Opowieść podręcznej [recenzja]

Wprost trudno uwierzyć, że od daty premiery tej książki minęło już ponad 30 lat. „Opowieść podręcznej” niestety nic a nic się nie zdezaktualizowała. Sądzę, że nie zdezaktualizuje się jeszcze bardzo długo, możliwe, że historia dystopicznego Gileadu pozostanie na zawsze żywa, ponieważ sadyzm, skłonność do fanatyzmu i chora chęć dominowania nad innymi towarzyszyć nam będą prawdopodobnie do samego końca. Tak długo, dokąd istnieć będzie ludzkość. Są one bowiem częścią naszej natury. Tą mroczną, złą i teoretycznie zwalczaną przez światłe religie, cywilizacje i filozofie, a jednak zbyt głęboko osadzoną, by można ją było z człowieka wyrugować. Zresztą, czym bylibyśmy bez tkwiącego w nas zła? Aniołami? Niedorzeczne! Dlatego właśnie „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood będzie zawsze „dorzeczna” – jak mąż znęcający się nad żoną, jak mobbingujący przełożony, jak dziecko podpalające kota, jak terrorysta. Religijny, polityczny, czy jakikolwiek inny… Jak każda patologia dążąca do władzy nad drugim.

O fabule książki nie napiszę wiele, bo jest to rzecz głośna, także dzięki bazującemu na niej serialowi, emitowanemu przez Showmax. Wystarczy chyba tyle, że tytułowa „podręczna” to młoda kobieta, siłą rozdzielona z mężem i córką, płodna, a więc cenna w zdegenerowanym ekologicznie świecie. Jako potencjalna matka, trafia w tryby reżimu rządzącego w dawnych Stanach Zjednoczonych, w czasach podręcznej zwanych Republiką Gileadu. Przyodziana w czerwoną suknię, zostaje oddana jednemu z dostojników nowego religijno-wojskowego reżimu po to, by urodzić dziecko w imieniu bezpłodnej żony Komendanta. Urodzić zdrowe dziecko – oto będzie odtąd jedyny cel życia bezimiennej podręcznej, która opowie nam swą historię własnymi słowami.

Pisze się o tej książce, że feministyczna. Mówi, że antyreligijna, albo nawet antychrześcijańska. Wyśmiewa, że nierealna. Wiecie co? G…o prawda!

Ofiarami wszechwładnego totaliryzmu w wydaniu Gileadu nie padają tylko kobiety. Oczywiście, to one, jako „naczynia”, brzuchy mogące potencjalnie donosić ciążę i przywrócić ludzkości nadzieję na przetrwanie ekologicznej katastrofy, są poddane najściślejszym rygorom. Wiadomo – kobieta wyzwolona to największe zagrożenie dla patriarchatu. No i w dodatku nie chce się na zawołanie rozmnażać. Oburzające dla fanatyka wszelkiej religii. Tyle że u Atwood zniewoleni są wszyscy – i kobiety i mężczyźni, bez wyjątku. Ci, którzy się buntują – giną, tych, którzy gotowi są współpracować, wmontowuje się w kierat powinności, surowych zakazów, nie podlegających dyskusji nakazów. Jak to w totalitaryźmie. Każdym, bez wyjątku. Bo totalitaryzm jest zawsze właśnie taki – chce kontrolować każdą dziedzinę ludzkiego życia. Gilead przede wszystkim seksualność, co jest logiczne, bo kto ma władzę nad seksem, ten ma władzę nad człowiekiem. Poczytajcie sobie święte księgi i posłuchajcie, na czym przede wszytkim skupiają się ich fanatyczni propagatorzy! „Opowieść podręcznej” nie jest jednak wbrew pozorom antyreligijna. Tu ofiarami czystek padają i protestanccy pastorzy i żydzi i duchowni katoliccy. Wszyscy, którzy nie zgadzają się z jedyną słuszną wizją. Ale o tym sobie poczytacie w książce, ja chciałabym skupić się na koniec tej zdecydowanie zbyt krótkiej recenzji na wartościach literackich powieści i skojarzeniu, jakie dla mnie ze sobą niesie książka Margaret Atwood.

Niezwykle cenię sobie literaturę, która spełnia trzy wymogi – świetny pomysł, wartką, trzymającą w napięciu akcję i rewelacyjny język. Jeśli do tego jeszcze od czasu do czasu z kart książki bije odrobina humoru… Coś wspaniałego. Tak jest właśnie z „Opowieścią…”. To się po prostu czyta! W jeden dzień, jeden wieczór, z niepokojem, wypiekami na twarzy i tym dreszczem rozkoszy, który towarzyszy obcowaniu ze świetną literaturą! Atwood pisze nie tylko prozę, jest także poetką, co nie pozostaje bez wpływu na język powieści, jej nastrój, siłę odczuć, jakie budzi w czytelniku. Przeczytajcie koniecznie – jeśli nie dla historii pewnej dystopii, to choćby po to, by móc rozkoszować się każdym, precyzyjnie umiejscowionym w tej książce słowem.

Na sam koniec – skojarzenie. Mnie „Opowieść podręcznej” niepokojąco przypomina „Uległość” Houellebecq’a. Dlaczego? Otóż totalitarna Republika Gileadu nie nastąpiła z dnia na dzień. Narastała, zagarniając dla siebie kolejne obszary życia Amerykanów. Oczywiście, w pewnym momencie przejęła władzę ostatecznie i bezlitośnie, ale… Sygnały były już wcześniej, tylko najpierw – a to nas nie dotyczy, a to nic takiego, a z tym to można żyć, a ta zmiana to jak się nad tym zastanowić, nawet nie jest taka najgorsza. Po co protestować? „Wy młodzi nie doceniacie wolności, którą macie” – mówi matka podręcznej w momecie, w którym jeszcze jest czas na to, by się sprzeciwić. Tylko po co mamy się buntować, skoro nam się nie chce? W USA nam się nie chce. We Francji nam się nie chce…

Totalitaryzmy nie wybuchają nagle. One się moszczą. Rozrastają się. Przejmują kroczek po kroczku. Oplątują nas siecią, której nie chcemy dostrzec. A gdy wreszcie orientujemy się, żeśmy spętani… No cóż, wtedy jest już za późno.

Niech będzie błogosławiony owoc!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wzgórze psów [recenzja]

„Literatura syfu” przeczytałam  w jednej z opinii o najnowszej książce Jakuba Żulczyka. Zgadzam się. „Wzgórze psów” skończyłam czytać kilka dni temu, ale dopiero teraz biorę się za recenzję. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałam użyć w niej zbyt wielu niecenzuralnych wyrazów… Najświeższe dzieło Żulczyka, mimo że objętościowo imponujące (900 stron), pochłonęłam w jeden weekend. Przez kolejne dwa dni klęłam jak szewc, chodziłam ze spuszczoną głową i życzyłam światu, żeby sczezł, mimo że słonko pięknie świeciło, wiosna uroczo kwitła, a wszyscy wokół mile się uśmiechali. Znaczy – autorowi udało się dla mnie ożywić fikcyjny Zybork. Miasteczko beznadziei. Siedlisko wszelskiego zła.

Rzecz jest więc zdecydowanie dobrze napisana. Utrzymana w konwencji, mroczna, brudna i ociekająca wszelką ochydą, którą od czasu do czasu, przyznam – lubię sobie zaaplikować. Chyba każdemu z nas dostarcza nieco perwersyjnej satysfakcji nurzanie się w nieszczęściu bliźnich bez konieczności osobistego wdeptywania w gówno, prawda? Co z tego, że w powieściach są to bliźni nieistniejący? Tego typu małe, lokalne piekiełka zapadłych miasteczek, jakie funduje czytelnikowi Żulczyk, naprawdę są wszędzie wokół. Taka Polska już nawet nie B, a raczej C, dusząca się we własnym sosie. Gnijącym sosie smutku, apatii, występku i tajemnicy sprzed lat, która na zawsze naznaczyła los głównego bohatera. Kto wątpi, powinien obejrzeć któryś z programów Krystyny Jaworowicz.

Mogłabym pewnie „Wzgórzu psów” sporo wytknąć, na czele z moim żelaznym zarzutem o niepotrzebne rozdęcie fabuły do monstrualnych rozmiarów. Mogłabym napisać o przerysowaniu, przesadzie, nie dość wiarygodnych psychologicznie postaciach kobiet, sięganiu po zgrane do bólu motywy winy i kary, braku nadziei, bohatera, który nie jest w stanie wznieść się ponad siebie i stać się mężczyzną… Ten ostatni wątek mnie specjalnie drażni, bo nie znoszę zwykle powieści o narcystycznych Piotrusiach Panach, ale… Skoro po odłożeniu lektury przez kolejne 48 godzin nie potrafiłam wrócić do normalności, skoro wciąż o niej myślę, skoro prześladuje mnie rozwiązanie zagadki zyborskiego Punishera… Skoro tak, to chyba muszę wybaczyć Mikołajowi Głowackiemu jego zdegenerowaną dzieciuchowatość, tym bardziej, że naprawdę istotne przeciwności stanęły mu na drodze ku pełnej dorosłości.

Zdecydowanie polecam, ale raczej nie ku pokrzepieniu serc 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Rubinowe oczy Kremla [recenzja]

Zachwycając się doprawdy niesamowitą serią „Metro” Dmitrija Glukhovsky’ego, nie miałam pojęcia, jak głęboko autor Universum Metro sięgnął do sezamu moskiewskich legend miejskich! Jak obficie z niego czerpał. Lecz oto czytam „Rubinowe oczy Kremla” Macieja Jastrzębskiego i wszystko do mnie wraca. Tajne moskiewskie podziemia. Kryjące się w nich niebezpieczeństwa. Zmutowane zwierzęta. Oszalali z grozy ludzie. Dusze potępione. Metro-2. Upiornie czerwony kolor kremlowskich gwiazd, czujnie obserwujących stolicę carów, pierwszych sekretarzy, prezydentów. Kto wie, co naprawdę kryje się w podziemiach Kremla?

W swej kolejnej fabularyzowanej opowieści o krainach leżących na wschód od naszych granic, Maciej Jastrzębski skupia się na prawdziwych i całkiem zmyślonych, a także mniej lub bardziej prawdopodobnych historiach tajemnych z Moskwą w roli głównej, albo przynajmniej w tle. Zagląda pod jej powierzchnię – czasem dosłownie, zstępując do podziemi, innym razem traktując rzecz metaforycznie i przyglądając się np. życiu półświadka lub pięknych rosyjskich dziewczyn-utrzymanek. Zabiera czytelnika na literacką wyprawę do źródeł lęków, które każą Rosjanom rokrocznie wydawać miliardy dolarów na usługi wróżek, magów i wszelkiem maści szamanów, dzięki którym uda się pokonać niepewność, a kto wie? Może i śmierć? Podobno receptura leku na tę ostatnią przypadłość kryje się pośród ksiąg słynnej, do dziś nie odnalezionej bizantyjskiej biblioteki, którą przywiozła ze sobą do Moskwy Zofia Paleolog, ostatnia z rodu władców Cesarstwa Wschodniorzymskiego…

Fanów prozy Jastrzębskiego czeka niespodzianka. Co prawda „Rubinowe oczy…” czytać można jako dzieło całkowicie samodzielne, ale można również potraktować książkę jak kontynuację „Matrioszki Rosji i Jastrzębia”, wyjaśniającą i dopowiadającą pewną historię z tamtego tomu. Jaką? Nie zdradzę, by nie psuć niespodzianki!

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Finis Silesiae [recenzja]

Recenzencka cisza ostatnio na moim blogu zapanowała, bo i co tu recenzować? Zeszyty historyczne? Monografie pewnego śląskiego miasta? Ciekawe są, zwykle dobrze napisane, rzetelnie udokumentowane, ale – wybaczcie – takich książek nie czyta się dla czystej przyjemności zanurzenia się w lekturze, a raczej w celach badawczych. Na przykład przygotowując się do pisania własnej książki, co i ja czynię… Lecz nie samą pracą żyje człowiek. Nawet pisarzowi chwila odprężenia się należy. W ramach owej chwili sięgnęłam więc po „Finis Silesiae”, czyli mojego pierwszego Henryka Wańka – bo to i temat mi bliski i nazwisko nieobce…

Sięgnęłam, zaczęłam czytać i… nie mogę, po prostu nie potrafię pozbierać się w całość z wielkiego smutku!

Henryk Waniek jest nie tylko pisarzem, lecz (nie wiem, może przede wszystkim?) także malarzem, co bardzo, bardzo mocno przebija się z kart opowieści o Śląsku, jaki przestał istnieć w roku 1945. Plastyczne opisy krajobrazów, klimatów, dróg i miasteczek są niezwykle wyraziste, sugestywne. Sielanka prowincji nakreślonej krótkimi pociągnięciami literackiego pędzla, podążającego w ślad za okiem fotograficznego aparatu. Narastająca groza wielkiej Historii, która prześladuje bohatera, bardzo długo, niemal do samego końca usiłującego ignorować flagi, mundury, nadęty, przesycony nienawiścią język…

Historii nie można do końca zignorować. Bo choć podobno jeszcze do niedawna na Syberii mieszkali ludzie przekonani o tym, że nadal rządzi nimi car batiuszka, to jednak nacisk w tej przypowieści kłaść należy na słówko: „podobno”. Trzydziestoletni Paul Scholz, mieszkaniec moich ukochanych Gliwic, zwanych za jego czasów Gleiwitz, jest wyrosłym w pospolitym robociarskim domu artystą absolutnym. Żyje fotografowaniem i miłością do pięknej Brigitte, którą chętnie, lecz raczej bez obietnic i zobowiązań zabiera na swe krajoznawcze wyprawy w Góry Sowie, Izerskie, w Sudety. Ustawia dziewczynę na tle rajskich-śląskich landszaftów i pstryka zdjęcie za zdjęciem. Nie dojada, nie ma ubrania na zmianę, zarabia psie pieniądze, ignoruje politykę i unosi się nad ulicami, lasami, pagórkami i łąkami sielskiej krainy z jakimś nieopisanym, bliżej nieokreślonym smutkiem. Przeczuciem końca?

My wiemy, jaki będzie to koniec. My, czytelnicy wiemy bardzo dobrze, jaka przyszłość czeka Śląsk. Co spotka jego mieszkańców. Nielicznych, co nie dali się ponieść hitlerowskiej ideologii, dotknie dokładnie to samo, co oszalałych za jej przyczyną. Oni zginą, a jeśli nawet przeżyją, to zostaną trwale okaleczeni, bo utracą swój świat. My, ich następcy na tych ziemiach też go w ich imieniu nie odzyskamy, choćbyśmy nawet starali się ze wszystkich sił. A przecież nie staraliśmy się, obawiając przez lata, że „wróci Niemiec i odbierze swoje”. Gospodarstwo. Kamieniczkę. Górskie schronisko.

Minęły dziesieciolecia. Świat się zmienił. Niemiec nie przyszedł. Nie wrócił też ani Paul Scholz, ani jego ukochana Brigitte. Nie wrócili, bo wrócić nie mogli. Przecież nie żyją! Ale my żyjemy, mamy czas, mamy zapał i nawet jakieś tam pieniądze. Możemy podźwignąć zaniedbywane do niedawna Ziemie Odzyskane i znów uczynić je piękną ziemią, godną sławienia pociągnięciami pędzla. Ruchem migawki aparatu. Słowami.

Henryk Waniek wygrzebuje z pamięci Śląsk, jakiego już nie ma. Utrwala go na kartach książki. Pokazuje go nam, niepotomnym. I nade wszystko – ostrzega. Nam, żyjącym, stara się przekazać przesłanie ich, umarłych. Nie lekceważcie koła Historii. nie ignorujcie go, ani tym bardziej, nie usiłujcie go przyspieszyć. Raczej wstrzymujcie, wstrzymujcie ze wszystkich sił, a jeśli to w waszej mocy – zawracajcie je! Inaczej zginiecie wy i zginie wasz świat.

Czego ani sobie, ani Tobie, ani nikomu innemu nie życzę…

Opublikowano Filozoficznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Obserwując Edie [recenzja]

Kolejna trudna książka. Ciężka, depresjogenna w odbiorze, bo w czytaniu… bardzo dobrze skonstruowana, napisana świetnym, prostym i dobitnym językiem. Do przyswojenia w jeden wieczór, do przemyślenia na kolejne kilka. Mocna, naprawdę mocna powieść.

Rzecz wydaje się z pozoru dosyć prosta: „Obserwując Edie” osnuta jest wokół historii dwóch przyjaciółek z czasów szkolnych. Jedna jest piękna i utalentowana, druga pospolita i raczej dziwna. Ich relacja powiela schemat zależności księżniczki i wielbiącej ją służącej. Obie są wyalienowane, obie z rodzin z problemem, co je do siebie bardzo zbliża, ale oto pojawia się bardzo przystojny, bardzo niegrzeczny chłopak. Coś się między tą trójką wydarza, przyjaciółki tracą się z oczu i spotykają ponownie po kilkunastu latach.

Intryga nakreślona przez Camillę Way biegnie dwoma równoległymi torami czasowymi – „przedtem” pokazane jest z perspektywy brzydkiej, nastoletniej Heather, „potem” z punktu widzenia dorosłej, pięknej Edie. „Przedtem” prowadzi nas do wyjaśnienia zagadki tego, co wydarzyło się w kamieniołomie w pobliżu pewnego smętnego, brytyjskiego miasteczka, „potem”… więcej o treści nie napiszę, bo zdradziłabym finał, a ten jest naprawdę zaskakujący!

Dla mnie osobiście „Obserwując Edie” nie jest jedynie udatnie skonstruowanym thillerem, ale także bardzo wiarygodną psychologicznie powieścią o nastolatkach dorastających w dołującej rzeczywistości wyspiarskiej prowincji, gdzie zanikła klasycznie rozumiana, wspierająca rodzina, szkoła i otoczenie nie oferują niczego pozytywnego, a powszechnie dominującym odczuciem jest nuda, każąca dzieciakom wspomagać się używkami i podbijać bębenek podniecenia zachowaniami, od których cierpnie skóra… Czyja to wina? Kogo należałoby ukarać? Kara i wina. Odpowiedzialność i jej brak. Zło i dobro. Obserwując Edie, będziecie się nad nimi zastanawiać…

PS

Nie napiszę dlaczego, ale powieść Camilli Way przywodzi mi na myśl ulubioną Agathę Christie – „Noc i ciemność” 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Afy [recenzja]

Przez pół życia zgłębiać temat dwudziestowiecznych totalitaryzmów i dopiero niedawno zainteresować się ich wpływem na ludzi najbliższych – własną rodzinę, dziadków znajomych, sąsiadów z miasta, okolicy, regionu… Cóż, ostatni rok upływa mi na przyglądaniu się Ślązakom – ich mentalności, kulturze, specyfice języka, powiązaniom śląsko-polskim i śląsko-niemieckim (nieśmiało: śląsko-czeskim) oraz niezwykłej historii.

Górnoślązak to nie jest Polak. Górnoślązak to nie jest Niemiec. Górnoślązak to jest Ślązak. I jako taki obrywa równo z każdej strony, tym bardziej, że ma nieszczęście żyć w regionie bogatym w złoża naturalne. Uprzemysłowionym terenie, stanowiącym obiekt pożądania… Sam Ślązak także jest pożądany, choć niekochany. Jako pracownik, jako żołnierz, jako siła witalna. Żywotna, gotowa do wykorzystania tkanka narodu. Tylko którego narodu?

Podpisać, czy nie podpisywać nazistowskiej Volkslisty?

Jak sie niy wpiszesz, Twoja wina,

zaroz cie weznom do Oświyncimia,

a jak sie wpiszesz, Ty stary ośle,

to Cie zaś Hitler na Ostfront pośle.

Hitlera się po wojnie dopaść nie dało, bo Hitler kaput. Trzecia Rzesza kaput i rządzą nią teraz Sowieci na spółkę z Amerykanami, Anglikami i Francuzami. Ale na kimś się przecież zemścić trzeba, prawda? Ślązacy są pod ręką. Bezbronni, bo niekochani. Bo język, bo sześćset lat poza Polską, bo obco brzmiąca kultura, bo Volkslista, bo Wehrmacht, bo makatki po niemiecku wyszywane… Jedni winni, inni niewinni, tylko kogo to obchodzi? Na pewno nie komendanta obozu „Zgoda” w Świętochłowicach. Cała rodzina Salomona Morela całospalona w Holocauście. On sam cudem przetrwał. Przeżył w lesie, ale czystości duszy nie ocalił. Rabował i mordował już w czasie wojny. Po niej zaś przylgnął do nowych władz i rozpoczął karierę w więziennictwie. Na początek, przez kilka miesięcy roku 1945 jako szef obozu, który za Niemca stanowiąc filię Auschwitz, za Polaka stał się miejscem uwięzienia sześciu tysięcy ludzi – Ślązaków i nieŚlązaków – i grobem dla jednej trzeciej z nich.

Dominika Bara z niezwykłą wrażliwością, pięknym, zarazem dosadnym językiem opisuje losy kilkorga uwięzionych w „Zgodzie” (cóż za przewrotna nazwa!) ofiar. Tych co przeżyli, choć nigdy nie pozbierali się po traumie obozu. Tych, którym do końca odbierano prawo do pamięci, do krzywdy, do wykrzyczenia: „Tak, ja też jestem ofiarą!”. Ofiarą niesłuszną, bo niepasującą do oficjalnej narracji. Ofiarą komunizmu? Ofiarą żądnego zemsty żydowskiego ocaleńca? Ofiarą polskiego państwa?

Wojna wszystkich czyni ofiarami. Także katów. Wojna wszystko odbiera, a nic nie daje.

Wojna nie jest dla ludzi.

Trudno mi było ze spokojem czytać „Afy”. Cóż z tego, skoro pewnie i tak wrócę do nich nie raz?

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Srebrzysko [recenzja]

chwinCenię Stefana Chwina. Szczególnie lubię, gdy autor niezrównanego „Hanemanna” pojawia się u Marcina Mellera w „Drugim Śniadaniu Mistrzów”. Bo choć Pan Chwin wypowiada się zawile, choć ma tendencje do szybkiego przechodzenia od szczegółu do ogółu, to zwykle mówi mądrze i rozważnie. A może tylko tak mi się zdaje, ponieważ często się z nim po prostu zgadzam? Nie wiem. Ale gdy podczas jednej z niedawnych wizyt w TV, autor nieco nieśmiale zaprezentował swoją najnowszą powieść, poczułam: „chcę to!”.

Wbrew temu, co sugeruje okładka („Powieść dla dorosłych”), Srebrzysko nie jest literaturą erotyczną, czy tym bardziej pornograficzną. Jest tylko (aż!) książką wymagającą od czytelnika filozoficzno-socjologicznego przygotowania i śledzenia wydarzeń bieżących, ponieważ skrzecząca rzeczywistość atakuje nas właściwie z każdej strony powieści. Pierwowzorem bohatera jest postać rzeczywista – pewien senator, którego przyłapano w damskich fatałaszkach w trakcie narkotyzowania się… Jego wcześniejsze zasługi, jego praca, osiągnięcia artystyczne, działalność polityczna – wszystko zostało zapomniane. Internauta i telewidz zapamiętał mu jedynie niechlubny incydent nagrany ukrytą kamerą…

Obrzydliwe, jak się nad tym chwilę zastanowić. I nie, nie chodzi mi o zachowanie senatora – kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień! – a raczej o reakcję publiki. Media i ich konsumenci od razu, bez wyroku skazują człowieka na wygnanie. Publiczny niebyt. Wszyscy, także ci, którzy wcześniej kornie chylili głowy przed autorytetem, teraz bez skrupułów będą się nad nim pastwić, nie ukrywając radości, jaką daje deptanie czyjegoś życia. Płakać mi się chciało, gdy wbrew woli natykałam się w prasie na wzmiankę o senatorze P., czułam smutek, podczas czytania „Srebrzyska”.

Dlaczego?

Bo książka boli trafnością obserwacji rzeczywistości. Że zacytuję jeden fragment:

„(…) prawo do widzialności (…) jest przyznawane tylko niektórym. Reszta jest zepchnięta w niewidzialność. Wolność słowa? Wolność słowa mają tylko ci, którzy posiadają potężne narzędzia do przesyłania słów i obrazów. Reszta ma prawo do siedzenia przed telewizorem i podstawiania mózgów pod drukowanie. Żaden Internet nie daje szans na widzialność, bo Internet jest przepaścią, w której ginie wszystko.”

Jesteś niewidzialny człowieku. Nie obchodzisz świata. Pewnie stąd tyle w tobie złości… Czy możesz zmienić ten stan? Pewnie! Na przykład zabijając kogoś spektakularnie. Może w terrorystycznym zamachu…

PS

„Srebrzysko” nie jest doskonałe. Z pewnością zarzucić książce należy redakcyjne niedoróbki. Ale przeczytać warto.

 

Opublikowano Publicystycznie, Recenzyjnie | 2 komentarze