jakub, podobnie jak jego Kum-szef, jest przecież szczerym socjalistą. Co nie przeszkadza mu bezlitośnie prześladować przedstawicieli ludu pracującego miasta, które uważa za własne. Szapiro z wzajemnością kocha swoją „żydowską” Warszawę, z wzajemnością nienawidzi Warszawy „polskiej” i… cierpi jak młody Werter, ociekając na zmianę krwią i spermą.

Tu przechodzimy do nadmiaru, jakim częstuje nas autor „Króla”. Niekończący się festiwal testosteronu i adrenaliny. Czające się na każdej stronie chuje (przepraszam, ale to słowo powtarza się w różnych kombinajcach jak mantra) i przeróżne rodzaje broni. Koks, wóda, wyuzdany seks, wynaturzenia i zabijanie na wiele sposobów, z naciskiem na takie, które mają nie tylko zlikwidować, lecz także upokorzyć ofiarę oraz przerazić kandydatów na kolejne… Akcja rozwija się wartko, mnożą się niezwykle charakterystyczne, skrajne postaci, żywcem wycięte – i znowu przepraszam, jeśli urażę któregoś z wielbicieli autora (sama jestem fanką „Dracha”, „Morfiny” i opowiadań Twardocha) – z innych powieści nurtu gangsterskiego. Zresztą akcja książki także nie jest oryginalna. Kto czytuje od czasu do czasu amerykańskie kryminały rozgrywające się w latach trzydziestych, nie będzie zaskoczony. Kto miał okazję sięgnąć po kryminalny cykl naszego rodzimego Marcina Wrońskiego (gdzie głównym bohaterem jest twardy jak stal komisarz Zyga Maciejewski, bokser i przedwojenny komisarz policji z Lublina), rozwój fabuły „Króla” wyobrazi sobie szybciej, niż zdąży przeczytać książkę. Kto wreszcie jest po lekturze „Morfiny” i „Dracha”… no cóż, podobno każdy, nawet najlepszy pisarz w pewnym momencie wpadnie we własne sidła. Zacznie się powtarzać.

Twardocha właśnie to przekleństwo dopadło, choć, trzeba przyznać, podjął w „Królu” finezyjną próbę obrony przed prześladującymi go literackimi upiorami.

Cały jego dorobek pisarski jest mroczny, okrutny i po uszy zanurzony w mizoginii. Przy tym jednak tak wyrafinowany językowo, tak dobrze stworzony i tak wielowarstwowy, że czytelnik pragnie karać samego siebie lekturą kolejnych książek. Nie są one miłe, ani kojące, stanowią wręcz przeciwieństwo wszelkich „Balsamów dla duszy”, ale są mądre. Są głębokie. Są bardzo solidnie przepracowane. Od pierwszej strony każdej z nich, czytający musi poczuć zwyczajny podziw dla ogromu pracy, jaki autor włożył w research oraz w to, by „wejść” w czasy, o których pisze oraz w postaci, których głosem przemawia.

I to się moim zdaniem w „Królu” nie udało. Tego mi właśnie w książce brakuje.

Jakub Szapiro, choć zlaicyzowany, definiuje siebie samego przede wszystkim jako Żyda. Twardoch nie jest Żydem i, mimo najlepszych z pewnością chęci (sięga po jidysz, do starozakonnych wierzeń, mitów i obyczajów), moim zdaniem nie udźwignął zadania, jakiego się podjął. „Król” ma w założeniu dwie warstwy – fabularną warstwę okrutnej, ociekającej wyuzdanym seksem powieści gangsterskiej z męskim przyrodzeniem w roli drugiego głównego bohatera oraz warstwę metafizyczną, za którą tak kochamy jego książki.

W „Drachu” pochylał się nad losem Ślązaka, ale i człowieka jako takiego i czynił to pierwszorzędnie, ponieważ sam jest Ślązakiem. Czuł temat. W „Królu” przygląda się dramatowi Żyda Wiecznego Tułacza, z definicji pozbawionego ojczyzny, który usiłuje sobie tę ojczyznę wywalczyć własnymi pięściami. Moim zdaniem popełnił błąd, usiłując wejść w jego skórę, w jego mentalność. Twardoch nie jest Żydem, co bardzo wyraźnie w „Królu” widać. Odwołania do specyficznego, żydowskiego sposobu postrzegania świata, to (moim osobistym zdaniem!) słaby punkt „Króla”. Oczywiście wszystko jest tu poprawne – przywołanie obrzędów, tradycji, powoływanie się na mity, ale… kto zna prozę Amosa Oza, ten z pewnością wychwyci pewien mentalny dysonans, który pobrzmiewa w najnowszej powieści Szczepana Twardocha.

Podsumowując, bo rozpisałam się, poruszyłam wiele wątków: jako powieść gangsterska, dziejąca się w realiach przedwojennej Warszawy, „Król” jest niezły, aczkolwiek mocno przerysowany i nieco odtwórczy. Jako lektura głęboka, podejmuje dosyć zgrany motyw Innego, w tym przypadku Żyda Wiecznego Tułacza i, choć pomysł, by spojrzeć na problem oczami Żyda nietypowego, bo silnego i budzącego postrach, jest ciekawy, to wykonanie mnie do końca nie przekonuje. Nie budzi dreszczu, jakiego oczekuję od książek Twardocha.

I tak, wiem, że poprzeczkę ustawiłam niezwykle wysoko, dużo wyżej, niż czynię to dla większości autorów. Ale cóż robić: DRACH zobowiązuje.

 

 

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Źle ma się kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach [recenzja]

zleOficjalnie, lewicowe poglądy są w naszym kraju mocno passe. Więcej – ci, co krzyczą: „ty lewaku!” chcą, by ów lewak poczuł się znieważony niemal tak samo, jak ktoś, czyjej matce zarzuca się rozwiązłość (delikatnie mówiąc). Taka jest „oficjalna” linia debaty w internecie. Kto nie wierzy, niech zajrzy na forum pod dowolnym, choćby tylko lekko zabarwionym politycznie artykułem.

Nieoficjalnie, większość rodaków, może poza wyborcami jednej niewielkiej, skrajnie liberalnej gospodarczo partii (nie napiszę która to, bo to chyba wiadomo) popiera: powszechny dostęp do darmowej edukacji na wysokim poziomie, takiejż służby zdrowia i systemu ubezpieczeń społecznych oraz nadzorczą i arbitrażową równocześnie rolę państwa w biznesie. Oburza nas obsesja prywatyzacji wszystkiego i za byle jaką cenę. Generalnie wolimy, by za budowę dróg, transport publiczny, przesyłki pocztowe, dostawy mediów etc., sądownictwo, więziennictwo etc. odpowiadało państwo.

I chwała nam za to!

Tony Judt nie żyje od sześciu lat. Jego ostatnia książka pt. „Źle ma się kraj…” stanowi analizę współczesności Zachodu widzianą z perspektywy roku 2009 oraz swego rodzaju prognozę na przyszłość – co stanie się, jeśli Europa nie wróci na ścieżkę socjaldemokracji, a USA na nią odważnie nie wkroczy. Judt stawia tezę, że era 70 lat spokoju i względnego dobrobytu, które wydają się współczesnemu Europejczykowi standardem, skończy się, umierając śmiercią nie mniej gwałtowną, niż w roku 1914. Wtedy też wierzono, że kapitalizm i globalizacja rozwiążą każdy problem, a „przypływ (dochodów przedsiębiorstw) podnosi wszystkie łódki”. Otóż, bez umiejętnej, odgórnie kontrolowanej redystrybucji przychodu, wzrost PKB powoduje jedynie… wzrost PKB, nie przynosząc poprawy jakości życia harującym na niego obywatelom.

Tony Judt, żyjący w USA, a pochodzący z Wielkiej Brytanii, operuje siłą rzeczy w regionach kultury anglosaskiej, pokazując bezsens idei prywatyzowania dochodu i równoczesnego upaństwawiania strat na tamtejszych przykładach. Gdy np. bankrutuje duży bank, wspiera go podatnik „bo ten bank jest za duży, by upaść”. Gdy po pół roku ten sam zbankrutowany bank przetransferowuje publiczną pomoc na konta członków zarządów w formie nagród, nikt nie protestuje, chociaż czujemy, że to nie w porządku, prawda?

Na dłuższą metę taki układ nie może działać. Ludzie się zbuntują, jeśli będą świadkami takich szwindli. Jeśli krok po kroczku odcinać będzie się ich od darmowej edukacji, publicznej służby zdrowia, systemu powszechnych ubezpieczeń emerytalnych, rentowych, gwarancji pomocy w przypadku utraty pracy etc. Innymi słowy – jeśli spróbuje się im odebrać bezpieczeństwo.

Autor książki „Źle ma się ten kraj” krzyczy, byśmy ratowali dobrą, socjalną Europę i na jej wzór budowali dobrą, socjalną Amerykę. Czy to realne? Raczej nie (i wydaje się, że Judt sam w to nie wierzy).

Po pierwsze, z powodu globalizacji. Na dłuższą metę nie da się utrzymać socjalnych przywilejów i równocześnie niskich kosztów produkcji. Prawa pracownicze zawsze przeszkadzają w robieniu pieniędzy, a skoro pieniądze te można wytransferować w dowolne miejsce…

Po drugie, znowu z powodu globalizacji – słynny europejski socjal traci rację bytu (a budżet domykalność), jeśli dopuszcza się do niego każdego, czyli także nie-obywateli. Vide – globalna emigracja, która się właśnie na naszych oczach rozpoczyna.

I smutne to i straszne zarazem.

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wiatr od Wschodu. Śląska opowieść sowizdrzalska [recenzja]

wiatr „Moje serce jest zbyt duże dla jednej ojczyzny, ale za małe dla dwóch” – ten cytat z Alzatczyka René Schickele wybrał na motto swojej powieści August Scholtis. Autor znakomitego „Wiatru do Wschodu” to niemal zapomniany dziś Ślązak, urodzony u zarania XX wieku syn chłopa pańszczyźnianego, samouk, świadek pierwszej wojny światowej, powstań i plebiscytu (za Polską czy za Niemcami), ale przede wszystkim, wielki głos biorący w obronę śląski lud tamtego czasu, wykorzystywany bezlitośnie przez wszystkich – okrutnych pruskich junkrów, przebiegłych, śliskich niczym żmije propolskich i proniemieckich działaczy politycznych oraz, odgrywający w powieści wyjątkowo paskudną rolę – chciwy katolicki kler.

Ślązak ma na świecie bardzo źle. Jest biedny. Jest brudny. Jest zapijaczoną, niewykształconą, kierującą się zabobonnym niemal strachem (opresyjna religia!), amoralną kreaturą, dającą się wodzić za nos temu, kto głośniej krzyczy. A w powieści Scholtisa najgłośniej krzyczą Polacy. A nawet gorzej – nie Polacy, tylko niejaki Korfanty (w powieści tytułowany Wojcechem), niby swój, ale przecież demoniczny polityk, gotów obiecać każdemu Ślązakowi krowę, byleby tylko ten w plebiscycie opowiedział się za przynależnością Śląska do Polski, a jeśli to za mało, by chwycił za broń i poszedł się za tę, obcą mu Polskę bić w kolejnym powstaniu.

Obcą? Obcą Polskę?

Tak, bo w „Wietrze ze Wschodu” Polska jest obca i stanowi o wiele gorszy wybór, niż Niemcy. Powieść ukazała się w roku 1932. Gwoli ścisłości i na obronę autora dodać należy, że niemal natychmiast została zakazana przez nazistów, ale mnie (po połowie Polce i Ślązaczce), nie umyka jej antypolskie przesłanie. Ślązakowi byłoby najlepiej, gdyby wszyscy: Polacy, Niemcy, bogacze i Kościół Katolicki dali mu święty spokój, jednak jeśli już nie chcą odczepić się od niego wszyscy, to niech już zostaną Niemcy (kraj leżący po drugiej stronie Odry jawi się Ślązakowi niczym raj) i niech zaszczepią mu swoją ewangelicką wiarę, pełną szacunku dla człowieka. Albo może… niech na Ziemi zapanuje wolność, równość i braterstwo w komunizującym duchu robotniczych wspólnot. Bo i taką tęsknotę za Marksem i Engelsem u Scholtisa znaleźć można. Podobnie jak żal za macierzą (Niemcy), która to macierz jednak, zamiast przygarnąć i po głowie pogłaskać, batoży z byle powodu ręką ziemskiego posiadacza i wykorzystuje silne śląskie barki jak jej wygodnie. A to do pracy ponad siły, a to do zabijania. Wyśmiewając przy tym okrutnie rozwodniony dialekt, jakim posługuje się tutejsza ludność (Wasserpolnisch). W powieści Scholtisa niewielu jest ludzi światłych, którzy by, jak pewien przybyły z głębi Rzeszy nauczyciel, zechcieli zrozumieć, że Ślązaka nie trzeba przerabiać ani na niemiecką, ani na polską modłę, bo Ślązak nie jest ani ich, ani nasz. Ślązak jest swój i w tym tkwi jego siła. I tej sile powinno się ustąpić miejsca, by powstać mógł lepszy, pełniejszy człowiek. Taki Kaczmarek (bohater „Wiatru od Wschodu”), który, zrodzony w brudzie, świerzbie i zabobonie, mógłby stać się zaczątkiem kogoś lepszego na tej biednej ziemi przycupniętej cichutko między Odrą a Przemszą.

Mógłby, ale się nie stanie, ponieważ tak naprawdę, nikomu nie zależy na tym, by się Ślązak w człowieka przemienił.

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lotnisko w Monachium [recenzja]

lotniskoCzasem po prostu czuję, ze muszę sięgnąć po dany tytuł, ponieważ podświadomość wie, że jej lektura będzie dla mnie ważna. Często mam rację. Zdarza się, że nie. Oto ten przypadek. Może to kwestia moich wyobrażeń sprzed lektury. Nie wiem. Wydawało mi się, że za chwilę pogrążę się w pięknie napisanym, psychologicznym studium kobiety, która popełniła samobójstwo przez zagłodzenie. Pomysł na autodestrukcję doprawdy niecodzienny, zatem i książka powinna być niezwykła, prawda?

Nieprawda.

Zanim zaczęłam pisać recenzję, rzuciłam okiem na opinie innych czytelników. Zgadzam się z nimi – „Lotnisko w Monachium” to koszmarny obraz współczesności. Ludzie zachodu są niedojrzałymi, wypranymi z emocji dziećmi, całkowicie niezdolnymi do empatii i rozpaczliwie poszukującymi tej empatii w sobie. Zgadzam się, że książka jest przygnębiająca, szara i smutna.

Nie zgadzam się, że jest dobrze napisana.

Moim zdaniem napisana jest źle. Albo źle przetłumaczona. Nie mam pewności co do tego, kto odpowiada za bardzo nieprzyjemną w odbiorze melodię książki, ale sądzę, że jednak autor, ponieważ pisząc, zastosował mnóstwo denerwujących czytelnika zabiegów – dłużyzny, nuda, chaos, brak konsekwencji, przeskoki czasowe co kilka zdań… Lubię historie, w których nic się pozornie nie dzieje. Lubię trudne, głębokie książki, nawet te bardzo niekomfortowe w odbiorze, wprowadzające czytelnika w paskudny nastrój. Wybaczam i co wiecej kupuję każdy, nawet najdziwniejszy pomysł autora, pod warunkiem, że pisze pięknie.

A tu jest brzydko, nieporządnie i po prostu męcząco. Ale może tak miało być – może to celowe w związku z tematem… Nie wiem. Do mnie „Lotnisko w Monachium” nie przemówiło i tyle.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz