Rubinowe oczy Kremla [recenzja]

Zachwycając się doprawdy niesamowitą serią „Metro” Dmitrija Glukhovsky’ego, nie miałam pojęcia, jak głęboko autor Universum Metro sięgnął do sezamu moskiewskich legend miejskich! Jak obficie z niego czerpał. Lecz oto czytam „Rubinowe oczy Kremla” Macieja Jastrzębskiego i wszystko do mnie wraca. Tajne moskiewskie podziemia. Kryjące się w nich niebezpieczeństwa. Zmutowane zwierzęta. Oszalali z grozy ludzie. Dusze potępione. Metro-2. Upiornie czerwony kolor kremlowskich gwiazd, czujnie obserwujących stolicę carów, pierwszych sekretarzy, prezydentów. Kto wie, co naprawdę kryje się w podziemiach Kremla?

W swej kolejnej fabularyzowanej opowieści o krainach leżących na wschód od naszych granic, Maciej Jastrzębski skupia się na prawdziwych i całkiem zmyślonych, a także mniej lub bardziej prawdopodobnych historiach tajemnych z Moskwą w roli głównej, albo przynajmniej w tle. Zagląda pod jej powierzchnię – czasem dosłownie, zstępując do podziemi, innym razem traktując rzecz metaforycznie i przyglądając się np. życiu półświadka lub pięknych rosyjskich dziewczyn-utrzymanek. Zabiera czytelnika na literacką wyprawę do źródeł lęków, które każą Rosjanom rokrocznie wydawać miliardy dolarów na usługi wróżek, magów i wszelkiem maści szamanów, dzięki którym uda się pokonać niepewność, a kto wie? Może i śmierć? Podobno receptura leku na tę ostatnią przypadłość kryje się pośród ksiąg słynnej, do dziś nie odnalezionej bizantyjskiej biblioteki, którą przywiozła ze sobą do Moskwy Zofia Paleolog, ostatnia z rodu władców Cesarstwa Wschodniorzymskiego…

Fanów prozy Jastrzębskiego czeka niespodzianka. Co prawda „Rubinowe oczy…” czytać można jako dzieło całkowicie samodzielne, ale można również potraktować książkę jak kontynuację „Matrioszki Rosji i Jastrzębia”, wyjaśniającą i dopowiadającą pewną historię z tamtego tomu. Jaką? Nie zdradzę, by nie psuć niespodzianki!

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Finis Silesiae [recenzja]

Recenzencka cisza ostatnio na moim blogu zapanowała, bo i co tu recenzować? Zeszyty historyczne? Monografie pewnego śląskiego miasta? Ciekawe są, zwykle dobrze napisane, rzetelnie udokumentowane, ale – wybaczcie – takich książek nie czyta się dla czystej przyjemności zanurzenia się w lekturze, a raczej w celach badawczych. Na przykład przygotowując się do pisania własnej książki, co i ja czynię… Lecz nie samą pracą żyje człowiek. Nawet pisarzowi chwila odprężenia się należy. W ramach owej chwili sięgnęłam więc po „Finis Silesiae”, czyli mojego pierwszego Henryka Wańka – bo to i temat mi bliski i nazwisko nieobce…

Sięgnęłam, zaczęłam czytać i… nie mogę, po prostu nie potrafię pozbierać się w całość z wielkiego smutku!

Henryk Waniek jest nie tylko pisarzem, lecz (nie wiem, może przede wszystkim?) także malarzem, co bardzo, bardzo mocno przebija się z kart opowieści o Śląsku, jaki przestał istnieć w roku 1945. Plastyczne opisy krajobrazów, klimatów, dróg i miasteczek są niezwykle wyraziste, sugestywne. Sielanka prowincji nakreślonej krótkimi pociągnięciami literackiego pędzla, podążającego w ślad za okiem fotograficznego aparatu. Narastająca groza wielkiej Historii, która prześladuje bohatera, bardzo długo, niemal do samego końca usiłującego ignorować flagi, mundury, nadęty, przesycony nienawiścią język…

