Tęskniąc za latem [już w maju]

Wczoraj zrobiło mi się żal lata. Zwykle letnia melancholia dopada mnie w czerwcu. Ściślej – tuż po Nocy Kupały, gdy dzień zaczyna się skracać, co dla mnie oznacza, że oto nieuchronnie zbliża się do nas jesień, a wraz z nią poranki zimne niczym zapowiedź kolejnej pory roku… Wiem, przesadzam, gdzie tam do jesieni, skoro czerwiec potrwa jeszcze dobrych parę dni, po nim nadejdą burzowy i upalny lipiec, senny sierpień. Wrzesień, a nawet październik bywają jeszcze bardzo ciepłe, a na pewno piękne – w złocie i czerwieni. Cóż z tego, kiedy dla mnie schyłek czerwca oznacza kres lata? Rosnąca noc budzi egzystencjalny smutek.

Ten rok jest inny. Nawet nie zdążyłam wyciągnąć z pawlacza letnich ciuchów, ani poukładać w pudełkach zimowych butów, gdy całkiem niespodziewanie, bo już w kwietniu, słupek rtęci podskoczył powyżej dwudziestej kreski i tak trzymał, zbliżając się momentami nawet do trzydziestki. Słoneczko grzało, niebo się niebieściło, gwałtownie rozkwitłe kwiaty pachniały jak szalone i tylko owady nie nadążały z zapylaniem, a butiki z dostarczaniem odpowiednich do temperatur kolekcji odzieży. Wymęczone ciepłem ekspedientki tkwiły za swymi ladami, zmuszone raz po raz kiwać odmownie głowami w odpowiedzi na niekończące się pytania klientek:

a kiedy przyjdą białe spodnie; cienkie sukienki; koszulki na ramiączkach; espadryle; słoneczne okulary; wiklinowe torebki?

Smutne szare swetry, czarne dżinsy i krótkie kurteczki-puchówki kurzyły się na wieszakach, zostały przecenione, wreszcie – zniknęły, ustępując miejsca delikatnym kolorom i zwiewnym materiałom strojów wakacyjnych. W moim mieście na wyścigi otwierano kolejne lodziarnie. Gdzie tylko był wolny kawałek miejsca, tam wystawiano ławki i stoliki, natychmiast obsiadane przez tłumy mieszkańców, wylegających na senne od upału ulice. Lato skrytobójczo zamordowało wiosnę i wzięło Polskę we władanie.

(w tym samym czasie marzli Hiszpanie, Portugalczycy, o Francuzach z Normandii, którzy lepili śniegowe bałwany, nawet nie wspominając).

Pogodowe szaleństwo sięgnęło majówki. Jeszcze w połowie kwietnia meteo pomrukiwało groźnie o jakimś załamaniu, jakiś deszczach, wiatrach i zimnie. Na szczęście kasandryczne wieści okazały się być zwykłym fake newsem. Cudownie rozmnożone wolne dni – jak ktoś sie dobrze zakręcił, to na przełomie kwietnia-maja mógł sobie zafundować aż 9 dni odpoczynku! – przyniosły kolejną falę gorąca. Kto wybrał się w tym czasie na zagraniczny urlop, niech żałuje. Stracił niepowtarzalną okazję doświadczenia włoskiej atmosfery w samym środku Europy Centralnej!

Załamanie przyszło dopiero teraz. Wczoraj, kiedy wybrałam się na drugi koniec miasta z listą spraw do załatwienia w kieszeni. Szłam w zacinającym deszczu, przed którym słabo chroniła zbyt mała czasza kieszonkowego parasola, kląc na czym świat stoi, że nie chciało mi się przed wyjściem z domu poszukać kaloszy. W butach mi chlupotało, spodnie miałam do kolan mokre, rękawy kurtki można było wykręcać. Kroki stawiałam szybko, nie rozglądałam się wokół, chcąc jak najszybciej odhaczyć kolejne punkty „to do” i wrócić do domu. Napić się ciepłej herbaty, włożyć grube skarpety, zwinąć się na kanapie z książką w dłoni. W przelocie ledwie zerkałam na wystawy butików, na których zupełnie kretyńsko pyszniły się białe spodnie, cienkie sukienki, koszulki na ramiączkach, espadryle, słoneczne okulary i wiklinowe torebki… Komu to potrzebne w środku zalewanego strugami wody, chłodnawego maja?

Zatęskniłam za latem. A potem sama się do siebie uśmiechnęłam. Natura wróciła do równowagi. Mamy wiosnę. Niezbyt ciepłą, ołowiano-ponurą, wilgotną. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno 😉

Reklamy
Opublikowano Publicystycznie | Dodaj komentarz

Piękno Wszechświata [recenzja]

Czy o skomplikowanych kwestiach naukowych można pisać przystępnym językiem? O ile kwestia pozwoli, a i autor da radę – owszem. Na przykład o naszej rzeczywistości, którą w makroskali rządzi szczególna oraz ogólna teoria względności Einsteina, zaś w skali mikro dzieją się w niej rzeczy, o jakich śnią jedynie fizycy kwantowi… Obie zdają się być prawdziwe, ba – obie zostały potwierdzone doświadczalnie. I obie się wykluczają.

Paradoks.

Problem, który trzeba rozwiązać. Kłopot, z którym od dobrych kilku dziesięcioleci zmagają się fizycy teoretyczni, nieustający w poszukiwaniu teorii ostatecznej. Takiej, która pogodzi Alberta Einsteina z Niehlsem Bohrem (to ten, co rozpracował atom i położył podwaliny pod fizykę kwantową). Która wykluczy z matematycznych wyliczeń absurdy nieskończonych mas i energii, pomoże zrozumieć, co działo się ze światem tuż po, w trakcie, a nawet przed Wielkim Wybuchem. Która będzie czysta, piękna, elegancka i odpowie na każde nasze pytanie.

Takiej teorii póki co nie sformułowano i możliwe, że to nigdy nie nastąpi, chociaż… Teoria strun i jej kolejne modyfikacje wydaje się pierwszą kandydatką do tytułu teorii ostatecznej. Jej podstawę stanowi założenie, że najmniejszymi cząstkami budulcowymi Wszechświata są jednowymiarowe, drgające struny. O tym, czy dana struna da początek cząstce materii (np. kwarkowi), czy też nośnikowi siły (np. fotonowi) decyduje ruch, jaki struna wykonuje – częstotliwość i amplituda drgań. Z tego założenia płyną kolejne, coraz bardziej sensacyjne wnioski, jak np. ten, że makroskopowe czarne dziury i mikroskopowe cząstki elementarne są w gruncie rzeczy tożsame, czy też teoria wieloświatów (wg. której obok naszego Wszechświata istnieje nieskończenie wiele alternatywnych wszechświatów, a czarne dziury są bramami do światów równoległych).

Cóż, wiem, to trudne. Dla mnie także, szczególnie, że nie jestem fizykiem…

… Ale fizyka, szczególnie ta Einsteinowska i kwantowa interesuje mnie od zawsze. Chętnie sięgam po popularnonaukową literaturę dotyczącą tego tematu. Książkę pt. „Piękno Wszechświata. Superstruny, ukryte wymiary i poszukiwanie teorii ostatecznej” autorstwa Briana Greene miałam w rękach kilkanaście lat temu. Wtedy wydał ją Prószyński i S-ka. Dziś otrzymujemy wznowienie od wydawnictwa Zysk i S-ka. Co mnie niezwykle ucieszyło.

Kilkanaście lat temu byłam jeszcze studentką. Ponad pięćsetstronicowe dzieło Greena, fizyka i matematyka z Uniwersytetu Columbia czytałam z wypiekami na twarzy. Czytałam, łamałam sobie nad nim głowę i… niewiele zrozumiałam. Tę cześć książki, która poświecona została odkryciom Alberta Einsteina – odrobinę. Ciąg dalszy, gdzie mowa o strunach… cóż, szczerze mówiąc niemal wcale. Dziś, po kilkunastu latach czytam ponownie i oczom oraz głowie nie wierzę – rozumiem! Nie wszystko, nawet nie większość wywodu, ale całkiem sporo. Jestem laikiem, a jednak język autora do mnie przemawia. Skutecznie tłumaczy mi to, co od zawsze pragnę pojąć.

Ta książka jest prawdziwie pasjonującą podróżą. Wyruszenie w nią polecam każdemu, kogo – jak mnie – fascynuje w nauce to, co jeszcze nieodkryte.

UWAGA – wymaga skupienia!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Mózg. Opowieść o nas [recenzja]

Mózg serwuje nam swego rodzaju opowieść, a każdy z nas wierzy w jej treść. Bez względu na to, czy damy złapać się złudzeniu optycznemu, czy uwierzymy w sen, który nam się właśnie śni, czy będziemy widzieć w wydrukowanych literach kolory, czy wreszcie uznamy urojenia schizofreniczne za prawdziwe, za każdym razem akceptujemy rzeczywistość, której scenariusz w istocie został zapisany przez nasz mózg.

Ludzki mózg. Nieco ponad kilogram zwartej, galaretowatej substancji zbudowanej z miliardów komórek nerwowych. Zamknięty w ciasnej i ciemnej kostnej jamie, fizycznie jest niemal całkowicie odcięty od świata zewnętrznego. Wszystko, co wie o otaczającej człowieka rzeczywistości, sam sobie kreuje na podstawie impulsów docierających do wnętrza mózgowej puszki z narządów zmysłów… Czy świat, jaki tworzy i w jaki wierzymy jest prawdziwy? A może jest tylko wyobrażeniem? Może nasze ciała, niczym w przerażającym filmie braci (obecnie sióstr) Wachowskich pozostają unieruchomione i niczym żywe baterie, służą przetrwaniu jakiejś wyższej formy inteligencji?

Trochę żartuję, oczywiście za autorem „Mózgu. Opowieści o nas”, ale prawda jest taka, że póki co nie wiemy tego i przypuszczalnie nieprędko się tego dowiemy, bo nie potrafimy wyjść poza imaginarium własnego umysłu. Nasz mózg to wszystko, co mamy. To wszystko, czym jesteśmy. Wyłącz go, a przestaniesz istnieć. Kim byłby człowiek, któremu przeszczepiono by mózg innej osoby? Nadal sobą? Raczej nie… Bardziej uprawnione będzie zdaje się przyjęcie, że dawca mózgu to biorca ciała…

Skomplikowane? Bardzo, bo i przedmiot rozważań jest skomplikowany. Mózg to najbardziej złożony, równocześnie najbardziej fascynujący i najsłabiej poznany ludzki organ. To klucz do rozszyfrowania odpowiedzi na pytanie, które brzmi: kim jesteśmy? To wstęp do dalszego rozwoju ludzkiej cywilizacji, a może nawet – kto wie, kto wie – punkt wyjścia do kolejnego skoku ewolucji, tym razem inteligentnej, bo naprawdę sterowanej… Przez ludzki umysł. Już dziś zdolny niszczyć światy (patrz: bomba atomowa). Na tyle zuchwały, by mimo wszystko myśleć o przekroczeniu własnych granic (patrz: prace nad AI).

Badania nad mózgiem trwają. W samym ich sercu znajduje się David Eagleman, amerykański neurobiolog, wykładowca Stanford University i popularyzator nauki. Jego najnowsza książka ukazała się właśnie po polsku nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka. Pięknie ilustrowana, napisana niezwykle przystępnym językiem „Mózg. Opowieść o nas” zabiera czytelnika w fascynującą podróż do wnętrza jego własnej głowy. Snuje historię o tym, czym jest ludzki umysł, jak się uczy, jak wielkie ma możliwości oraz w jakiej relacji pozostaje z innymi umysłami. Próbuje także zajrzeć w przyszłość, zadając pytania o naturę świadomości i szanse na przeniesienie jej do maszyny.

Lektura obowiązkowa dla każdego, kto jest świadom istoty sprawy 😉

Opublikowano Filozoficznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Starość [refleksja]

 Przeczytałam gdzieś wczoraj, że kobieta urodzona w roku 2015 przeżyje 83 lata. Z tego ostatnich 19 będzie niesprawna. Wszystko rzecz jasna średnio. Ale nawet i średnio – przez  30% swej dorosłości wymagać będzie pomocy innych ludzi!!! Albo robotów, bo przecież świat idzie do przodu stale i coraz szybciej. Oczywiście także w dziedzinie medycyny, wiec może owa 83-latka pozostanie jednak samodzielna i żwawa, z wyglądu i kondycji podobna raczej do swej nastoletniej wnuczki. Wszystkie zepsute części ciała będzie wymieniać sobie na bieżąco i nie umrze po osiemdziesiątce, tylko po setce, albo dwusetce, albo nawet i wcale… Brrr, nieśmiertelność. Straszna wizja, wolę o niej nie fantazjować.

Póki co, nieśmiertelność jeszcze nam nie grozi, starcza niedołężność niestety – owszem. O tej myślę często, bo choć mnie samej nie stuknęła jeszcze czterdziestka, to i starość i związany z nią uwiąd obserwowałam i obserwuję z bliska.

Najpierw u Babci. Miała 95 lat, kiedy odeszła. „Piękny wiek” – powie ktoś, kto może odruchowo doda: „Stu lat życzę”. Przekleństwo. Życzyć komuś stu lat życia, to jakby życzyć mu wszystkiego, co najgorsze. Naprawdę. Moja Babcia była przeraźliwie zdrowa. Poza starością i „drobiazgami”, takimi jak zaćma, demencja i związana z nią niesamodzielność, nic jej nie dokuczało. Przeżyła wszystkich i wszystko – rodzeństwo, męża, nawet własną córkę oraz czasy, do których przynależała i które rozumiała. Więc, choć wyraźnie już chciała, nie mogła umrzeć. Ale, jako osoba od zawsze przyzwyczajona do samodzielności i niezależności, i tak postanowiła, że dokona żywota. Pewnego dnia nie ubrała się, nie zjadła śniadania i nie wyszła po zakupy. Nie włączyła telewizora, nie przeczytała gazety. Położyła się z powrotem do łóżka, tym samym inicjując proces czekania. Na śmierć. Odtąd stale potrzebowała pomocy wnuków i opiekunek. Babcia coraz mniej jadła i piła, więc słabła. Na początek wolno, potem szybciej. Wreszcie organizm poddał się jej woli. W końcu się wyłączył.

Najpierw jednak ja sama, ze smutku i rozpaczy nad Babcią, w wieku lat trzydziestu kilku dostałam udaru. Niewielkiego, na szczęście niedokrwiennego i bez długotrwałych skutków ubocznych, ale jednak. Byłoby zabawnie, gdyby Babcia, umierając, przeżyła jeszcze i własną wnuczkę… Byłaby to iście epicka historia.

Jednak Babcia odeszła, ja póki co zostałam, a umierać zaczął pies. Dobrze urodzona rasowa sunia z solidnego gniazda. Przez całe swoje długie życie praktycznie nie chorowała. Zdrowie miała żelazne. Do niedawna wydawało mi się, że nic jej nie zmoże. Taka była żwawa, taka wesoła.

Wesoła bywa nadal. Zwykle rano, kiedy ma więcej sił. Kiedy nie śpi. Gdy nie kuli się ze wstydu, że znowu się zsusisiała w domu. Że znowu nie dała znać, iż potrzebuje wyjść na spacer. Kiedy nie wyje rozpaczliwie nie wiadomo z jakiego powodu i za czym. Kiedy z nieuwagi nie uderzy głową w drzwi. Bo co prawda widzi nadal dobrze, ale słyszy bardzo niewiele. Z powodu osłabienia mięśniowego trzęsą jej się tylne łapy. Demencja odbiera jej poczucie bezpieczeństwa. Drży ze strachu nawet przed psim fryzjerem. Jest po operacji. Guzy podobno nie zdążyły wypączkować do wątroby, ale i tak – weterynarz dał jej pół roku do nawrotu. Kolejnej operacji nie będzie, bo suńka pewno i tak by nie przeżyła narkozy.

Ja wiem. Wiem, że to tylko pies, ale… Smutno.

Zaraz znikam. Muszę wyjść z nią „na siusiu”.

A Wy…

Zastanówcie się, nim komuś złożycie życzenia „stu lat życia”. Ja ich nikomu nie życzę. Bo jeszcze się spełni i po co?

 

Opublikowano Filozoficznie | Dodaj komentarz

Ginekolodzy [recenzja]

 Wydaje się, że żadna z dziedzin medycyny (może poza transplantologią), nie jest tak mocno obciążona klątwą niemoralności, jak ginekologia. Dosłownie – przez długie wieki zajmowanie się „tymi okolicami” damskiego ciała, było zadaniem niegodnym, nieprzystającym lekarzowi. W porodach specjalizowały się akuszerki, kobiety które same już wcześniej rodziły. Tym sposobem unikano zgorszenia. Lekarz mężczyzna nie mógł bowiem dotykać żeńskich narządów rozrodczych. Potem, w wieku XVIII, gdy świat zachodni zaczął zbaczać ze ścieżki sacrum w stronę rozumu, dotykać, choć tylko w ostateczności, było już wolno. Patrzeć nadal nie, dlatego medyk wezwany do rodzącej musiał się w jej stronę podczołgać. Wolno mu było nieco tylko unieść kołdrę, którą wymęczoną porodem okrywano od stóp po samą brodę, włożyć rękę pod pierzynę i tam, na ślepo operować palcami w rozwartym kanale rodnym… Zrozumiałym jest, że w takich okolicznościach wiele kobiet umierało wraz z dziećmi, pechowo ułożonymi do świata pośladkami.

Lekarze nie znali żeńskiej anatomii, nie rozumieli fizjologii, w przeważającej większości przedkładali surowe normy obyczajowe nad dobro, a nawet życie pacjentki. Jeśli poród był na tyle ciężki, że groził śmiercią nie tylko rodzącemu się dziecku, ale i jego matce, tę ostatnią, jako ochrzczoną, należało poświęcić. Dziecko powinno przeżyć choćby krótki moment potrzebny do tego, by kapłan zdążył przy pomocy wody i modlitwy dołączyć nową duszyczkę do grona wiernych kościoła… Takie to były czasy. Potem, bliżej dni nam współczesnych, bywało wcale nielepiej. Ginekolodzy płakali w ciszy gabinetów nad stanem zdrowotnym, psychicznym i bytowym matek dzisięciorga, czy piętnaściorga dzieci. Świadomi konsekwencji, jakie przyniesie pacjentce kolejny poród, zaklinali ją, by więcej w ciążę nie zachodziła. Co doradzali analfabetkom, żonom prostych, nieuświadomionych mężczyzn? Wstrzemięźliwość małżeńską! Robili tak, mimo iż byli doskonale pewni, że za rok znowu zobaczą tę samą rolniczkę, czy robotnicę z wielkim brzuchem. Mimo, iż znali już kapturek antykoncepcyjny, dzięki któremu kobiety z wyższych sfer skutecznie unikały niechcianych konsekwencji współżycia. Tylko że kapturek jest niemoralny. Przecież Bóg chce, byśmy się bez umiaru mnożyli. By kobiety rodziły kolejne dzieci, których nie będą w stanie ani wychować, ani nawet wykarmić. Woli, by matka dziesięciorga raczej zmarła usiłując wydać na świat jedenaste, niż żyła z piętnem grzesznicy, która broni się przed świętym mężowskim nasieniem.

Przez długie wieki kobieta od pasa w dół była traktowana przez medycynę jak maszyna do produkcji kolejnych pokoleń. Jeśli interesowano się dobrostanem jej układu rozrodczego, to tylko pod tym kątem – ma być w stanie wydać na świat kolejne dziecko. A jeśli zachorowała? Na przykład na nowotwór szyjki macicy? W takim razie z pewnością nagrzeszyła! Rak narządów rodnych to kara za przewinę przeciw moralności! Jaką? Proszę się nie rumienić – przecież wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o seks. Pramatka Ewa skusiła do niego praojca Adama swoim nagim ciałem. Za karę ona i jej potomkinie rodzić będą w bólu i do skutku – szczęśliwego, albo śmiertelnego. Wola boska.

W takiej oto mentalnej sytuacji, wręcz niesamowitym wydaje się, iż w historii ginekologii znaleźli się ludzie gotowi iść pod prąd. Zajrzeć pod kołdrę i w pochwę rodzącej. Obrócić dziecko główką do przodu. Łagodzić mękę porodu. Usuwać torbiele jajników, przetoki między układem trawiennym i rozrodczym, operować nowotwory szyjki macicy, czy wreszcie – stosować antykoncepcję, a nawet terminować ciąże powstałe z gwałtu! Byli tacy lekarze, którzy w kobietach zechcieli widzieć samodzielne byty, tak samo jak mężczyźni zasługujące na życie dobre, wolne od choroby i zbędnego cierpienia. Zdolne do decydowania o sobie i swoim ciele. Co inspirowało tych dzielnych medyków? Przede wszystkim same pacjentki. Czytając ich straszliwe historie, podziwiałam hart ducha, jakim się wykazywały, ogromną samoświadomość i wolę życia rolniczek, murzyńskich niewolnic, czy prostych mieszczek. Te kobiety nie myślały o sobie „macica”, „grzesznica”, czy „błogosławione naczynie”. One myślały – ja-człowiek, ja-matka dzieciom, ja-żona, ja-samodzielna-jednostka. To one, wraz z życzliwymi im ginekologami, popchnęły tę dziedzinę medycyny do przodu.

PS

Czy wiedzieliście o tym, że w Anglii początków XX wieku zdecydowano się zrezygnować z ławników podczas procesów przeciw kobietom, które dokonały aborcji? Uczyniono tak, ponieważ rolę ławników pełnili mężczyźni z ludu, prości robotnicy, którzy widzieli w istotach, nad którymi trwał sąd, własne matki, żony, siostry i córki. Rozumieli ich dramat i zwykle decydowali: „uniewinnić!”. Surowa wiktoriańska sprawiedliwość nie mogła tego znieść. Ławników zastąpiono więc bezlitosnymi sędziami z prawdziwego zdarzenia – dobrze urodzonymi absolwentami Cambridge, czy Oxfordu.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Sapiens. Od zwierząt do bogów [recenzja]

 O mamusiu, dobrze że jestem taka porządna, bo jakbym była porządna mniej, to bym tę książkę ordynarnie z miejskiej biblioteki publicznej ukradła i sobie ją miała i ciągle od nowa bym ją czytała! Tak duże na mnie zrobiła wrażenie, tak wiele kazała przemyśleć, takiemu ogromowi zagadnień przyjrzeć się raz jeszcze… Lektura obowiązkowa dla każdego przedstawiciela gatunku homo sapiens. Każdego, kto nie boi się prawdy o ludzkości, źródłach jej ewolucyjnego sukcesu oraz prawdopodobnym kresie.

Yuval Noah Harari, autor monumentalnej popularnonaukowej opowieści pt. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” wykłada historię na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. W swojej książce, w której przygląda się biologicznej prehistorii oraz kulturowej historii człowieka rozumnego (czyli nas), próbuje odpowiedzieć na pytanie: co sprawiło, że spośród kilku (kilkunastu? kilkudziesięciu?) równolegle funkcjonujących na Ziemi ludzkich gatunków, to właśnie homo sapiens przetrwał? Jaki szczęśliwy dla nas traf ślepej ewolucji sprawił, że to my „rządzimy światem”? Co stało się z neandertalczykiem, hobbitem z wyspy Flores, denisowianinem? Czy na pewno zniknęli? A człowiek rozumny – dlaczego przez tysiąclecia pędził życie nagiej, dwunożnej małpy z jaskini, by nagle około 10 tysięcy lat temu wymyślić cywilizację? Jak to się stało i co ma z tym wspólnego wiara w abstrakcje – prawa, bogów, pieniądze? Kto i dlaczego rozpoczął rewolucję agrarną i co ona przyniosła nam, a co innym zwierzętom? Jakie procesy zaszły około roku 1500? Dlaczego synonimem nowoczesności i przyszłości stała się kultura zachodnich Europejczyków i czy faktycznie należy ona jeszcze do ludzi Zachodu? Dokąd dążymy? Jak mogą wyglądać najbliższe lata? A stulecia? Czy osiągniemy nieśmiertelność, a jeśli tak, czy uczyni nas ona wreszcie szczęśliwymi?

Harari porusza mnóstwo, całe morze zagadnień związanych z pojęciem „człowiek”. Biologiczny, historyczny, kulturowy, ekonomiczny, psychologiczny, socjologiczny. Niesamowita jest ta kompleksowość spojrzenia, imponujące wyczerpanie tematu (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to temat niewyczerpywalny!). Autor sięga po wiedzę ze wszystkich dziedzin i kompresuje ją w jednej, świetnie napisanej książce. Oczywiście, że miejscami nieco nadużywa interpretacji, unika za to na szczęście ideologizowania – twierdzenie, z którym się spotkałam w jednej z recenzji, jakoby Harari był piewcą komunizmu, świadczy jedynie o tym, że czytający nie do końca zrozumiał lekturę. Osobiście odebrałam negatywnie jedną sprawę – otóż w „Sapiens. Od zwierząt do bogów” poruszone zostało co prawda zagadnienie kulturowej nierówności płci, jednak autor zdaje się nie sięgnął wystarczająco głęboko do naukowych źródeł, ponieważ nie pokusił się o próbę definitywnego wytłumaczenia takiego stanu rzeczy. Z drugiej strony, może to i dobrze, bo temat mocno pachnie „ideolo”.

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Kazuo Ishiguro, czyli dwa razy Nobel 2017

 Autor, który został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla, zawsze wzbudzi moje zainteresowanie. Niekoniecznie na czas dłuższy, jednak jako czytelnik uważam, że wręcz wypada takiego pisarza uczcić także prywatnie – zaszywając się w jakimś zaciszu przynajmniej z jedną jego książką… Czasem na niej się skończy, czasem od niej się  zacznie.

U mnie na pierwszy ogień poszły „Malarz świata ułudy” oraz „Okruchy dnia„. Omawiam te tytuły razem, ponieważ odebrałam je jako niezwykle do siebie podobne. Niby inne miejsca – Japonia/Anglia, niby odmienni bohaterowie – artysta/kamerdyner, niby różne wiodące tematy – odpowiedzialność twórcy za zbrodnie reżimu/godność zawodu, a jednak…

Nim przejdę do podobieństw, najpierw kilka słów o każdej z powieści:

Malarz świata ułudy – rzecz dzieje się w powojennej Japonii. Bohaterem i zarazem narratorem jest tu emerytowany artysta, malarz i Sensey, nauczyciel młodego pokolenia twórców. W latach trzydziestych modny i wpływowy, pupilek dążącego do wojny reżimu, teraz zapomniany, owdowiały, usiłuje wydać za mąż młodszą córkę, żyć i odnaleźć się w nowym porządku. We wspomnieniach wraca do szczęśliwych lat, zastanawiając się równocześnie, czy przed laty dokonał właściwych wyborów, czy słusznie popierał politykę, która, co z perspektywy czasu widać jak na dłoni, doprowadziła ukochany kraj do upadku. Wstrząsające studium psychologiczne człowieka, który chyba nie do końca rozumie, jak mocno przyczynił się do krzywdy innych ludzi.

Okruchy dnia – tytuł nieprzypadkowo kojarzy się z doskonałym filmem z roku 1993, w którym mistrzowsko zagrali Emma Thomson i Anthony Hopkins. Nie byłoby filmu, gdyby nie nagrodzona Bookerem książka Ishigury. Pisana jest ona z perspektywy Jamesa Stevensa, czyli kamerdynera idealnego. Stevens chlubi się tym, że pracuje w Darlington Hall. Wcześniej, przed wojną i w jej trakcie u lorda Darlingtona, teraz, w roku 1958 u pewnego Amerykanina, który odkupił posiadłość od starej brytyjskiej arystokracji. Po latach wiernej służby kamerdyner wybiera się na krótki urlop. Pożycza samochód swego pracodawcy i rusza do Korwalii, gdzie ma nadzieję spotkać się z kobietą, z którą kiedyś był blisko na gruncie zawodowym… Jedzie do niej, wspomina przeszłość i snuje rozważania nad tym, czym jest ludzka godność, ze szczególnym uwzględnieniem godności kamerdynera.

Co łączy te z pozoru całkowicie odmienne książki? Osoby głównych bohaterów. Starzejący się mężczyźni, którzy oddali życie pewnej idei, mrzonce. Nieszczęśliwie splotła się ona z destrukcją drugiej wojny światowej. Wojna niszczy, ale także oczyszcza – bezlitośnie obnaża prawdę o pustce i beznadziei. O straconych szansach. O tym, że nie można uciec od odpowiedzialności. O tym, jak łatwo jest skrzywdzić drugiego człowieka.

Dwie powieści Ishigury są do siebie podobne także jeśli chodzi o sposób prowadzenia opowieści – niespieszny, elegancki, praktycznie pozbawiony dialogów i akcji, ponieważ to co najważniejsze, dzieje się we wspomnieniach. Muszę przyznać, że bardzo mi to odpowiada. Z niecierpliwością czekam, aż w moje ręce wpadną kolejne książki tego autora.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz