Bieguni [recenzja]

untitledTrawię prozę Tokarczuk. Połykam po kolei jej opowiadania i powieści-nie powieści, które trzymam w swojej biblioteczce. „Księgi Jakubowe” zostawiam na deser, wyjątkowo ciężki i ogromny, na razie zjadłam drugie danie. „Bieguni” to książka, za którą Olga Tokarczuk dostała swoją drugą Nagrodę Nike. Książka trudna do interpretacji. Książka, która migocze jak przeskakujący po kamieniach górski strumyk. Stale jest w ruchu, bo odwieczne prawo przyrody nie pozwala jej się zatrzymać. Błyska, hojnie rozrzucając po umyśle setki myślowych zajączków. Niczym z kamienia na kamień, przeskakuje z opowieści na opowieść. Pozornie bez sensu i bez celu. Ale w końcu przecież prawda wyjdzie na jaw. W finale, a może jeszcze dużo później – w tydzień, miesiąc po przeczytaniu – okaże się, że to wszystko jednak dokądś zmierzało. Dążyło do ujścia wspólnego wszystkim rzekom-życiom.

Różne miejsca, odmienne czasy, niestykające się ze sobą przestrzenie i obcy sobie ludzie. Całkowicie odmienni, przeżywający dany im kawałek rzeczywistości zupełnie z pozoru inaczej. Bo co wspólnego mają współcześni, którym zawód każe podejmować nieustanne lotnicze podróże dookoła świata z tymi, co kiedyś niestrudzenie zgłębiali tajniki ludzkiego ciała, by odkryć i utrwalić na zawsze narządy i tkanki? Gdzież pokrewieństwo między mężczyzną, co z nagła zgubił rodzinę i człowiekiem noc w noc budzonym nieznośnym bólem utraconej nogi? Dlaczego wszystko to miałoby jakoś wiązać się z tajemniczą rosyjską sektą Biegunów – ludzi, co stale są w ruchu, ponieważ boją się przystanąć. Przystanąć, osiąść – to jak zaprosić do siebie diabła. Być w ruchu, oznacza być bezgrzesznym, wolnym.

Ludzkie życie jest ruchem osadzonym na szkielecie z przemieszczających się, ale wciąż powiązanych ze sobą kości, mięśni, ścięgien i naczyń, w których, niczym w korytach miniaturowych rzek, przemieszcza się krew, ta żywa woda. Póki podróżujemy – jesteśmy, żyjemy, trwamy, pracowicie wydeptując swą ścieżkę. Kiedy się zatrzymamy – umrzemy. Może potem ktoś nas utrwali w formalinie, albo w alkoholu, ale doprawdy – nie powinien tego robić! To wbrew naturze, bo nie da się tego, co w ruchu, zachować w tym, co bezczynne. Życie zachowuje się tylko w życiu. Bo choć ludzie są różni i w różnych czasach, to i tak są jednym. Jednym, wspólnym istnieniem.

Tyle, że niektórzy biegną w miejscu, tylko przez czas, inni zaś dokładają do niego pozostałe trzy wymiary i przemieszczają się także w przestrzeni. Ale wszyscy jesteśmy wędrowcami. Nomadami, co zawitali tu na chwilę i zaraz, za momencik będą musieli udać się dalej – do celu, do którego dążymy wszyscy razem i każdy z nas z osobna.

PS

To jest bardzo trudna książka. Nie-powieść. Czyta się ją momentami dobrze i szybko, za chwilę źle i ciężko. Po dotarciu na ostatnią stronę… cóż, ja miałam wrażenie absolutnego braku zrozumienia. Ale myślałam. Wracałam. Krystalizowałam. Recenzję odważyłam się skreślić dopiero w dwa tygodnie po zakończeniu lektury. A pewnie na tym nie koniec. Dalej będę dumać, kombinować, przemieszczać się między zdaniami „Biegunów”. Odkrywać dla siebie kolejne sensy i przekazy. Ponieważ według mnie życie można utrwalić. W słowach😉

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Anioły z Peloponezu udają Greka

WP_20160615_14_40_13_Pro Słońce. Idealne – ani za chłodne, ani zbyt ostre. Nieco ponad trzydzieści stopni. Plaża. Ładna, jak na Grecję – czyściutko, piaseczek, leżaczki, parasole. Do tego bryza od morza, łagodność sennej fali, w powietrzu zapach soli i czegoś jeszcze. Ledwie uchwytnego wakacyjnego luzu, w tym najpiękniejszym z pięknych zakątków Europy.

Schodzącą ku plaży dróżkę wyłożono niewielkimi, równo przycinanymi kosteczkami z piaskowca. Pasują do siebie idealnie. Nie ma prawa między nimi wyrosnąć ani jedno nieprzepisowe źdźbło trawki. Najmniejsza nieposłuszna roślinka. Roślinność – owszem, jest. Bujna, żywozielona, kwitnie i krzewi się szeroko, wysoko wzdłuż ścieżek wypoczynkowego kurortu, ośrodka-resortu SPA. Choć jest rzeczywista, żywa, można ją podziwiać, wąchać, dotykać, wydaje się nieco nierealna. Zbyt doskonała, jak wszystko tutaj. Przeczyste baseny zdobne fikuśnymi fontannami i wyłożone maleńkimi błękitnymi kafelkami. Pole golfowe, malowniczo zbiegające ku morskiemu brzegowi. Pokoje-pałace, w których stąpasz po marmurze, siedzisz na palisandrach, śpisz na łożach tak szerokich, że nie sposób ogarnąć ich ramionami. Wysokich, że najlepiej wskakiwać na nie z rozbiegu. Wygodnych, że nie chce się wstawać. A jednak wstajesz, bierzesz chłodny prysznic i opuszczasz przestronny apartament gnany potrzebą słońca i ciepła. Głodem albo pragnieniem, które są tutaj twoimi jedynymi prawdziwymi zmartwieniami. Nie obawiaj się jednak! Pod zacisznymi arkadami, pośród milczenia monumentalnych kamiennych budowli, czekają na ciebie restauracje i kawiarenki, gdzie serwuje się pyszne dania i wyborne napoje. Nektary mistrzowsko zaparzonej kawy. Ambrozję odtłuszczonego greckiego jogurtu.

Podczas gdy ty, z rozmarzoną miną przysiadasz leniwie na plecionym krzesełku, wokół pulsuje życie. Uważnie śledzą cię stadka rozćwierkanych wróbelków-złodziei, gotowych rzucić się na każdą niedokończoną bułeczkę, czy okruch ciasta. Pomiędzy stolikami restauracji wolno przechadza się mężczyzna z sokołem na ramieniu. Groźny ptak powinien odstraszać wróble bandy, ale mali spryciarze nic sobie z niego nie robią. Dobrze wiedzą, że drapieżnik nigdy nie zostanie uwolniony. Któżby chciał narażać turystów na okrutny widok polowania, rozszarpywania na strzępy, mordu? Nikt! Peloponeski raj ma być wolny od wszelkiej przykrości. Istnieje tylko w jednym celu: dla przyjemności odwiedzających.

Liczny personel ośrodka dobierany jest chyba nie tylko pod kątem kompetencji. Specjalista do spraw human resources bierze z pewnością pod uwagę także stopień życiowego optymizmu i skłonność do okazywania życzliwości innym ludziom. Wszyscy tu się uśmiechają: i dwumetrowy olbrzym serwujący lody, i kierowcy elektrycznych wózków, gotowi dowieść cię w każdy, najodleglejszy zakątek ośrodka, i pani uparcie próbująca posprzątać twój sterylnie przecież czysty pokój i… anioł, który nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by dolać ci kawy. More coffee? – pyta, pochylając się z życzliwą troską, spoglądając na ciebie łagodnie, z lekkim rozbawieniem.

Anioły z Peloponezu udają Greków. Są po grecku śniade, zwykle szczupłe i niewysokie, czasem kędzierzawe i ciemnowłose, często za młodu łysiejące, strzyżone przy samej skórze. Swobodnie mieszają się z personelem luksusowej wakacyjnej wioski, wspomagając go w wykonywaniu codziennych obowiązków i służąc turystom. Z pozoru niczym się nie różnią od swych ludzkich towarzyszy. Białe koszule uzupełniają ciemnymi spodniami w kant. Na nogach mają wyczyszczone do błysku półbuty. Żadnych aureoli, żadnych skrzydeł. Tylko oczy… Anioła poznasz po oczach – jasnobłękitnych, niemal białych. Te oczy tu nie pasują. Nie przypominają bowiem kolorem żadnego z mórz opływających Półwysep: ani Egejskiego, ani Jońskiego. Przywodzą raczej na myśl świeżo spadły śnieg, oświetlany przez blade, poranne słońce w środku mroźnej zimy.