Historii nie można do końca zignorować. Bo choć podobno jeszcze do niedawna na Syberii mieszkali ludzie przekonani o tym, że nadal rządzi nimi car batiuszka, to jednak nacisk w tej przypowieści kłaść należy na słówko: „podobno”. Trzydziestoletni Paul Scholz, mieszkaniec moich ukochanych Gliwic, zwanych za jego czasów Gleiwitz, jest wyrosłym w pospolitym robociarskim domu artystą absolutnym. Żyje fotografowaniem i miłością do pięknej Brigitte, którą chętnie, lecz raczej bez obietnic i zobowiązań zabiera na swe krajoznawcze wyprawy w Góry Sowie, Izerskie, w Sudety. Ustawia dziewczynę na tle rajskich-śląskich landszaftów i pstryka zdjęcie za zdjęciem. Nie dojada, nie ma ubrania na zmianę, zarabia psie pieniądze, ignoruje politykę i unosi się nad ulicami, lasami, pagórkami i łąkami sielskiej krainy z jakimś nieopisanym, bliżej nieokreślonym smutkiem. Przeczuciem końca?

My wiemy, jaki będzie to koniec. My, czytelnicy wiemy bardzo dobrze, jaka przyszłość czeka Śląsk. Co spotka jego mieszkańców. Nielicznych, co nie dali się ponieść hitlerowskiej ideologii, dotknie dokładnie to samo, co oszalałych za jej przyczyną. Oni zginą, a jeśli nawet przeżyją, to zostaną trwale okaleczeni, bo utracą swój świat. My, ich następcy na tych ziemiach też go w ich imieniu nie odzyskamy, choćbyśmy nawet starali się ze wszystkich sił. A przecież nie staraliśmy się, obawiając przez lata, że „wróci Niemiec i odbierze swoje”. Gospodarstwo. Kamieniczkę. Górskie schronisko.

Minęły dziesieciolecia. Świat się zmienił. Niemiec nie przyszedł. Nie wrócił też ani Paul Scholz, ani jego ukochana Brigitte. Nie wrócili, bo wrócić nie mogli. Przecież nie żyją! Ale my żyjemy, mamy czas, mamy zapał i nawet jakieś tam pieniądze. Możemy podźwignąć zaniedbywane do niedawna Ziemie Odzyskane i znów uczynić je piękną ziemią, godną sławienia pociągnięciami pędzla. Ruchem migawki aparatu. Słowami.

Henryk Waniek wygrzebuje z pamięci Śląsk, jakiego już nie ma. Utrwala go na kartach książki. Pokazuje go nam, niepotomnym. I nade wszystko – ostrzega. Nam, żyjącym, stara się przekazać przesłanie ich, umarłych. Nie lekceważcie koła Historii. nie ignorujcie go, ani tym bardziej, nie usiłujcie go przyspieszyć. Raczej wstrzymujcie, wstrzymujcie ze wszystkich sił, a jeśli to w waszej mocy – zawracajcie je! Inaczej zginiecie wy i zginie wasz świat.

Czego ani sobie, ani Tobie, ani nikomu innemu nie życzę…

Opublikowano Filozoficznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Obserwując Edie [recenzja]

Kolejna trudna książka. Ciężka, depresjogenna w odbiorze, bo w czytaniu… bardzo dobrze skonstruowana, napisana świetnym, prostym i dobitnym językiem. Do przyswojenia w jeden wieczór, do przemyślenia na kolejne kilka. Mocna, naprawdę mocna powieść.

Rzecz wydaje się z pozoru dosyć prosta: „Obserwując Edie” osnuta jest wokół historii dwóch przyjaciółek z czasów szkolnych. Jedna jest piękna i utalentowana, druga pospolita i raczej dziwna. Ich relacja powiela schemat zależności księżniczki i wielbiącej ją służącej. Obie są wyalienowane, obie z rodzin z problemem, co je do siebie bardzo zbliża, ale oto pojawia się bardzo przystojny, bardzo niegrzeczny chłopak. Coś się między tą trójką wydarza, przyjaciółki tracą się z oczu i spotykają ponownie po kilkunastu latach.

Intryga nakreślona przez Camillę Way biegnie dwoma równoległymi torami czasowymi – „przedtem” pokazane jest z perspektywy brzydkiej, nastoletniej Heather, „potem” z punktu widzenia dorosłej, pięknej Edie. „Przedtem” prowadzi nas do wyjaśnienia zagadki tego, co wydarzyło się w kamieniołomie w pobliżu pewnego smętnego, brytyjskiego miasteczka, „potem”… więcej o treści nie napiszę, bo zdradziłabym finał, a ten jest naprawdę zaskakujący!

Dla mnie osobiście „Obserwując Edie” nie jest jedynie udatnie skonstruowanym thillerem, ale także bardzo wiarygodną psychologicznie powieścią o nastolatkach dorastających w dołującej rzeczywistości wyspiarskiej prowincji, gdzie zanikła klasycznie rozumiana, wspierająca rodzina, szkoła i otoczenie nie oferują niczego pozytywnego, a powszechnie dominującym odczuciem jest nuda, każąca dzieciakom wspomagać się używkami i podbijać bębenek podniecenia zachowaniami, od których cierpnie skóra… Czyja to wina? Kogo należałoby ukarać? Kara i wina. Odpowiedzialność i jej brak. Zło i dobro. Obserwując Edie, będziecie się nad nimi zastanawiać…

PS

Nie napiszę dlaczego, ale powieść Camilli Way przywodzi mi na myśl ulubioną Agathę Christie – „Noc i ciemność” 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Afy [recenzja]

Przez pół życia zgłębiać temat dwudziestowiecznych totalitaryzmów i dopiero niedawno zainteresować się ich wpływem na ludzi najbliższych – własną rodzinę, dziadków znajomych, sąsiadów z miasta, okolicy, regionu… Cóż, ostatni rok upływa mi na przyglądaniu się Ślązakom – ich mentalności, kulturze, specyfice języka, powiązaniom śląsko-polskim i śląsko-niemieckim (nieśmiało: śląsko-czeskim) oraz niezwykłej historii.

Górnoślązak to nie jest Polak. Górnoślązak to nie jest Niemiec. Górnoślązak to jest Ślązak. I jako taki obrywa równo z każdej strony, tym bardziej, że ma nieszczęście żyć w regionie bogatym w złoża naturalne. Uprzemysłowionym terenie, stanowiącym obiekt pożądania… Sam Ślązak także jest pożądany, choć niekochany. Jako pracownik, jako żołnierz, jako siła witalna. Żywotna, gotowa do wykorzystania tkanka narodu. Tylko którego narodu?

Podpisać, czy nie podpisywać nazistowskiej Volkslisty?

Jak sie niy wpiszesz, Twoja wina,

zaroz cie weznom do Oświyncimia,

a jak sie wpiszesz, Ty stary ośle,

to Cie zaś Hitler na Ostfront pośle.

Hitlera się po wojnie dopaść nie dało, bo Hitler kaput. Trzecia Rzesza kaput i rządzą nią teraz Sowieci na spółkę z Amerykanami, Anglikami i Francuzami. Ale na kimś się przecież zemścić trzeba, prawda? Ślązacy są pod ręką. Bezbronni, bo niekochani. Bo język, bo sześćset lat poza Polską, bo obco brzmiąca kultura, bo Volkslista, bo Wehrmacht, bo makatki po niemiecku wyszywane… Jedni winni, inni niewinni, tylko kogo to obchodzi? Na pewno nie komendanta obozu „Zgoda” w Świętochłowicach. Cała rodzina Salomona Morela całospalona w Holocauście. On sam cudem przetrwał. Przeżył w lesie, ale czystości duszy nie ocalił. Rabował i mordował już w czasie wojny. Po niej zaś przylgnął do nowych władz i rozpoczął karierę w więziennictwie. Na początek, przez kilka miesięcy roku 1945 jako szef obozu, który za Niemca stanowiąc filię Auschwitz, za Polaka stał się miejscem uwięzienia sześciu tysięcy ludzi – Ślązaków i nieŚlązaków – i grobem dla jednej trzeciej z nich.

Dominika Bara z niezwykłą wrażliwością, pięknym, zarazem dosadnym językiem opisuje losy kilkorga uwięzionych w „Zgodzie” (cóż za przewrotna nazwa!) ofiar. Tych co przeżyli, choć nigdy nie pozbierali się po traumie obozu. Tych, którym do końca odbierano prawo do pamięci, do krzywdy, do wykrzyczenia: „Tak, ja też jestem ofiarą!”. Ofiarą niesłuszną, bo niepasującą do oficjalnej narracji. Ofiarą komunizmu? Ofiarą żądnego zemsty żydowskiego ocaleńca? Ofiarą polskiego państwa?

Wojna wszystkich czyni ofiarami. Także katów. Wojna wszystko odbiera, a nic nie daje.

Wojna nie jest dla ludzi.

Trudno mi było ze spokojem czytać „Afy”. Cóż z tego, skoro pewnie i tak wrócę do nich nie raz?

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Srebrzysko [recenzja]

chwinCenię Stefana Chwina. Szczególnie lubię, gdy autor niezrównanego „Hanemanna” pojawia się u Marcina Mellera w „Drugim Śniadaniu Mistrzów”. Bo choć Pan Chwin wypowiada się zawile, choć ma tendencje do szybkiego przechodzenia od szczegółu do ogółu, to zwykle mówi mądrze i rozważnie. A może tylko tak mi się zdaje, ponieważ często się z nim po prostu zgadzam? Nie wiem. Ale gdy podczas jednej z niedawnych wizyt w TV, autor nieco nieśmiale zaprezentował swoją najnowszą powieść, poczułam: „chcę to!”.

Wbrew temu, co sugeruje okładka („Powieść dla dorosłych”), Srebrzysko nie jest literaturą erotyczną, czy tym bardziej pornograficzną. Jest tylko (aż!) książką wymagającą od czytelnika filozoficzno-socjologicznego przygotowania i śledzenia wydarzeń bieżących, ponieważ skrzecząca rzeczywistość atakuje nas właściwie z każdej strony powieści. Pierwowzorem bohatera jest postać rzeczywista – pewien senator, którego przyłapano w damskich fatałaszkach w trakcie narkotyzowania się… Jego wcześniejsze zasługi, jego praca, osiągnięcia artystyczne, działalność polityczna – wszystko zostało zapomniane. Internauta i telewidz zapamiętał mu jedynie niechlubny incydent nagrany ukrytą kamerą…

Obrzydliwe, jak się nad tym chwilę zastanowić. I nie, nie chodzi mi o zachowanie senatora – kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień! – a raczej o reakcję publiki. Media i ich konsumenci od razu, bez wyroku skazują człowieka na wygnanie. Publiczny niebyt. Wszyscy, także ci, którzy wcześniej kornie chylili głowy przed autorytetem, teraz bez skrupułów będą się nad nim pastwić, nie ukrywając radości, jaką daje deptanie czyjegoś życia. Płakać mi się chciało, gdy wbrew woli natykałam się w prasie na wzmiankę o senatorze P., czułam smutek, podczas czytania „Srebrzyska”.

Dlaczego?

Bo książka boli trafnością obserwacji rzeczywistości. Że zacytuję jeden fragment:

„(…) prawo do widzialności (…) jest przyznawane tylko niektórym. Reszta jest zepchnięta w niewidzialność. Wolność słowa? Wolność słowa mają tylko ci, którzy posiadają potężne narzędzia do przesyłania słów i obrazów. Reszta ma prawo do siedzenia przed telewizorem i podstawiania mózgów pod drukowanie. Żaden Internet nie daje szans na widzialność, bo Internet jest przepaścią, w której ginie wszystko.”

Jesteś niewidzialny człowieku. Nie obchodzisz świata. Pewnie stąd tyle w tobie złości… Czy możesz zmienić ten stan? Pewnie! Na przykład zabijając kogoś spektakularnie. Może w terrorystycznym zamachu…

PS

„Srebrzysko” nie jest doskonałe. Z pewnością zarzucić książce należy redakcyjne niedoróbki. Ale przeczytać warto.

 

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | 2 komentarze

Zmora [recenzja]

zmoraNiemcy tuż po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Ponury obraz pogrążonego w apatii, zdewastowanego moralnie, raczej obrzydliwego społeczeństwa. W jego centrum człowiek kultury – pisarz, który czasy nazizmu przetrwał na emigracji wewnętrznej. Nie popierając, więcej, czując nienawiść do władzy, nie robił wiele (nic?), by z nią walczyć, gdy była silna, ale poprzysiągł zemstę, kiedy upadnie.

Władza upadła, pisarz przeżył. I co?

I nic! Tonie w maraźmie, apatii, narkotykowym ciągu morfiny, przerywanym nagłymi i daremnymi zrywami spod ziemi chyba wydobywanej energii. Chce żyć, chce tworzyć, czuje się zobowiązany napisać „na świeżo” powieść – świadka czasów dopiero co minionych, gromadzi nawet swoje wspomnienia o nazistach, ale… Po cóż, skoro nie tylko jego pokolenie, ale i kolejne pokolenia Niemców płacić będą światu niekończącą się kontrybucję za winę, która zmieniła naród poetów w odczłowieczonych morderców? Wszystkich bez wyjątku – także tych, którzy udali się na wewnętrzną emigrację, jak pisarz Doll i jego młoda żona Alma.

Niemal autobiograficzna, choć jak to u Falady – sfabularyzowana historia, niepiękna, nie przynosząca zbyt wiele nadziei (ledwie odrobinkę, na koniec) i w sumie przykra w czytaniu. Ale, jak we wstępie wspomina sam autor, przykra była także i w pisaniu. No i nie zapominajmy, że to przedostatnia rzecz, jaką popełnił Hans Fallada. Jeszcze tylko wstrząsający „Każdy umiera w samotności” i ten wielki niemiecki pisarz, dokumentalista pierwszej połowy XX wieku umrze przedwcześnie w roku 1947. Jego zbyt wrażliwe serce nie wytrzyma ogromu okropieństw, jakich był świadkiem.

Na pogrzebie nie pojawią się dostojnicy z „nowych” niemieckich władz.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Małe życie [recenzja]

male-zycieDoczołgałam się w końcu do finału „Małego życia”. Nie porzuciłam książki w połowie tylko dlatego, że uznaję porzucenia lektur za czytelniczą porażkę.

„Najgłośniejszą amerykańską powieść roku” podsumować można właściwie trzema określeniami: szczegółowa pornografia cierpienia, przesłodzenie prowadzące prostą drogą do umysłowej cukrzycy i okropna, z każdym kolejnym słowem dodatkowo pogłębiająca się nuda.

Zanudzić czytelnika nieomal na śmierć to prawdziwa sztuka. Zwłaszcza, że pomysł jest oryginalny, bohaterowie (początkowo) ciekawi i wydaje się – żywi, a język książki całkiem niezły. Mamy oto czterech przyjaciół, których połączył college i Nowy Jork – miasto sztuki, tolerancji i możliwości. Każdy z kumpli jest inny, każdy zmaga się z innymi demonami, każdy dąży do swego własnego, czasem nieuświadomionego celu. Najbardziej tajemniczy z nich jest Jude. Niepełnosprawny, milczący młodzieniec. Im dalej w narrację, tym mocniej autorka skupia się właśnie na nim, wreszcie właściwie porzucając na jego rzecz pozostałą trójkę bohaterów.

„Małe życie” jest więc tak naprawdę opowieścią o jednym życiu. O kimś, kto otrzymał od losu ponadprzeciętną dawkę zła. O wiele większą, niż zwykły człowiek może wytrzymać. Zrozumiałe jest zatem, że Jude cierpi.

Ale jak on cierpi!

A my? My cierpimy razem z nim! Cierpimy tak bardzo, że w końcu, zamiast mu współczuć, zaczynamy mieć Jude’a dosyć. Nie reagujemy już pozytywnie na jego nieustanne „przepraszam, że żyję”, nie wzruszają nas kolejni przytulający go do serca ludzie, ani łzawe rozmowy na tysiąc razy omówione tematy. Nie mamy ochoty towarzyszyć nieustannie powracającym, tym samym problemom, ani obserwować, jak nawet nie próbuje sobie pomóc.

(Nie chcę spojlerować, ale aby podać przykład: Jude się tnie. Żyletkami rani swoje ręce, gdy ma gorszy dzień. Opisy tego, jak to robi, są powtarzalne do wymiotów, długaśne i nic nie wnoszą do fabuły. A to tylko taka drobna próbka treści, naprawdę!)

To mogło być niezłe studium psychiki osoby z traumą. Wyszła opera mydlana. Happy endem jest to, że się wreszcie skończyła.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz