Sens [wersz]


 

 

 

 

 

 

 

Szukałam go płytko i głęboko

Wysoko i nisko.

Zdawało mi się

Że mieszka

W filozofiach

Wschodu

Zachodu

Południa

Północy.

Nie było go tam.

Zaglądałam do mądrych książek.

Tropiłam sens między kartkami

Zdaniami

Słowami

I nic.

Już go prawie miałam

W sklepie

W wózku na zakupy

Niestety

Umknął za kasą.

Pięłam się ku niemu

Krok za krokiem

Noga za nogą

Zmęczona.

Ale na końcu czekał tylko szczyt

Sensu za grosz.

Idę gotować zupę

Zupa ma sens

Szczególnie w zimny dzień.

Reklamy
Opublikowano wiersze | Dodaj komentarz

Co się stanie z Ameryką [recenzja]

Podobno jak Ameryka kichnie, to cały świat ma katar. Kiedy w Ameryce spada koniunktura, reszcie świata w oczy zagląda kryzys. Gdy Ameryka lekko i nawet tylko na moment zboczy z kursu, świat może stracić go z oczu na dobre… Chcemy tego, czy nie, to właśnie Stany Zjednoczone dyktują trendy i trzymają rząd dusz – w kulturze, ekonomii, nauce, polityce. To, co dotyka Ameryki, prędzej czy później dotknie i nas. Dlatego powinniśmy uważnie śledzić sytuację w kraju za oceanem. Dziś, gdy rządzi nim człowiek nieprzewidywalny, który podobno „nie tak wyobrażał sobie bycie prezydentem”, który komunikuje się z publiką i innymi politykami ćwierkając na Twitterze… Czasem ćwierka bzdury, często jego twitty są szokujące. Przepraszam – byłyby szokujące, gdyby pisał je ktokolwiek inny. Ale przecież skoro popełnia je Trump, to nie traktujemy ich poważnie, prawda?

Jak doszło do tego, że na czele ostatniego mocarstwa na zachodnią modłę (jestem przekonana, że zmierzch Ameryki będzie oznaczał definitywny zmierzch Zachodu) stanął miliarder-celebryta? Jak to możliwe, że na swojego nowego przywódcę obywatele USA wybrali notorycznego krętacza, pozera i gościa, który ani w ząb nie zna się na politycznej kuchni? Który łapie kobiety za krocze i jest z tego dumny? Bo taki z niego macho rodem z westernu…  Jak to się stało??? Dlaczego Amerykanie zagłosowali na Donalda Trumpa, skoro do wyboru mieli wykształconą, doświadczoną i świetnie przygotowaną do pełnienia urzędu Hillary Clinton?

Czy taka jest siła fake newsów rozsiewanych przez rosyjską propagandę?

Czy Hillary pogrążyła przynależność do waszyngtońskiej elity, sztuczny uśmiech i okrągłe słowa rodem z zamierzchłych czasów politycznej poprawności?

Może zasadniczą kwestią okazało się to, że Hillary jest kobietą, a „Kobiety nie powinny mieć władzy”? Że lepszy kłamca i mitoman, niż baba na fotelu prezydenta?

W swojej najnowszej książce pt. „Co się stanie z Ameryką” Dorota Warakomska nie odpowiada wprost na te pytania. Zabiera nas za to w podróż po USA – od wybrzeża do wybrzeża, od jankeskiej północy, aż po postniewolnicze południe i oddaje głos mieszkańcom Stanów. Wszędzie rozmawia ze zwykłymi ludźmi i zadaje im pytania nie tylko o to, kogo popierają – Clinton, czy Trumpa, ale także dlaczego taki, a nie inny jest ich wybór. Z tej podróży wyłania się kraj u progu wielkiej zmiany. Stary porządek przestał w nim działać. Nowy jeszcze nie nastąpił. Klasa średnia zanika, prości ludzie nie mają szans na dobrze płatną pracę, ilość posiadanej przez obywateli broni rośnie w tempie równie zastraszającym, w jakim przyrasta liczba strzelanin… Narastają konflikty. Także etniczne. Wyraźnie coś wisi w powietrzu.

W którą stronę podąży Ameryka? Czy wykona wielki krok w tył, wycofa się i otorbi w myśl hasła: „America first”? Skoro wybrała Trumpa, a Trump na naszych oczach rozpętuje wielką wojnę gospodarczą z Chinami, pokrzykuje na partnerów z NATO, obraża dotychczasowych sojuszników – może tak właśnie będzie. Może USA przestaną interesować się światem wokół i nastanie nowa era izolacjonizmu na kowbojską modłę.

A może stanie się jednak inaczej. Wynik wyborów bardzo zdenerwował Amerykanki. One z nadzieją i dumą czekały na pierwszą panią prezydent. Nie doczekały się. Zamiast mądrej, doświadczonej kobiety, dostały w prezencie od losu niedoświadczonego faceta, w dodatku szowinistę, który próbuje odbierać im kolejne prawa (skąd my to znamy!). Wkurzyły się i szukają ujścia dla swojej złości. Organizują się więc i masowo wkraczają do polityki. Czy zdążą dokonać w niej znaczących zmian, nim Trump nabałagani tak bardzo, że nikt nie zdoła po nim posprzątać?

Zobaczymy. Ja trzymam za nie kciuki.

 

 

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Odłamki [recenzja]

Artysta na wojnie? A tak. Nastolatek, który odkrywa magię teatru właśnie wtedy, gdy dookoła zaczynają padać bomby. Gdy inni cierpią od wojny (domowej, w Jugosławii) on też od niej cierpi, on też się jej boi, ale równocześnie dojrzewa, dorasta, zakochuje się i biega na próby amatorskiej trupy teatralnej. Przeistacza się z dzieciaka w artystę, co, choć jeszcze o tym nie wie, uratuje go od śmierci… W każdym razie od śmierci na wojnie, od roli życia. Mięsa armatniego.
Inny nastolatek nie będzie miał tyle szczęścia. A może po prostu postawi przed sobą inne cele? Gdy Ismet czynić będzie wszystko, by się z Bośni wydostać, Mustafa podejmie starania, żeby za tę Bośnię walczyć. No tak, tylko Mustafa ma straszliwie dobre powody, by walczyć. Ma się za kogo mścić.

Ismet wyjedzie, Mustafa zostanie. I trochę też wyjedzie. W świadomości Ismeta, w jego powodowanej wyrzutami sumienia wyobraźni, Mustafa uda się jego śladem na emigrację. Ismet zostawił za sobą nie tylko kraj, nie tylko takich wielokrotnych, symbolicznych Mustafów, ale i matkę. Czy od koszmaru da się uciec? Fizycznie pewnie tak, choćby na drugą półkulę, a ocean, do raju zwanego Ameryką. Psychicznie…

To sobie sami doczytajcie. Ostrzegam – łatwo nie będzie. „Odłamki”, debiutancka powieść dramaturga i reżysera Ismeta Prcicia do łatwych lektur nie należą. Ciężka jest tu nie tylko warstwa fabularna (wiadomo – wojna w Jugosławii). Zamysł literacki też nie jest łatwy do przełkniecia. Pomieszanie czasów, miejsc, rzeczywistości i wyobrażeń… No właśnie – autora? bohatera? Biorąc pod uwagę podobieństwo przeżyć obydwu, uznać chyba należy „Odłamki” za swego rodzaju autobiografię i odprysk psychoterapii Prcicia. Bardzo zresztą udany.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Pocztówka z Warszawy

Pocztówka z Warszawy. Miasta, które mnie nieustannie zaskakuje. Z każdą wizytą odkrywam coś nowego. W tym roku na przykład – trupy i kontrasty. O europejskiej metropolii, która trupem stoi, trupa czci i trupem się karmi napiszę „inną razą”, bo muszę się przemóc, dziś o kontrastach.

Warszawski sierpień, Stary Mokotów. Niby blisko centrum, a cisza, spokój, sielsko, zielono. Wychodzisz z hotelu, przechodzisz przez szeroką arterię i już – jesteś w parku. Psy biegają, dzieci igrają. Na ławce po lewej zaległ pan z kacem, na ławce po prawej kilku panów wytrwale pracuje nad kacem przyszłym. To Warszawa biedna. Ale Warszawa bogata jest tuż obok. Wystarczy lekko podnieść głowę, by ją zobaczyć. Oto na górującym nad mokotowskim parkiem balkonie siedzą pan z panią. Balkon klasy wyższej, z chromowanego metalu i szkła, przyrośnięty do pasującego stylem apartamentowca, pan z panią też niczego sobie: markowi od stóp do głów, wyprasowani, fryzjer, manikury, pedikury i maleńki piesek rzadkiej rasy na dodatek. High class po warszawsku też pracuje nad kacem, sącząc z rżniętych kieliszków idealnie schłodzone prosecco i spoglądając w dół z mieszaniną rozbawienia i… Nie wiem… Współczucia? Zażenowania? Trudno powiedzieć, twarze bogaci państwo mają młode botoksem, więc mimikę mało wyrazistą. Nie to, co panowie z dolnych ławek – u nich same zmarszczki, a każda aż krzyczy emocją.

Idę dalej, docieram do skraju parku, a tam kolejna szeroka arteria, za nią znowu park. Łazienki. Nim jednak one, następny apartamentowiec. Tym razem wysoki, że ho-ho i w tej swojej wysokości samotny, że joj. Dumnie pręży się na tle wieczornego nieba, bezwstydnie bijąc po oczach architektoniczną mieszanką stylu nowoczesnego z niby-mauretańskim… Skąd wzięło się tutaj to dziwo? A to już tylko czort, developer i główny architekt miasta wiedzą. Nawet ładny jest ten niepasujący do niczego wytwór ludzkiej fantazji, tylko właśnie… Jak on się ma do pijaków w parku? Nijak się ma! A do po sąsiedzku ukrytej w zieleni rosyjskiej ambasady? Niskiej, przysadzistej parodii greckiej świątyni? No nijak. Nijak!

Odwracam głowę. Staję tyłem do ambasady, przodem do parku, z którego przed chwilą wyszłam. Patrzę i oczom nie wierzę. Między drzewam, nad sztucznym stawem pan z panią. Ci z pewnością nie pijają prosecco. Jeśli coś pijają, to raczej alkohole tanie i zarazem wysokoprocentowe. A może to abstynenci i nie piją wcale? Nie wiem, butelki, kieliszków, ani nawet termosu przy nich nie dostrzegam. Widzę za to wędkę. W środku miasta, tuż obok rosyjskiej ambasady i apartamentowca po milionie złotych za metr w kwadracie, pan z panią łowią sobie rybki w parkowym stawie! Szybko – telefon, zdjęcie, proszę bardzo: oto dowód, że mi się to nie śni!

Mam dość. Wracam do hotelu. Może nie przez park, może inną drogą? Dobrze, niech będzie tędy. Robię dwa kroki i znikają mi z oczu ambasada, szeroka ulica, mauretański wieżowiec, wędkarz i jego małżonka… Robi się cicho, spokojnie, wieczornie. Zero samochodów. Wspinam się po schodach, starając się bezboleśnie wyminąć ich rezydentów. Trzech panów w różnym wieku pracuje nad kacem, sącząc bezpośrednio z butelek rodzime wino, takie swojskie prosecco. Panowie nawet grzeczni, problemu nie robią, nawet kłaniają mi się na powitanie. Na pożegnanie, gdy jestem już hen-hen wysoko nad ich głowami, dobiega mnie głośne i dobitne „błeeeeee”. Widać alkohol był zwietrzały, skoro go organizm nie przyjął.

Ależ gorąco! Muszę się napić. Wstępuję do lokalnego sklepiku po piwo.

Bezalkoholowe.

Opublikowano Podróżniczo | Dodaj komentarz

Psie pole [recenzja]

Na lubimyczytac.pl jej nie znalazłam. Musiałam dodać książkę sama i teraz wreszcie znajdziecie ją na portalu, wpisując „Andrzej Braun”, albo „Psie pole”.

To moje pierwsze zetknięcie z twórczością Brauna – poety, powieściopisarza, reportera i eseisty. Łodzianina z Bałut. Boże, jakże ja lubię takie pierwsze kontakty! Jakże kocham poetów, którzy porywają się na pisanie prozy! Gdyby to ode mnie zależało, wszystkie powieści pisaliby poeci. Wówczas może uniknęlibyśmy modnej, a znienawidzonej przeze mnie mody na pisanie tak proste, że aż prostackie.

U Brauna w „Psim polu” nie ma nic prostackiego. Jest za to poetyka dzieciństwa i młodych lat przeżytych w przedwojennej Łodzi, socjalistyczno-komunistycznym mieście wielkiego biznesu, robotników i biedoty. Mieście Polaków, Żydów, Niemców. Mieście, w którym niczym w rozgrzanym do granic możliwości tyglu gotowała się wielokulturowość. W samym centrum tego miasta żył on – mały chłopiec z inteligenckiej rodziny. Pochodzenie polsko-niemieckie z wyraźnym ukierunkowaniem w stronę tej pierwszej tożsamości. Cienie, ślady, opowieści o lepszej przeszłości. Jakaś ciotka, babka z majątkiem i szlachetnym nazwiskiem. Duża familia, częste spotkania, magia wakacyjnych wyjazdów i mimo wszystko – urok codzienności na Bałutach. Dzielnicy najdelikatniej mówiąc nienajlepszej.

Andrzej Braun ma talent do pamiętania i ożywiania swoich wspomnień na nowo. Ma świetne oko, ale i pióro. Potrafi oddać atmosferę tamtych międzywojennych czasów, pozytywy i negatywy dorastania w nich, narastające konflikty polityczne, ideologiczne, wreszcie – narodowe i etniczne. Zuchwałość młodzieńca w niespokojnych, coraz bardziej niespokojnych dniach. Beztroskie oczekiwanie wojny w tle spraw poważnych – pierwszych miłości, egzaminów maturalnych, przyjaźni. Umiłowanie niemieckiego języka i niemieckiego romantyzmu w kontraście z nienawiścią niemieckiej buty, militaryzmu, dążenia do zniszczenia.

Lektura zdecydowanie warta polecenia.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety [recenzja]

Od dawna chciałam ją przeczytać, tylko jakoś się nie składało – a to nakład się wyprzedał, a to z biblioteki ktoś wypożyczył i oddać nie chciał, a to… Zapomniałam o niej, na śmierć zapomniałam. A przecież na liście moich lektur książka Swietłany Aleksijewicz to absolutny „must have”… Do tego przeczytałam ostatnio „Przecież ich nie zostawię”… Pomyślałam: „będzie temat na jedno z jesiennych spotkań Klubu Książki Kobiecej w Gliwicach, który mam zaszczyt współprowadzić. Zatem Allegro, szybki zakup, pukanie kuriera i już. Jest! „Wojna (która – JW) nie ma w sobie nic z kobiety”

Tytuł jest przewrotny. Ta wojna, którą ustami swoich rozmówczyń opisuje Aleksijewicz, ma w sobie wszystko z kobiety. Bo to kobieca wojna. Druga wojna światowa widziana oczami jej uczestniczek – żołnierek, telegrafistek, sanitariuszek, lekarek, partyzantek i działaczek podziemia z całego byłego Związku Radzieckiego, które na wieść o tym, że kraj płonie, same zgłaszały swój akces do sił obronnych. Niektóre dlatego, że tak zostały wychowane, że tak należało. Bronić ojczyzny w niebezpieczeństwie. Inne, ponieważ chciały się mścić za ojców, braci, co zginęli na polu bitwy, albo za matki, babki, młodsze rodzeństwo żywcem spalone podczas pacyfikacji wsi… Tak, żywcem, bo wojna na wschodzie była prawdziwym koszmarem, a hitlerowscy żołnierze na terenach Rosji, Białorusi i Ukrainy wykazywali się wyjątkowym bestialstwem.

Skąd ta nienawiść?

Nie wiem, nie rozumiem, muszę to przyjąć i czytać dalej. O czołganiu się w wodzie i śniegu. O zimnie i prażącym gorącu. O brudzie, smrodzie i wszach. O przymieraniu głodem i śmiertelnym zmęczeniu. O krwi, hektolitrach szkarłatnej krwi, przez którą one, bojowniczki i członkinie oddziałów medycznych, już nigdy nie ubiorą czerwonej bluzki. O ich odwadze, poświęceniu, ale i o ich uczuciach. Całej gamie uczuć, które im towarzyszyły wówczas i są z nimi nadal – czterdzieści lat po wojnie (książka powstawała w latach 80-tych XX wieku). O zabijaniu. Czynności tak bardzo niekobiecej. Bo jakże to – wszak kobieta daje życie! Jakżeby mogła je odbierać? Mogła i robiła to niegorzej od mężczyzny. Snajperki. Dowódczynie czołgów. Lotniczki. Żołnierki batalonów przeciwlotniczych. Saperki… Ok, saperki życie ratowały. A jak było trzeba – odbierały. Jak to na wojnie.

Ale, ale… Kobieta, dawczyni życia, nie powinna go odbierać. Nawet kobieta radziecka, co i na traktor, i na uczelnię techniczną i nawet do wojska z karabinem pójdzie. No, jednak do wojska nie powinna. Bo po pierwsze – pewno spać będzie z całym oddziałem (nie, w przeważającej większości jednak nie spały z kolegami z drużyny, były siostrami, nie kochankami), po drugie, kobieta… Kobieta to sama dobroć, sama delikatność, no i piękno – fryzura, sukienka, bucik na obcasie. A tu tymczasem mundur… „Na patrol to bym z taką uzbrojoną dziewuchą poszedł, ale żenić się? W życiu!”. Zostawały więc po wojnie same, niechciane, na wewnętrznym wygnaniu. Niektóre kalekie, bezpłodne od złych wojennych warunków, od dźwigania ciężarów ponad siły (spróbujcie np. ważąc 40 kilo wyciągnąć samodzielnie z płonącego czołgu osiemdziesięciokilowego faceta – one dawały radę).

Wszystkie, także te, którym się życie jakoś ułożyło, czekały. Czterdzieści lat czekały na to, aż ktoś je wysłucha. Pozwoli im mówić o wojnie, o ich wojnie, o wojnie widzianej kobiecymi oczami. Dziękowały, płakały, wspominały. Swietłana Aleksijewicz, córka kobiety z ich pokolenia, wszystko spisała, ubrała w surowe słowa i złożyła w wydawnictwie. A tam – nie! Taka wojna, bez generałów, bitew, ruchów armii nie nadaje się do opowiadania. Po co krew, po co wszy, po co gwałty? Tu nie Remarque, my Remarque’a nie potrzebujemy. My potrzebujemy bohaterów. Związek Radziecki potrzebuje bohaterów, a nie jakiś… bab!

Związek Radziecki upadł, książka o babach na wojnie się w końcu ukazała. Jest wstrząsająca. I z kobiecego i ogólnoludzkiego punktu widzenia.

Doprawdy, nie rozumiem ludzi, którzy widzą w wojnie cokolwiek pięknego.

 

Opublikowano Recenzyjnie | 4 Komentarze

Przecież ich nie zostawię [recenzja]

„Mam tu sto pięćdziesięcioro dzieci, przecież ich nie zostawię. Nie mogą same iść do wagonów i same pojechać w tę podróż”

PRZECIEŻ ICH NIE ZOSTAWIĘ – w zaubiegłym tygodniu byłam na spotkaniu z dwiema spośród ośmiu autorek tej wstrząsającej książki. Próbie przywołania z odmętów niepamięci kobiet – Żydówek, które miały misję. Do końca życia, do końca getta, do kuli w głowę, do samej komory gazowej, a pewnie jeszcze i w niej opiekowały się dziećmi. I nie, nie były to ich własne dzieci. Były to dzieci obce, sieroty, które one, opiekunki, przyjęły pod swoje skrzydła w ramach instytucji, które w gettach tworzyły, którymi zarządzały, albo w których zwyczajnie pracowały. Jako lekarki, siostry, wychowawczynie.

PRZECIEŻ ICH NIE ZOSTAWIĘ to hołd złożony tym wszystkim paniom Stefom, paniom Luniom, paniom… Bo kobiety, jak to kobiety – często nie miały nazwisk, zwykle zamiast imion jedynie zdrobnienia. Na zdjęciach ich nie podpisywano, a one same pamiętników nie pisały. Nie miały czasu, zajęte ratowaniem, opieką. W założeniu dla życia, w praktyce dla śmierci. Zadanie swoje wykonały jak się należało. Ich podopieczni szli do bydlęcych wagonów grzecznie, w porządku, trójkami, czwórkami, trzymając się za małe rączki. Nie dlatego, by pomagać mordercom. Po to, by się nie bać, by do końca zachować resztki złudzeń, cień normalności.

PRZECIEŻ ICH NIE ZOSTAWIĘ przypomina mi pewną scenę wyczytaną w literaturze obozowej. Oto rampa kolejowa w Auschwitz. Oto selekcja. Młodzi i zdrowi jeszcze się przydadzą, starych, chorych i małych kierować należy w stronę, gdzie z komina unosi się smolisty dym. Także matki z małymi dziećmi. Oto widzimy młodą, zdrową kobietę. Biegnie w stronę tych, co będą żyli, nie ogląda się za siebie. A za nią dziecko. Dziewczynka, ma trzy, może cztery lata. Płacze i woła: Mamo! Scenę tę obserwuje Ukrainiec… Rosjanin? W każdym razie – więzień porządkowy. Łapię kobietę, bije ją, krzyczy: Ty dziwko! Jak możesz porzucać własne dziecko! Wpycha oboje do właściwej kolumny… Obok esesmani. Jak i my przyglądają się tej scenie. Śmieją się.

W sytuacji granicznej od nikogo nie należy oczekiwać bohaterstwa. Bo do bohaterstwa stworzeni są bohaterowie. Bohaterki. Choć one pewnie powiedziałyby, że to żadne bohaterstwo. Ot – obowiązek.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz