Lotnisko w Monachium [recenzja]

lotniskoCzasem po prostu czuję, ze muszę sięgnąć po dany tytuł, ponieważ podświadomość wie, że jej lektura będzie dla mnie ważna. Często mam rację. Zdarza się, że nie. Oto ten przypadek. Może to kwestia moich wyobrażeń sprzed lektury. Nie wiem. Wydawało mi się, że za chwilę pogrążę się w pięknie napisanym, psychologicznym studium kobiety, która popełniła samobójstwo przez zagłodzenie. Pomysł na autodestrukcję doprawdy niecodzienny, zatem i książka powinna być niezwykła, prawda?

Nieprawda.

Zanim zaczęłam pisać recenzję, rzuciłam okiem na opinie innych czytelników. Zgadzam się z nimi – „Lotnisko w Monachium” to koszmarny obraz współczesności. Ludzie zachodu są niedojrzałymi, wypranymi z emocji dziećmi, całkowicie niezdolnymi do empatii i rozpaczliwie poszukującymi tej empatii w sobie. Zgadzam się, że książka jest przygnębiająca, szara i smutna.

Nie zgadzam się, że jest dobrze napisana.

Moim zdaniem napisana jest źle. Albo źle przetłumaczona. Nie mam pewności co do tego, kto odpowiada za bardzo nieprzyjemną w odbiorze melodię książki, ale sądzę, że jednak autor, ponieważ pisząc, zastosował mnóstwo denerwujących czytelnika zabiegów – dłużyzny, nuda, chaos, brak konsekwencji, przeskoki czasowe co kilka zdań… Lubię historie, w których nic się pozornie nie dzieje. Lubię trudne, głębokie książki, nawet te bardzo niekomfortowe w odbiorze, wprowadzające czytelnika w paskudny nastrój. Wybaczam i co wiecej kupuję każdy, nawet najdziwniejszy pomysł autora, pod warunkiem, że pisze pięknie.

A tu jest brzydko, nieporządnie i po prostu męcząco. Ale może tak miało być – może to celowe w związku z tematem… Nie wiem. Do mnie „Lotnisko w Monachium” nie przemówiło i tyle.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Kosmos [recenzja]

kosmos„Kiedy spoglądamy na Ziemię z przestrzeni kosmicznej, granice państw są niewidoczne. Raczej trudno jest podtrzymać fanatyczny szowinizm, etniczny, religijny, czy narodowy, widząc, jak niknie w oddali delikatny niebieski sierp naszej planety, aż staje się w końcu niepozornym punkcikiem światła na tle bastionu gwiazd. Podróże kształcą.”

Pierwsze oryginalne wydanie „Kosmosu” Carla Sagana ukazało się ponad trzydzieści lat temu i bazowało na popularnym programie telewizyjnym, którego Sagan – astronom i entuzjasta poszukiwania życia w odległych zakątkach wszechświata, był współprowadzącym. Zanim zrecenzuję pokrótce książkę, pozwólcie, że uhonoruję w kilku słowach jej autora. Carl Sagan urodził się w 1934 roku w Nowym Jorku jako syn żydowskiego małżeństwa (ojciec przyjechał do USA z Ukrainy). Jako doktor astronomii i astrofizyki, Sagan był równocześnie jednym z pionierów oraz prawdziwych entuzjastów egzobiologii. Brał udział w przygotowaniu gwiezdnych misji NASA (Mariner, Viking, Voyager), ale sławę przyniosło mu autorstwo szeregu książek popularyzujących naukę, powieść „Kontakt”, na kanwie której powstał film o tym samym tytule oraz oczywiście program telewizyjny.