Takie własnie są. Anioły na Peloponezie. Spotkasz je w wakacyjnym ośrodku-resorcie SPA.

PS

Owo rozkoszne miejsce miała okazję osobiście odwiedzić redaktorka bloga😉

Opublikowano Podróżniczo | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rozmyślania [nad filozofią wg. Marka Aureliusza]

rozmyślaniaByłabym głupią, bezczelną gęsią, gdybym podjęła się recenzowania „Rozmyślań” Marka Aureliusza. Cóż tu recenzować? Założenia stoickiej filozofii, jakiej gorącym, (czy raczej – chłodnym) piewcą był ten cesarz – myśliciel? Toż tysiące mądrzejszych ode mnie ludzi tysiąc razy zanalizowało każdziutkie słowo, jakie nam ów władca po sobie zostawił. Zatem pozwólcie, że powstrzymam się od wszelkich prób rozbierania na części najnowszego przekładu „Rozmyślań” Marka Aureliusza. Tak pod kątem literackim, jak i treściowym. Jedyne, na co się poważę w odniesieniu do tej niewielkiej książeczki, to polecenie jej tym z Was, którzy z myślą antycznych stoików nigdy się nie zetknęli, albo zetknęli, ale nie mieli okazji się nad nią zadumać i odnieść do naszych, jakże epikurejskich i równocześnie hedonistycznych czasów!

Na początek dwa słowa wyjaśnienia. Epikureizm, hedonizm, stoicyzm to nurty filozoficzne wywodzące się ze starożytnej Grecji. Każdy z nich pochyla się nad zagadnieniem ludzkiego szczęścia i próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, gdzie należy poszukiwać jego źródeł. Epikurejczycy i hedoniści upatrują go w przyjemnościach, spełnianiu własnych zachcianek, przy czym epikurejczycy zakładają, że należy sobie folgować o tyle, o ile nie sprowadza to w konsekwencji cierpienia na siebie i innych. Hedoniści zalecają czerpanie z życia bez oglądania się na konsekwencje. Epikureizmowi Grecy przeciwstawiali stoicyzm, z którego Rzymianie (Marek Aureliusz, Lucjusz Anneusz Seneka) uczynili niemal jedyną obowiązującą filozofię. Stoik twierdzi, że prawdziwym mędrcem i zarazem człowiekiem szczęśliwym jest ten, kto żyje zgodnie ze swoją naturą, kierując się przy tym rozumem.

Pozorna sprzeczność, prawda? Nasza natura jest przecież próżna, gnuśna, poszukująca własnej korzyści, przyjemności, a w przypadku ludzi, którzy zaspokoili te podstawowe potrzeby, także poklasku. Gdzież jej stać w jednym rzędzie z chłodnym, opanowanym rozumem? Gdzież tu wspólnota? Znajdzie ją ten, kto potraktuje „naturę” szeroko, jako wspólnotę bytów. Od kamienia, poprzez źdźbło trawy, zwierzę, aż do ukoronowania stworzenia. Człowieka. Bo wszystko jest jednym i dlatego wszystko powinno ze sobą współpracować dla wspólnego dobra. Ludzie z ludźmi, ludzie z przyrodą. Ponieważ stworzeni jesteśmy z jednej materii, przychodzimy z niebytu na świat zaledwie na moment  i do tego samego niebytu z powrotem zmierzamy. Szczęście na ziemi osiągniemy jedynie wtedy, gdy sobie to uświadomimy, gdy to zaakceptujemy i zaczniemy żyć w zgodzie z tą myślą. Nie czyniąc niczego nadmiernie, ani przeciw prawom natury.

Można by rzec: nic, tylko położyć się i czekać na śmierć! Błąd! Stoicy głoszą pochwałę wykonywania codziennych obowiązków, ale bez niepotrzebnego podniecania się nimi, bez gonienia za sławą, za potrzebą odciśnięcia swego śladu w historii. Nie ma to sensu także i z tego powodu, że jakbyśmy się nie starali, potomni zapomną o nas tak samo, jak nie pamiętają o nas przodkowie.

Ironią losu jest to, że oto Marek Aureliusz, pierwszy pośród głosicieli skromnego, cichego życia stoika nie został zapomniany. Jego „Rozmyślania” nie były spisywane z myślą o publikacji. Zredagował je i rozpowszechnił dopiero ktoś po śmierci autora. Możliwe, że uczynił to jego grecki sekretarz Aleksander, tym samym zapisując w pamięci ludzkości zarówno imię cesarza-filozofa, jak i własne.

Stoicką filozofię polecam pod rozwagę szczególnie tym ze współczesnych, którzy stale gdzieś pędzą – ku pieniądzom, sukcesom, może sławie?

„Duszyczką jesteś dźwigającą trupa – powiedział Epikret”.

I ta perspektywa powinna skłonić nas do refleksji i zatrzymania się w codziennym biegu naprzód, nie wiadomo dokąd i po co.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Polacy w Wehrmachcie [recenzja, refleksja, bo ja wiem?]

ryszard Zanim recenzja, pozwólcie, że przytoczę dwie liczby. Pierwsza to 0,5 mln. Tylu polskich obywateli służyło w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy w latach 1939 – 1945. Druga to 3 mln. To z kolei liczebność polskiego wojska w roku 1939. Liczby te podaję za Ryszardem Kaczmarkiem, autorem monografii pt. „Polacy w Wehrmachcie”.

Pół miliona polskich obywateli służyło w silach zbrojnych państwa, które na nas napadło, zamordowało trzy miliony naszych Żydów, regularnie mordowało obywateli nieżydowskiego pochodzenia, ograbiło, zniszczyło naszą stolicę, zabiło 200 tysięcy jej mieszkańców! Wyobrażacie to sobie? Mnie było trudno. Mimo wszystko. Mimo tego, że może akurat mnie to dziwić nie powinno. Dlaczego? Już piszę.

Gdy przeczytam książkę, którą uznam za wartą szerszego zrecenzowania, zwykle wypowiadam się na jej temat od razu. Tego samego dnia, najdalej nazajutrz po przeczytaniu. Tym razem… odczekałam kilka dni. Musiałam przemyśleć to, czego się dowiedziałam z „Polaków w Wehrmachcie”. Po pierwsze, ta ogromna w moim mniemaniu liczba żołnierzy. Po drugie mechanizmy, jakie stały za ich przymusowym powoływaniem do Wehrmachtu, a po roku 1943 także do Waffen SS (naprawdę, było tak!). Zachowanie wcielonych. Historie pojedynczych ludzi i ich rodzin. Często niesamowite, ktoś mógłby wręcz powiedzieć: niemożliwe. A jednak. No i wreszcie – kogo „brano”. Kaszubów, Mazurów, mieszkańców tzw. Kraju Warty (Poznań i okolice), ale przede wszystkim oczywiście Ślązaków.

Mam nadzieję, że, mimo iż jestem dzieckiem śląskiej ziemi, potrafię tę recenzję napisać tak obiektywnie i bez emocji, jak Ryszard Kaczmarek napisał swoją książkę. Chwała mu za to, że zamiast zagłębiać się mocno w losy poszczególnych żołnierzy, wybudował wokół nich mur faktów i dokumentów, od czasu do czasu jedynie posługując się listami polskich żołnierzy Wehrmachtu. Pojedyncze listy, niedokończone historie, a i tak bije z nich dramatyzm. Pozwólcie, że przytoczę tylko jedną, która wyjątkowo zapadła mi w pamięć:

Oto mamy mieszkańca powiatu pszczyńskiego, człowieka w latach, ojca dwóch dorosłych synów. Ten człowiek w roku 1921 opowiedział się zdecydowanie za Polską. Był mianowicie komendantem III powstania śląskiego. W roku 1943 obaj jego synowie służą w niemieckim wojsku, a on sam wystosowuje do władz cywilnych list z prośbą o przesunięcie jego rodziny w górę na niemieckiej liście narodowościowej. Z DVL 4 (osoby pochodzenia niemieckiego, które się spolonizowały i działały na rzecz przedwojennej Rzeczypospolitej) na DVL 3 (Polacy niemieckiego pochodzenia). Dlaczego to robi? Czy jest zdrajcą? Raczej nie. Przypuszczalnie chodzi mu o to, by uniknąć wysiedlenia i konfiskaty majątku. Prośbę motywuje tym, że oddał Trzeciej Rzeszy obydwu synów…

Dramaty. Pół miliona dramatów. Dla Ślązaków, Kaszubów, Mazurów zapisanie się na niemiecką listę narodowościową bynajmniej nie było dobrowolne. Owszem, niektórzy czynili to ochotniczo, większość jednak pod groźbą. Wysiedlenia, konfiskaty majątku, innych represji, z wysłaniem do obozu koncentracyjnego włącznie. Im dalej w wojnę, tym przymus narastał. Podobnie wcielenie do wojska. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że przyszli frontowcy z Katowic, czy Cieszyna, w pociągach jeszcze śpiewali „Boże coś Polskę…”. Wielu nie znało słowa po niemiecku. Niektórzy tę nieznajomość tylko udawali. W większości woleliby pewnie uniknąć przyjemności życia i umierania w hitlerowskim mundurze. No, może poza młodymi, których do broni wzywał także głos wewnętrzny. Potrzeba doświadczenia przygody życia. Ale ojców rodzin nie. Oni płakali, odjeżdżając.

Sytuacja zmieniała się na polu walki. Dezercji, przejść na drugą stronę frontu było stosunkowo niewiele. Powstrzymywał ich strach przed represjami, jakie czekały pozostawione w ojczyźnie rodziny. Na pewno tak było, bo wzięci do niewoli, chętnie zgłaszali się do polskich oddziałów alianckich by… gromić faszystów. Ale było też coś innego. Jak pisali niemieccy dowódcy, Śląski żołnierz jest odważny i bitny. Słucha rozkazów i świetnie współpracuje z kolegami z jednostki. Braterstwo broni. Poczucie odpowiedzialności za ludzi, z którymi się trwa, walczy i ginie. To chyba najbardziej dla mnie niezrozumiała, bo typowo „męska” postawa.

Nie wiem, czy udało mi się choć w części oddać przekaz, jaki znalazłam w książce „Polacy w Wehrmachcie” Ryszarda Kaczmarka. Śląsk, Pomorze, Mazury… Tu nie Warszawa. Tu Kresy Zachodnie. Tu nic nie jest czarno-białe. Tu człowiek jest rozmyty, nie do końca zdefiniowany narodowościowo. Ani stuprocentowy Polak, ani stuprocentowy Niemiec. Najlepiej: Ślązak, Kaszub, Mazur. Osobna nacja. Dwa razy pomyśli, zanim rzuci się w beznadziejny bój zbrojny w szablę i patriotyzm przeciw czołgom i karabinom maszynowym. A pewnie wcale się nie rzuci. Zrobi raczej to, czego nauczyły go wieki funkcjonowania na pograniczu – przyczai się, dostosuje, rozważy za i przeciw i popłynie z prądem. Dzięki temu przetrwa. Statystyki wskazują, że śmiertelność w wojsku osób polskiego pochodzenia (czy – obywateli Polski międzywojennej), była o połowę mniejsza, niż tzw. Reichsdeutschów.

Rozsądek. Rozsądek przede wszystkim.

PS

Jeśli myślicie, że próbuję usprawiedliwić własnego dziadka, mylicie się. Prawda, że jestem w połowie Ślązaczką (i jestem z tego dumna!), ale mój śląski dziadek był za młody, by trafić do Wehrmachtu. Nim dorósł, wojna się skończyła. Nie miał też braci. Także, dzięki zbiegowi szczęśliwych rodzinnych okoliczności, genetyczne sumienie mam czyste, bo nie używane. Dlatego mam nadzieję, że jestem w stanie obiektywnym okiem spojrzeć na paradoksy, jakie stały się udziałem „pokolenia Kolumbów” tutaj. Na moim Śląsku.

 

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Niewolnica ISIS [recenzja przedpremierowa]

niewolnicaJazydzi to dosyć tajemniczy kurdyjski lud, zamieszkujący pogranicza Iranu, Iraku, Turcji i Syrii. Ich największe skupisko to wioseczki w pobliżu Mosulu. Religia jazydów jest odmienna od chrześcijaństwa, sunnickiego islamu, czy nawet islamu szyickiego, z którym wyznawcom jazydyzmu jest najbardziej po drodze, choć nie do końca. Niektórzy religioznawcy lokują jazydyzm gdzieś między szyizmem, a zaratusztrianizmem. Pobożny jazyd wierzy, że Bóg zadziałał na początku – stworzył świat, by potem przekazać go w „zarządzanie” aniołom. Jeden z nich -Anioł-Paw – zbuntował się i trafił za to do piekieł. Skruszony, błagał o zmiłowanie, i wiecie co? Bóg mu wybaczył, przywrócił go do swojej chwały, a piekło przestało istnieć. Aniołowie nadal opiekują się światem, Bóg nadal się nim nie interesuje, ale potrzebuje ludzkiej pomocy w walce ze złem. Dlatego Jazydzi dążą do doskonałości. Dlatego wyrzekają się przemocy. Dlatego są idealnymi ofiarami dla wyznawców innej, bardziej wojowniczej religii. Islamu.

Relacja między muzułmańską większością i jazydzką mniejszością przypomina mi nieco sytuację z przedwojennej Europy, gdzie dominujący chrześcijanie raz na jakiś czas, sprowokowani a to epidemią, a to głodem, a to sytuacją polityczną, urządzali pogromy swoim żydowskim sąsiadom. Na Bliskim Wschodzie od wieków to samo dotyka jazydów. W pamięci ich społeczności wciąż żywa jest wiedza o siedemdziesięciu dwóch pogromach. Ten, który na naszych oczach funduje jazydom Daesz, jest siedemdziesiąty trzeci.

Jazydów, tych czcicieli szatana, gorszych od szyitów, gorszych nawet od chrześcijan, należy usunąć z terenu przyszłego kalifatu. Wygnać, a jeszcze lepiej: mężczyzn zabić, kobiety i dzieci wykorzystać. Chłopców wychować na przyszłych fanatycznych żołnierzy wojującego sunnizmu, dziewczynki… No cóż. Wiadomo, po co Bóg stworzył kobietę, prawda? Kobiecie przynależna jest rola służącej, seksualnej niewolnicy i inkubatora. Matki przyszłych samobójczych wojowników dżihadu. Ile jest warta taka kobieta? Tyle, ile zechcesz za nią zapłacić.

Nihil novi sub sole😦

Dżinan, bohaterka i narratorka książki pt. „Niewolnica ISIS” ma wiele szczęścia. Została co prawda porwana, została sprzedana, mało brakowało, by umarła z powodu niewyleczonego zapalenia nerek, ale w niewoli udało jej się uniknąć hańby (jazydzi, podobnie jak muzułmanie, traktują zgwałconą kobietę jak zhańbioną, wykluczając ją ze społeczności), zaś po trzech miesiącach uciekła z niewoli i odnalazła bliskich. O tym, co ją spotkało, zdecydowała się opowiedzieć Thierry’emu Oberlé, który spisał jej wspomnienia i wydał je w formie książki.

Czy warto sięgnąć po tę lekturę? Moim zdaniem wręcz należy. Nie dla walorów literackich, choć losy Dżinan zostały nakreślone sprawnym piórem, ale raczej dla samej historii. Mamy oto zwyczajnych, niemieszających się do wielkiej polityki ludzi, biednych, skromnych, starających się nikomu nie wadzić (jazydzi przez wieki nauczyli się być „niewidzialni”), którzy jednak samym swoim istnieniem drażnią innych ludzi. Są (oczywiście!) odczłowieczani, przypisuje się im (oczywiście!) diabelskie cechy, uznaje się ich (oczywiście!) za niegodnych życia na ziemi. Czyni się z nich towar, współczesnych niewolników, o których nie dba się za bardzo, bo łatwo zdobyty, niewolnik jest tani, zastępowalny, a przede wszystkim, nie budzi żadnych pozytywnych uczuć. Można z nim zrobić, co tylko się chce. Na chwałę Allaha, choć moim zdaniem żaden Bóg ani Prorok nie ma z tym nic wspólnego. Mechanizm odczłowieczania jednych ludzi i „nadczłowieczania” ich kosztem innych ludzi jest bardzo zwyczajny. Bardzo właściwy wyprostowanej nagiej małpie. Religia, rasa, narodowość, poglądy polityczne są dla wściekłej nagiej małpy tylko pretekstem do tego, by bezkarnie grabić, mordować, gwałcić, a potem jeszcze bezczelnie oczekiwać za to nagrody w zaświatach.

Przeczytajcie relację Dżinan. Przeczytajcie, by sobie uświadomić, że te okropieństwa dzieją się nie za siedmioma górami i za siedmioma lasami, dawno, dawno temu. One mają miejsce tu i teraz. Tuż za granicą naszego świata. I wbrew pozorom, robią to nie dżihadyści jazydom. Robią to ludzie ludziom. Jak zawsze.

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Oblubienice wojny [recenzja]

oblubieniceWojna. Bezlitosna maszynka do mielenia ludzkiego mięsa. Rabuś dziedzictwa na masową skalę. Wielka niszczarka – domów, kościołów, całych miast. Ta, która kroczy ślepa, pozostawiając za sobą tylko trupy, ruiny i nieszczęście…

Czy na pewno?

Oglądaliście serial „Kompania braci”? Mieliście kiedykolwiek okazję zapoznać się ze wspomnieniami weteranów? Czy pośród opisów zwierzęcego czasem strachu, szaleństwa, nielogicznej śmierci, bezsensownego okrucieństwa, niewygód, głodu, chorób, nie uderzyła Was jedna, z pozoru niepasująca do innych nuta? Mnie zawsze porusza pewna kwestia, o której wspominają dzisiejsi staruszkowie, niegdysiejsi dzielni młodzi mężczyźni. BRATERSTWO. „Nigdy wcześniej i nigdy potem z nikim nie czułem takiej więzi, jak z ludźmi, z którymi wówczas przyszło mi żyć i umierać.” – tak mniej więcej określają wojenną relację, jaka na zawsze połączyła ich z towarzyszami broni.

Męskiej, wojennej przyjaźni poświęcono tysiące książek, poematów, filmów. Jest tak stara, jak stara jest ludzkość (bo ludzkość nieustannie prowadzi wojny). Braterstwo broni łączy często mocniej, niż wspólnota krwi, małżeńskie więzi, patriotyzm małej ojczyzny. Braterstwo… A co z siostrzeństwem? Czyżby wojna nie odciskała się podobnym piętnem na życiu kobiet?

Kobiety, poza nielicznymi wyjątkami nie istnieją dla historii. Są żoną, matką, ofiarą. Wymienianą raczej w liczbie mnogiej i anonimowo. No, chyba że w żołnierskich listach do domu, albo w przedśmiertelnych majakach. Wtedy „mamusia”, wtedy „ukochana” wybrzmiewa we wszystkich językach, odmieniana przez wszelkie czasy, epoki i przypadki. Ale zawsze jako istota niemal nieziemska, nieosiągalny anioł, symbol. Romantycznie i nierealnie.

W „Oblubienicach wojny” Helen Bryan poszła pod prąd. Zrobiła coś moim zdaniem świetnego – główną bohaterką wojny uczyniła kobietę. Pokazała ją realnie, niby zwyczajnie, bo nie na froncie i bez broni (choć nie do końca), w codzienności angielskiej prowincji zagrożonej nalotami niemieckich bombowców i perspektywą rychłej inwazji. Zmagającą się z niedożywieniem, strachem, chorobami i tym, co składa się na przeciętny kobiecy los – bolesne porody, separacja od zajętego gdzieś daleko męża, niedostosowanie, wielkie smutki, drobne radości, czasem miłość… Ta szczęśliwa i nieszczęśliwa. Można by rzec: powieść obyczajowa. Można by, tyle że szufladkując w ten sposób „Oblubienice…”, traci się przesłanie, jakie niesie ze sobą powieść Bryan.

Amerykanie (Helen Bryan jest Amerykanką), potrafią pisać powieści. Wartka akcja. Szeroko, z rozmachem ukształtowane postaci. Mnogość charakterów, obfite opisy codzienności, ciekawe, dogłębnie przeanalizowane tło. Dobrze uchwycone wojenne realia, choć oczywiście nie wolne od błędów (kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień!). Prosto, skutecznie, nieźle warsztatowo i bez nadmiaru filozofowania, które tak kochają Europejczycy, pisarze izraelscy, czy np. Turcy. Od czasu do czasu lubię się zanurzyć w tę nieskomplikowaną rzeczywistość made in USA. Z takim założeniem przystąpiłam do lektury „Oblubienic wojny”.

Nie rozczarowałam się – książkę czyta się świetnie, szybko, przyjemnie. Ale, ale – jej lektura niesie ze sobą coś więcej, niż tylko ciekawą historię. Autorce udało się pokazać, jak wojna, która potrafi niezwykle mocno wiązać ze sobą mężczyzn, oddziałuje na kobiety. Oczywiście, są to kobiety w pewnym sensie niezwykłe, jednak w swej „cywilnej” codzienności, dzięki wojnie właśnie stają się dla siebie kimś więcej, niż tylko koleżankami z sąsiedztwa. Stają się towarzyszkami niewidzialnej broni, kompanią sióstr, które do walki z wrogiem zastosują to, czym dysponują – inteligencję, znajomość lokalnych realiów, odwagę i determinację.

Co stanie się z nimi w czasie pokoju? To samo, co z mężczyznami: wrócą do zwykłego życia. Mężów, dzieci, własnych domów, codziennej krzątaniny. Jednak zawsze czekać będą na siostrzane wezwanie tych, z którymi przez chwilę dzieliły losy. Odpowiedzą na nie choćby z drugiego końca świata. Bo przecież połączyła je najmocniejsza więź.

Wojna.

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Człowiek to jednak dziwna istota jest…

american-soldier-381847 Tak sobie myślę od szczegółu do ogółu (bo mam tendencję do uogólniania, makroskali i zaprzeczania samej sobie – „tak, ale”), że człowiek to jednak dziwna istota jest. Paradoksalna i autodestrukcyjna. Weźmy pierwsze z brzegu przykłady:

Program 500+. To z naszego podwórka. Idea programu zakłada, że ma on wspomóc rozrodczość, czy tak? Chodzi o to, by wspomóc demografię w naszym kraju. Po jakiego diabła wspomagać demografię? I tak jest nas na tym świecie za dużo, zasoby zużywamy w takim tempie, że przyroda nie nadąża uzupełniać. Po co, ja się pytam, wspierać demografię jakiejś małej trzydziestokilkumilionowej Polski, skoro takie Chiny, czy Indie mają grubo ponad miliard mieszkańców? Z kim i na co chcemy się ścigać???

Idźmy dalej. Samobójcze, za to ostatnio nadzwyczaj liczne próby rozsadzenia struktur sojuszniczych Unii Europejskiej. Powrót do retoryki narodowej. Fuj. „Naród” – to słowo, które kojarzy mi się jak najgorzej. Brzmi jak lepszy-gorszy, swój-wróg oraz jedyny słuszny. Naród. Narodek. Plemionko. Na maleńkim europejskim poletku plemionek dużo – plemionko Anglików, plemionko Węgrów, plemionko Austriaków… Polacy. Plemionka żądają suwerenności, prawa do samostanowienia swoich żałośnie mikrych kilku-kilkudziesięciu milionów. Razem, zjednoczeni, choć ewidentnie dążą ku zmierzchowi (cywilizacji), wciąż jeszcze coś znaczą. Ekonomicznie. Demograficznie. Kulturowo. Osobno? Pyłki na mapie świata. A za rogiem potężniejące Chiny. Za rogiem rosnące w siłę Indie. Za progiem tłumy tych, co szukać chcą u nas lepszego życia.

Migracja. Próby gabinetowego rozwiązania problemu przepływów ludzkich nieodmiennie mnie zadziwiają. Przecież tego nie załatwi się jednym dokumentem. Tego się niczym nie załatwi. To, że w Syrii jest wojna, że cały Bliski Wschód i połowa Afryki drżą w posadach, to pretekst. To początek. Religia – mały pikuś. Najważniejsza jest kasa. My ją mamy, oni nie. Ich jest więcej, a ponieważ są głodni, mają też od nas więcej energii. Bo my (zachód) jesteśmy syci, a przez to gnuśni. Nam się nie chce. Im owszem. Prędzej, czy później oni i tak tu dotrą. Czy będziemy stawiać mury, zawierać sojusze, dumać i wzdychać, czy też nie. I tak Europę skolonizują jej biedniejsi sąsiedzi. Takie prawo następstwa cywilizacji. Nie ma sensu się przed tym bronić. Jedyne, co ma sens robić, to starać się łagodzić napięcia. W innym wypadku znowu zaczniemy tu grać w naszą ulubioną grę: wojnę na wyniszczenie, najlepiej połączoną z masowym ludobójstwem.

No, ale człowiek, jako istota paradoksalna z wdrukowanym dążeniem do samodestrukcji, woli wykrzykiwać buńczuczne hasła. Obcy – won! Suwerenność i wszystkie dzieci nasze są. Byle by to były nasze dzieci. Byle by ich było dużo. A że zaraz skończy nam się żarcie, woda, czyste powietrze i – jaki taki – pokój?

A kogo to obchodzi?

 

Opublikowano Publicystycznie | Dodaj komentarz