Carl Sagan wierzył, że istnieje życie poza Ziemią, co więcej ufał, iż kiedyś, gdzieś, uda nam się nawiązać kontakt z pozaziemską, wysoko rozwiniętą cywilizacją. Bajki? Mrzonki? Wszechświat zaludniają setki miliardów galaktyk. Każda zawiera w sobie od kilkudziesięciu milionów, do kilkuset miliardów gwiazd. Wokół nich krążą planety. Niektóre są gazowymi olbrzymami podobnymi do Jowisza, inne zbudowane są ze skał, jak Merkury, Wenus, Ziemia i Mars. Na większości z nich nie ma warunkow do istnienia wody w stanie płynnym, ba – na wielu wody z pewnością wcale nie ma, ale:

  • kto powiedział, że płynna woda jest niezbędna życiu w każdej formie?
  • kto twierdzi, że życie bazujące na tlenie, wodorze, węglu i azocie jest jedynym możliwym?
  • kto wreszcie dziś, w epoce technologii i wiedzy, o których nie śniło się naszym przodkom, ma jeszcze odwagę mówić autorytarnie, że nasza planeta jest wyjątkowa pod jakimkolwiek względem?

Kiedyś, dawno temu uważano, że Ziemia jest płaska. Potem uparcie twierdzono, że co prawda nasza planeta z kształtu przypomina kulę, ale całkowicie nieruchomą! Ziemia tkwi w centrum wszechświata, a wszystko – inne globy, gwiazdy, krążą wokół niej. Do połowy XIX wieku upieraliśmy się też, że nie mamy nic wspólnego z małpami, no, może poza panem Darwinem…

Ludzie rękami i nogami bronią się przed prawdą. I my, i nasza planeta, i nasze Słońce, i nawet cała nasza galaktyka Mlecznej Drogi, stanowimy jedynie pyłek, nieistotne ziarnko kosmicznego piasku. Raz po raz usiłujemy na wszelkie sposoby udowodnić swą wyjątkowość – a to zaprzeczając ewolucji, a to zamykając oczy przed wszechświatem, a to niedopuszczając do siebie świadomości, że rozmnażając się bez umiaru i nierozsądnie eksploatując zasoby rodzimego globu, kręcimy bicz na samych siebie – Ziemia z naszego powodu nie zginie, życie jako takie przypuszczalnie także przetrwa katastrofę antropocenu, ale sam człowiek… Pewnie umrze z głodu, z pragnienia, od nadmiaru promieniowania i chorób, o ile wcześniej nie zdąży się sam unicestwić w wojnach o kurczące się zasoby. Smutne, prawda? Smutne tym bardziej, że prawdopodobnie przyjazny nam ekosystem zniszczymy zanim nauczymy się podróżować do gwiazd i zanim znajdziemy Ziemię B.

Przesłanie „Kosmosu” nic a nic nie straciło na aktualności, mimo czasu, jaki upłynął od jego wydania. Owszem, nasza wiedza o świecie posunęła się mocno do przodu i tu widzę jedyny argument przeciw wznawianiu dzieła Sagana – większość z omawianych przez niego odkryć, nowych w latach siedemdziesiątych XX wieku, jest dziś dobrze znana. Ale wnioski! Ale podejście do ludzkiej kultury, religii, nauki jako takiej i odniesienie wszelkich przejawów naszej aktywności do kosmicznej skali wszechświata… Rewelacja! A już rozważania na temat biologicznej natury obcych i na temat przyczyn, dla których dotąd się z nami nie skontaktowali… Genialne.

Pozwólcie, że na koniec lekko zaspoileruję. Sagan uważa, że przyczyny braku kontaktu są dwie:

  • albo nie istnieje we wszechświecie na tyle zaawansowana technicznie cywilizacja, by była zdolna do kontaktu, a to z tej przyczyny, że wymarła, więc w rozwój cywilizacyjny wspisana jest autodestrukcja;
  • albo też inteligentni obcy są bardzo daleko – nasza cywilizacja wysyła w przestrzeń kosmiczną sygnały zbyt krótko, by odlegli od nas kosmici zdążyli je odebrać i się nami zainteresować. I może dobrze, bo jak odbiorą sygnał i postanowią odwiedzić Ziemię, to mogą uznać nas za wrogów, albo szkodników, których należy natychmiast zniszczyć😉

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Ogród wieczornych mgieł [recenzja]

ogrodBywa, że sięgam po książkę nie do końca świadomie, biorę ją z księgarnianej, bądź bibliotecznej półki prawie wbrew sobie. Nie znam autora, nic nie mówi mi tytuł, nawet temat – dwoje ludzi? obyczajówka? romans? Nie dla mnie. A jednak. Zabieram taką lekturę ze sobą do domu, bo wyczuwam niezawodnym instynktem czytelnika, że połączy nas miłość od pierwszej strony. Tak było z „Ogrodem wieczornych mgieł” malezyjskiego autora Tan Twan Enga, którego nazwisko pozostawało dla mnie obce, kultura odległa, a książka… całkowicie zagadkowa. Mimo to myślałam o niej niosąc w torbie, myślałam pracując, myślałam wypatrując dogodnego momentu do czytania.

Wreszcie nadeszła ta chwila, że zostałyśmy we dwie – ja i powieść Tan Twan Enga. Zaczęłam czytać i… dawno mi się to nie przytrafiło. Chciałam, by opowieść trwała wiecznie, a równocześnie marzyłam o tym, aby dotrzeć jak najszybciej do jej końca i poznać wszystkie sekrety tajemniczego ogrodu, jaki pielęgnuje w swoich wspomnieniach Yun Ling, główna bohaterka i narratorka książki w jednej osobie.

Yun Ling jest zamieszkałą w brytyjskich Malajach Chinką. W chwili, gdy ją poznajemy, odchodzi na emeryturę, kończąc tym samym wieloletnią i pełną sukcesów karierę sędzi w Kuala Lumpur, stolicy dzisiejszej Malezji. Wraz z bohaterką cofamy się o kilkadziesiąt lat, gdy trzydziestoletnia Yun Ling porzuca na jakiś czas wielkie miasto i przenosi się na prowincję, w porośnięte tropikalną dżunglą góry, by tam, pod okiem Japończyka Aritomo, uczyć się sztuki projektowania ogrodów. Aritomo jest byłym ogrodnikiem cesarza Hirohito. Yun Ling była w czasie II wojny światowej „gościem cesarza”, czyli więźniem jednego z obozów, w których Japończycy przetrzymywali internowanych mieszkańców Malajów chińskiego pochodzenia… Bohaterka pragnie stworzyć własnoręcznie ogród na pamiątkę zakochanej w japońskim ogrodnictwie siostry, dla której cesarska gościnność okazała się zabójcza. Fabuła książki osnuta jest wokół pogłębiającej się relacji między młodą, skrzywdzoną Yun Ling i o dwadzieścia lat starszym Aritomo oraz wokół zagadek, jakimi są oboje.

Pisząc o tym, iż nie wiedziałam, czego spodziewać się po prozie Tan Twan Enga, odrobinę oszukałam  ;) „Ogród wieczornych mgieł” otrzymał nagrodę Man Booker Prize w roku 2012. Wydawca poleca powieść słowami: „zmysłowa i intelektualna uczta”. Do tego mamy dalekowschodniego autora i obietnicę opowieści, dla której tłem jest XX-wieczna historia Malezji opowiedziana w zaciszu japońskiego ogrodu, w którym artystyczna perfekcja i ceremonialność łączą się ze zrozumieniem i umiłowaniem natury. Od razu poczułam – będę uwielbiać! I uwielbiam!

Arcyciekawa fabuła powieści Tan Twan Enga to niejedyna jej zaleta. Doceniam niezrównany kunszt pisarza. Rozpoczynając przygodę z jego ksiażką naprawdę ma się wrażenie przekroczenia bram tajemniczego, w najdrobniejszym detalu zaplanowanego ogrodu, subtelnego i prawdziwego zarazem. Czytelnik z zachodu doceni dodatkowy walor lektury, obcy mieszkańcom Malezji: mamy oto okazję spojrzenia na japońską kulturę z zewnątrz, ale – co ogromnie ciekawe – nie oczami osoby z naszego kręgu cywilizacyjnego, lecz… Chinki wykorzenionej z kraju przodków, takiej która „po mandaryńsku potrafi jedynie milczeć”. Podwójna, nawet potrójna odległość kulturowa czyni „Ogród wieczornych mgieł” książką wyjątkową, lekturą dla każdego, kto tak jak ja lubi przyglądać się Dalekiemu Wschodowi poprzez słowa kreślone przez tamtejszych autorów.

Polecam!

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Górnoślązakiem być

horst„Tragedia Górnoślązaka polega na tym, że nie jest on Polakiem ani Niemcem, tylko właśnie Górnoślązakiem, i że w każdym wypadku czyni mu się krzywdę, przypisując go Polsce, albo Niemcom. Korfanty był Polakiem, ponieważ chciał nim być.” (cytat z Ziemi i Ognia, finałowej części gliwickiej tetralogii Horsta Bienka). Te słowa odnoszą się do sytuacji Górnoślązaka roku 1939. Zastanawiam się, na ile aktualne są dziś, kiedy co prawda moje ukochane Gliwice, tak się składa, że miasto urodzenia i młodości Bienka, zaludniają potomkowie przesiedleńców ze Lwowa i Wilna, ale już wsie wokół… miasta sąsiednie… Tam sytuacja wygląda nieco inaczej. Kim jest więc ten wciąż tajemniczy „Górnoślązak”? Kim jestem ja?

Dzisiejszy Śląsk zamieszkują trzy kategorie ludzi, którzy czują się tu u siebie:

  • napływowi i ich potomkowie
  • rodowici Ślązacy
  • śląsko-polskie mieszańce

Do tej ostatniej kategorii zaliczam się osobiście. Co prawda oboje moi rodzice urodzili się „tukej”, ale tylko jedno z nich w rodzinie śląskiej. Drzewo genealogiczne mojej Mamy sięga korzeniami Galicji i Kongresówki i ja sama przez całe dzieciństwo czułam pokrewieństwo raczej ze Lwowem i Kielcami, niż z Katowicami, albo Pszczyną. Więc obrona Westerplatte, więc Trylogia, więc Bataliony Chłopskie i walka z niemieckim najeźdźcą, a potem tęsknota za krajem prawdziwie wolnym, bez komunistów. Dziadkowie ze strony Taty sprawy nie ułatwiali – co prawda mówili do mnie gwarą (której nie rozumiałam i której nie lubiłam), ale nie dzielili się opowieściami ze swojej młodości. Zresztą, nie byłam ich ciekawa, podświadomie odbierając śląskość jako coś… bo ja wiem… Wstydliwego? A jeszcze ta połowa rodziny, co mieszkała w „Rajchu”. Jak to pogodzić z Czterema Pancernymi? Z Kamieniami na szaniec? Jako dziecko nie interesowałam się, wolałam unikać tematu, więc nie pytałam. Żyłam zresztą w PRL-u, który nieprzychylnie spoglądał na wszelkie próby regionalizowania historii. O właśnie – na lekcjach w szkole podstawowej jedyne, o czym mówiliśmy w kontekście moich rodzimych Gliwic, to popas, jaki urządził sobie tutaj Jan III Sobieski w drodze pod Wiedeń.

Doprawdy niewiele, biorąc pod uwagę bogatą, ponad siedemsetletnią historię tego „prastarego piastowskiego grodu”, który przez ponad 500 lat do Polski wcale nie należał!

Zmiana ustroju przywiała do naszego kraju świeższe wiatry. Stopniowo luzowano i pozwalano. Godoć po noszymu. Czytać śląskich pisarzy (nawet tych niemieckich, w tym Bienka). Badać historię własnego miasta i własnej rodziny. Zaczęłam zatem badać i porównywać. Trochę ciągnąć za język żyjącego jeszcze wówczas dziadka. Odwiedziłam niemieckich krewnych. Pojechałam do rodziny zamieszkałej pod Opolem (zresztą tylko czasami, większość roku spędzali w Zagłębiu Ruhry). Odwiedziłam ciotki i wujków ze Świętokrzyskiego, Podkarpackiego i stolicy. Zwiedziłam wyśniony Lwów. Poszłam do pracy, gdzie zetknęłam się z ludźmi z różnych stron kraju. Długo miotałam się między własną polskością, a śląskością. W końcu mnie olśniło. Stwierdziłam, że…

Mogę wybrać, ale nie muszę tego robić. Nie ma żadnej sprzeczności w byciu Polakiem i Ślązakiem równocześnie. Wręcz przeciwnie! Język śląski jest równie ciekawy, jak polski. Dwie tożsamości wspierają się i ubogacają, nawzajem uzupełniając braki. Ślązak – spokojny, nieco powolny, ale bardzo pracowity – wkracza tam, gdzie w Polaku pali się słomiany ogień i miga szabelka. Polak Ślązaka pogania i przydaje mu fantazji. Razem tworzą nową jakość: człowieka bardzo otwartego i na Wschód i na Zachód, łatwo się adaptującego, akceptującego różne punkty widzenia. Prawdziwe multi-kulti w samym środku Centralnej Europy!

Tak to czuję ja, mieszaniec i kundel. Ty – rodowity Ślązaku, stuprocentowy Polaku – możesz mieć całkowicie inne uczucia. I ja to zrozumiem i uszanuję bo… potrafię stanąć po obu stronach. Ba! Potrafię nawet zrozumieć mieszkańca Gliwic Anno Domini 1939, który, zmuszony wybierać między śląskością a niemieckością, w swojej słabości skapitulował przed tą ostatnią. A co miał zrobić w obliczu przeważającej siły? Był człowiekiem przyzwyczajonym do zginania karku i dostosowywania się do sytuacji.

Oby nigdy więcej nie musiał wybierać!

PS

Gdybym jednak ja nie daj Boże musiała wybierać, wybiorę Zachód. Wschód, taki prawdziwy, poduralski jednak do mnie nie przemawia😉

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bieguni [recenzja]

untitledTrawię prozę Tokarczuk. Połykam po kolei jej opowiadania i powieści-nie powieści, które trzymam w swojej biblioteczce. „Księgi Jakubowe” zostawiam na deser, wyjątkowo ciężki i ogromny, na razie zjadłam drugie danie. „Bieguni” to książka, za którą Olga Tokarczuk dostała swoją drugą Nagrodę Nike. Książka trudna do interpretacji. Książka, która migocze jak przeskakujący po kamieniach górski strumyk. Stale jest w ruchu, bo odwieczne prawo przyrody nie pozwala jej się zatrzymać. Błyska, hojnie rozrzucając po umyśle setki myślowych zajączków. Niczym z kamienia na kamień, przeskakuje z opowieści na opowieść. Pozornie bez sensu i bez celu. Ale w końcu przecież prawda wyjdzie na jaw. W finale, a może jeszcze dużo później – w tydzień, miesiąc po przeczytaniu – okaże się, że to wszystko jednak dokądś zmierzało. Dążyło do ujścia wspólnego wszystkim rzekom-życiom.

Różne miejsca, odmienne czasy, niestykające się ze sobą przestrzenie i obcy sobie ludzie. Całkowicie odmienni, przeżywający dany im kawałek rzeczywistości zupełnie z pozoru inaczej. Bo co wspólnego mają współcześni, którym zawód każe podejmować nieustanne lotnicze podróże dookoła świata z tymi, co kiedyś niestrudzenie zgłębiali tajniki ludzkiego ciała, by odkryć i utrwalić na zawsze narządy i tkanki? Gdzież pokrewieństwo między mężczyzną, co z nagła zgubił rodzinę i człowiekiem noc w noc budzonym nieznośnym bólem utraconej nogi? Dlaczego wszystko to miałoby jakoś wiązać się z tajemniczą rosyjską sektą Biegunów – ludzi, co stale są w ruchu, ponieważ boją się przystanąć. Przystanąć, osiąść – to jak zaprosić do siebie diabła. Być w ruchu, oznacza być bezgrzesznym, wolnym.

Ludzkie życie jest ruchem osadzonym na szkielecie z przemieszczających się, ale wciąż powiązanych ze sobą kości, mięśni, ścięgien i naczyń, w których, niczym w korytach miniaturowych rzek, przemieszcza się krew, ta żywa woda. Póki podróżujemy – jesteśmy, żyjemy, trwamy, pracowicie wydeptując swą ścieżkę. Kiedy się zatrzymamy – umrzemy. Może potem ktoś nas utrwali w formalinie, albo w alkoholu, ale doprawdy – nie powinien tego robić! To wbrew naturze, bo nie da się tego, co w ruchu, zachować w tym, co bezczynne. Życie zachowuje się tylko w życiu. Bo choć ludzie są różni i w różnych czasach, to i tak są jednym. Jednym, wspólnym istnieniem.

Tyle, że niektórzy biegną w miejscu, tylko przez czas, inni zaś dokładają do niego pozostałe trzy wymiary i przemieszczają się także w przestrzeni. Ale wszyscy jesteśmy wędrowcami. Nomadami, co zawitali tu na chwilę i zaraz, za momencik będą musieli udać się dalej – do celu, do którego dążymy wszyscy razem i każdy z nas z osobna.

PS

To jest bardzo trudna książka. Nie-powieść. Czyta się ją momentami dobrze i szybko, za chwilę źle i ciężko. Po dotarciu na ostatnią stronę… cóż, ja miałam wrażenie absolutnego braku zrozumienia. Ale myślałam. Wracałam. Krystalizowałam. Recenzję odważyłam się skreślić dopiero w dwa tygodnie po zakończeniu lektury. A pewnie na tym nie koniec. Dalej będę dumać, kombinować, przemieszczać się między zdaniami „Biegunów”. Odkrywać dla siebie kolejne sensy i przekazy. Ponieważ według mnie życie można utrwalić. W słowach😉

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Anioły z Peloponezu udają Greka

WP_20160615_14_40_13_Pro Słońce. Idealne – ani za chłodne, ani zbyt ostre. Nieco ponad trzydzieści stopni. Plaża. Ładna, jak na Grecję – czyściutko, piaseczek, leżaczki, parasole. Do tego bryza od morza, łagodność sennej fali, w powietrzu zapach soli i czegoś jeszcze. Ledwie uchwytnego wakacyjnego luzu, w tym najpiękniejszym z pięknych zakątków Europy.

Schodzącą ku plaży dróżkę wyłożono niewielkimi, równo przycinanymi kosteczkami z piaskowca. Pasują do siebie idealnie. Nie ma prawa między nimi wyrosnąć ani jedno nieprzepisowe źdźbło trawki. Najmniejsza nieposłuszna roślinka. Roślinność – owszem, jest. Bujna, żywozielona, kwitnie i krzewi się szeroko, wysoko wzdłuż ścieżek wypoczynkowego kurortu, ośrodka-resortu SPA. Choć jest rzeczywista, żywa, można ją podziwiać, wąchać, dotykać, wydaje się nieco nierealna. Zbyt doskonała, jak wszystko tutaj. Przeczyste baseny zdobne fikuśnymi fontannami i wyłożone maleńkimi błękitnymi kafelkami. Pole golfowe, malowniczo zbiegające ku morskiemu brzegowi. Pokoje-pałace, w których stąpasz po marmurze, siedzisz na palisandrach, śpisz na łożach tak szerokich, że nie sposób ogarnąć ich ramionami. Wysokich, że najlepiej wskakiwać na nie z rozbiegu. Wygodnych, że nie chce się wstawać. A jednak wstajesz, bierzesz chłodny prysznic i opuszczasz przestronny apartament gnany potrzebą słońca i ciepła. Głodem albo pragnieniem, które są tutaj twoimi jedynymi prawdziwymi zmartwieniami. Nie obawiaj się jednak! Pod zacisznymi arkadami, pośród milczenia monumentalnych kamiennych budowli, czekają na ciebie restauracje i kawiarenki, gdzie serwuje się pyszne dania i wyborne napoje. Nektary mistrzowsko zaparzonej kawy. Ambrozję odtłuszczonego greckiego jogurtu.

Podczas gdy ty, z rozmarzoną miną przysiadasz leniwie na plecionym krzesełku, wokół pulsuje życie. Uważnie śledzą cię stadka rozćwierkanych wróbelków-złodziei, gotowych rzucić się na każdą niedokończoną bułeczkę, czy okruch ciasta. Pomiędzy stolikami restauracji wolno przechadza się mężczyzna z sokołem na ramieniu. Groźny ptak powinien odstraszać wróble bandy, ale mali spryciarze nic sobie z niego nie robią. Dobrze wiedzą, że drapieżnik nigdy nie zostanie uwolniony. Któżby chciał narażać turystów na okrutny widok polowania, rozszarpywania na strzępy, mordu? Nikt! Peloponeski raj ma być wolny od wszelkiej przykrości. Istnieje tylko w jednym celu: dla przyjemności odwiedzających.

Liczny personel ośrodka dobierany jest chyba nie tylko pod kątem kompetencji. Specjalista do spraw human resources bierze z pewnością pod uwagę także stopień życiowego optymizmu i skłonność do okazywania życzliwości innym ludziom. Wszyscy tu się uśmiechają: i dwumetrowy olbrzym serwujący lody, i kierowcy elektrycznych wózków, gotowi dowieść cię w każdy, najodleglejszy zakątek ośrodka, i pani uparcie próbująca posprzątać twój sterylnie przecież czysty pokój i… anioł, który nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by dolać ci kawy. More coffee? – pyta, pochylając się z życzliwą troską, spoglądając na ciebie łagodnie, z lekkim rozbawieniem.

Anioły z Peloponezu udają Greków. Są po grecku śniade, zwykle szczupłe i niewysokie, czasem kędzierzawe i ciemnowłose, często za młodu łysiejące, strzyżone przy samej skórze. Swobodnie mieszają się z personelem luksusowej wakacyjnej wioski, wspomagając go w wykonywaniu codziennych obowiązków i służąc turystom. Z pozoru niczym się nie różnią od swych ludzkich towarzyszy. Białe koszule uzupełniają ciemnymi spodniami w kant. Na nogach mają wyczyszczone do błysku półbuty. Żadnych aureoli, żadnych skrzydeł. Tylko oczy… Anioła poznasz po oczach – jasnobłękitnych, niemal białych. Te oczy tu nie pasują. Nie przypominają bowiem kolorem żadnego z mórz opływających Półwysep: ani Egejskiego, ani Jońskiego. Przywodzą raczej na myśl świeżo spadły śnieg, oświetlany przez blade, poranne słońce w środku mroźnej zimy.

Takie własnie są. Anioły na Peloponezie. Spotkasz je w wakacyjnym ośrodku-resorcie SPA.

PS

Owo rozkoszne miejsce miała okazję osobiście odwiedzić redaktorka bloga😉

Opublikowano Podróżniczo | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rozmyślania [nad filozofią wg. Marka Aureliusza]

rozmyślaniaByłabym głupią, bezczelną gęsią, gdybym podjęła się recenzowania „Rozmyślań” Marka Aureliusza. Cóż tu recenzować? Założenia stoickiej filozofii, jakiej gorącym, (czy raczej – chłodnym) piewcą był ten cesarz – myśliciel? Toż tysiące mądrzejszych ode mnie ludzi tysiąc razy zanalizowało każdziutkie słowo, jakie nam ów władca po sobie zostawił. Zatem pozwólcie, że powstrzymam się od wszelkich prób rozbierania na części najnowszego przekładu „Rozmyślań” Marka Aureliusza. Tak pod kątem literackim, jak i treściowym. Jedyne, na co się poważę w odniesieniu do tej niewielkiej książeczki, to polecenie jej tym z Was, którzy z myślą antycznych stoików nigdy się nie zetknęli, albo zetknęli, ale nie mieli okazji się nad nią zadumać i odnieść do naszych, jakże epikurejskich i równocześnie hedonistycznych czasów!

Na początek dwa słowa wyjaśnienia. Epikureizm, hedonizm, stoicyzm to nurty filozoficzne wywodzące się ze starożytnej Grecji. Każdy z nich pochyla się nad zagadnieniem ludzkiego szczęścia i próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie, gdzie należy poszukiwać jego źródeł. Epikurejczycy i hedoniści upatrują go w przyjemnościach, spełnianiu własnych zachcianek, przy czym epikurejczycy zakładają, że należy sobie folgować o tyle, o ile nie sprowadza to w konsekwencji cierpienia na siebie i innych. Hedoniści zalecają czerpanie z życia bez oglądania się na konsekwencje. Epikureizmowi Grecy przeciwstawiali stoicyzm, z którego Rzymianie (Marek Aureliusz, Lucjusz Anneusz Seneka) uczynili niemal jedyną obowiązującą filozofię. Stoik twierdzi, że prawdziwym mędrcem i zarazem człowiekiem szczęśliwym jest ten, kto żyje zgodnie ze swoją naturą, kierując się przy tym rozumem.

Pozorna sprzeczność, prawda? Nasza natura jest przecież próżna, gnuśna, poszukująca własnej korzyści, przyjemności, a w przypadku ludzi, którzy zaspokoili te podstawowe potrzeby, także poklasku. Gdzież jej stać w jednym rzędzie z chłodnym, opanowanym rozumem? Gdzież tu wspólnota? Znajdzie ją ten, kto potraktuje „naturę” szeroko, jako wspólnotę bytów. Od kamienia, poprzez źdźbło trawy, zwierzę, aż do ukoronowania stworzenia. Człowieka. Bo wszystko jest jednym i dlatego wszystko powinno ze sobą współpracować dla wspólnego dobra. Ludzie z ludźmi, ludzie z przyrodą. Ponieważ stworzeni jesteśmy z jednej materii, przychodzimy z niebytu na świat zaledwie na moment  i do tego samego niebytu z powrotem zmierzamy. Szczęście na ziemi osiągniemy jedynie wtedy, gdy sobie to uświadomimy, gdy to zaakceptujemy i zaczniemy żyć w zgodzie z tą myślą. Nie czyniąc niczego nadmiernie, ani przeciw prawom natury.

Można by rzec: nic, tylko położyć się i czekać na śmierć! Błąd! Stoicy głoszą pochwałę wykonywania codziennych obowiązków, ale bez niepotrzebnego podniecania się nimi, bez gonienia za sławą, za potrzebą odciśnięcia swego śladu w historii. Nie ma to sensu także i z tego powodu, że jakbyśmy się nie starali, potomni zapomną o nas tak samo, jak nie pamiętają o nas przodkowie.

Ironią losu jest to, że oto Marek Aureliusz, pierwszy pośród głosicieli skromnego, cichego życia stoika nie został zapomniany. Jego „Rozmyślania” nie były spisywane z myślą o publikacji. Zredagował je i rozpowszechnił dopiero ktoś po śmierci autora. Możliwe, że uczynił to jego grecki sekretarz Aleksander, tym samym zapisując w pamięci ludzkości zarówno imię cesarza-filozofa, jak i własne.

Stoicką filozofię polecam pod rozwagę szczególnie tym ze współczesnych, którzy stale gdzieś pędzą – ku pieniądzom, sukcesom, może sławie?

„Duszyczką jesteś dźwigającą trupa – powiedział Epikret”.

I ta perspektywa powinna skłonić nas do refleksji i zatrzymania się w codziennym biegu naprzód, nie wiadomo dokąd i po co.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz