Czuła Przewodniczka Natalii de Barbaro

Uff… Mam ostatnio szczęście do dobrych, wartościowych książek. Jednak dawno mi się to nie zdarzyło:

– po prostu otworzyć i czytać na jednym wdechu

– płakać na wydechu (choć, teoretycznie, to jest poradnik, nie książka „do płakania”)

– niechętnie iść spać, odmawiając sobie czytania na raz, hurtem, od deski do deski, by deser zostawić na poranek.

Mieszkają w nas trzy kobiety-zmory. Trzy niszczące nam życie potwory:

– Potulna, która w pierwszym momencie wydaje się być po prostu nadmiernie empatyczna i która przede wszystkim chce, by „było miło”. Niby nie chce nikogo urazić, niby zależy jej, by wszyscy czuli się przy niej dobrze. Tak naprawdę boi się utraty akceptacji, gdy powie NIE, nic zatem nie mówi, tylko cierpi katusze niespełnienia.

– Królowa Śniegu, pracowita ponad miarę, krytyczna wobec siebie i innych perfekcjonistka, która „nie przyszła tu leżeć”, tylko osiągać cele, zdobywać szczyty, wymagać, wymagać, wciąż wymagać – od siebie przede wszystkim, ale i od innych. Królowa Śniegu nigdy nie odpuszcza, bo dla niej odpuścić, to przestać cokolwiek znaczyć, stracić pretekst do istnienia.

– Męczennica, która narzuca się wszystkim ze swoim poświęceniem. Jak gotuje proszony obiad, to dziesięciodniowy. Siada do stołu umęczona po pachy, słodko uśmiechnięta oczekuje, że docenimy, że pochwalimy, że zjemy ze smakiem i jeszcze weźmiemy dokładkę. U Męczennicy wszyscy mają dług – rodzina, współpracownicy, znajomi.

Wszystkie trzy zmory pragną miłości i akceptacji.Która z nich dominuje w Twoim życiu?

Mną rządzi Królowa Śniegu wraz z jej wierną służką Potulną. Przed Męczennicą (Matką Polką) szczęśliwie udało mi się ochronić. Teraz, z pomocą Czułej Przewodniczki, muszę w sobie odnaleźć beztroską, pewną siebie Dziką Dziewczynkę, która skonfrontuje się z moją Potulną. Muszę też stać się Dorosła, bo tylko Dorosłej posłucha Królowa Śniegu. Posłucha i wreszcie da sobie prawo do odpoczynku, odpuszczenia, celebracji, słabości.

Męczennica, której we mnie szczęśliwie wiele nie ma, powinna spotkać się z Serdeczną. Tą, która rozumie, że w życiu nie trzeba tylko dawać. Można też brać.

Opublikowano Filozoficznie, Literacko, Publicystycznie | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Życie na naszej planecie [recenzja]

David Attenborough. Jeśli napiszę, że wychowałam się na jego przyrodniczych dokumentach, to nic, a nic nie przesadzę. W polskiej wersji językowej brytyjski przyrodnik mówił do mnie co prawda głosem Pani Krystyny Czubówny, ale… Też fajnie 😉

Attenborough pisze o sobie, że miał ogromne szczęście. Początek jego zawodowego życia przypadł na moment, w którym startowała telewizja BBC. Startowała od razu z ambitynymi planami. Autor książki, o której za chwilę, jako biolog i człowiek gotów podjąć się najtrudniejszych, ale przy tym najciekawszych wyzwań, ruszył w świat, by na zamówienie BBC odnaleźć i sfilmować zwierzęta żyjące w najdalszych zakątkach naszego globu. Wówczas, w roku 1954, gdy Attenborough rozpoczynał swoją pierwszą przyrodniczą wyprawę, na Ziemi mieszkało 2,7 mld ludzi, stężenie CO2 w atmosferze wynosiło 310 ppm, a dzikie obszary zajmowały 64% globu.

W roku 2020, w którym wydana została książka „Życie na naszej planecie. Moja historia, Wasza przyszłość” (i film Netfliksa pod tym samym tytułem), liczba ludności sięgnęła 7,8 mld, stężenie dwutlenku węgla w powietrzu poszybowało do 415 ppm, zaś powierzchnia dzikich, niezagospodarowanych przez człowieka obszary skurczyła sie do 35%.

Autor książki pisze, że miał szczęście. Miał szczęście, ponieważ w swoim długim, dziewięćdziesięcioczteroletnim życiu, zdążył odwiedzić dzikie obszary, które dziś już wcale nie są dzikie. Zdążył spotkać zwierzęta, które następnie zniknęły z powierzchni Ziemi. Wymarły. Utraciliśmy je na zawsze. Jedne już utraciliśmy, inne właśnie tracimy.

W ciągu ostantich 200 lat na naszej planecie, w naszym jedynym domu zaszły zmiany, które w tej skali i w tym tempie są normalnie niespotykane – w powietrzu rośnie stężenie gazów cieplarnianych. Temperatura (także mórz i oceanów) szybko się podnosi. Lodowce topią się na potęgę. Wylesianie zachodzi jeszcze szybciej. Podobnie jak pustynnienie. W ogromnym tempie zmniejsza się liczba gatunków zwierząt i roślin. I to wszystko z naszego powodu… Antropocen, czyli epoka człowieka, nie jest już tylko propozycją kółka geologów. Jest faktem.

Epoka człowieka oznacza katastrofę dla świata przyrody.

W pierwszej części książki, „Zeznaniach naocznego świadka”, David Attenborough dokumentuje zmiany, jakie zaszły na Ziemi w latach 1937-2020. W części drugiej, zatytułowanej „Co nas czeka” kreśli niewesołą wizję kolejnych dziesięcioleci. Ziemi, życia przyrodniczego, ale przede wszystkim – człowieka, bo choć często wydaje nam się, że znajdujemy się poza, ponad przyrodą, to przekonanie jest całkowicie błędne. Zmiana klimatu, utrata bioróżnorodności, dewastacja środowiska dotykają i dotykać będą także i nas. Ludzi.

Jeśli się nie zmienimy, jeśli nie zmienimy swojego stosunku do natury, jeśli nie zaprzestaniemy traktowania jej jako nieskończonego zasobu, z którego można czerpać bez końca, utracimy nasz „rajski ogród”, nasz dom, kolebkę i podstawę naszej cywilizacji. Człowiek jako gatunek może to przetwa. Większość populacji, a z nią cywilizacja jaką znamy – raczej nie.

Czy możemy coś zrobić, by zapobiec katastrofie? Nie tylko możemy, ale musimy! W trzeciej części „Życia na naszej planecie” najsłynniejszy żyjący brytyjski przyrodnik wskazuje, co trzeba zrobić, jak działać, by przywrócić dziką przyrodę – na lądach, w oceanach i w powietrzu. Jak gospodarować energią i terenami pod uprawy. Jak chronić dzikie obszary i jak je powiększać. Jak rozsądnie gospodarować zasobami, które jeszcze mamy. Delikatnie przypomina nam także, że żadne działania, żadna „ochrona przyrody” nie ma sensu, jeśli w sposób planowany i konsekwentny nie ograniczymy swojej rozrodczości.

Nasza jedyna, ukochana planeta, nie jest nieskończona. Ma granice wydolności. Już je przekroczyliśmy, co roku konsumując zasoby większe, niż Ziemia jest w stanie w ciągu roku odtworzyć. Zaciągamy wobec niej dług… Obyśmy potrafili go skutecznie spłacić, używając do tego raczej rozumu, niż brutalnej siły wobec siebie nawzajem.

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Matka wszystkich pytań [recenzja]

Z Rebeccą Solnit znamy się, odkąd opowiedziała mi jak to mężczyźni próbują objaśniać jej świat, o czym wspomnę na początek, bo to jednak zabawne.

Otóż Rebecca, amerykańska historyczka i intelektualistka, jest w swoim kraju autorką uznaną, mającą na autorskim koncie kilkanaście książek. Napisała m.in. książkę, która najwyraźniej spodobała się pewnemu panu, uczestnikowi przyjęcia, czy innego wydarzenia towarzystkiego, w którym brała udział sama Rebecca. Pan ów, obcy dla autorki człowiek, podczas rozmowy zaczął Solnit recenzować jej książkę… I wcale, ale to wcale nie chciał przyjąć do wiadomości, że oto ma przed sobą autorkę.

Solnit twierdzi, że to typowy przykład mansplainigu – objaśniania kobietom świata. I od tego tematu zaczyna swój poprzedni zbiór felietonów pod tytułem – a jakże: Mężczyźni objaśniają mi świat. Tamten zbiór czytałam, choć wcale niewiesoły, podobał mi się, postanowiłam zatem sięgnąć po kolejny, którego tytuł, czyli Matka wszystkich pytań mocno mnie zaintrygował. Jakieś to bowiem jest owo najważniejsze pytanie? Jak może ono brzmieć i czego dotyczyć?

Dlaczego Virginia Woolf nie miała dzieci???

Oto jest matka wszystkich pytań. Dlaczego ona, Virginia, dlaczego Rebecca, dlaczego ty nie masz dzieci? A jeśli byś dzieci miała – dlaczego jedno, dwoje, troje, dlaczego pięcioro i co robią twoje dzieci, kto się nimi zajmuje, kiedy jesteś w pracy, zdobywasz góry, uchwalasz ustawy, ratujesz ludzi w szpitalu… Dobra, to ostatnie zdanie jest ode mnie. Rebecca zwraca uwagę, że w przypadku kobiety, czegokolwiek by ona nie dokonała, jak wielkim człowiekiem by nie była, zawsze na początku, albo w środku, albo pod koniec, ale to pytanie padnie. O dzieci. Bo jak kobieta, to dzieci. Mężczyzn się o dzieci nie pyta. Nawet jak facet jakieś dzieci ma, to w czasie gdy on ratuje świat, wspina się na najwyższy szczyt Ziemi, tworzy prawo lub pisze książki, jego dziećmi ktoś się przecież zajmuje. Ktoś, czyli żona.

Czy Rebecca Solnit przesadza? Pisze o własnych doświadczeniach, pisze o doświadczeniach kobiet wkoło niej, więc raczej nie przesadza. Pisze jak czuje. ale przede wszystkim – pisze jak myśli, a jest to myślenie niebanalne. U Solnit nic nie jest banalne, nic nie jest „łatwo obalalne”. Jej zdecydowanie feministyczne felietony – o kobiecych powinnościach, o kobiecym milczeniu i męskim krzyku, o seksualnej przemocy i gwałtach, o aborcji i prawie do niej (a jakże) czyta się właściwie jak poradnik wojowniczki. Zbiór cytatów gotowych do natychmiastowego zastosowania w publicznej debacie. Cytatów wynotowałam sobie z Matki wszystkich pytań mnóstwo, przytaczać ich szeroko nie będę, może poza tym jednym – w temacie: czego najbardziej boimy się idąc na randkę:

„Mężczyźni się boją, że zostaną wyśmiani. Kobiety się boją, że zostaną zabite”.

Tu zresztą Solnit posiłkuje się cytatem z Atwood, a ja za nią. Cholerna prawda to jest!!!

Najmniej ujęła mnie w nowym zbiorze felietonów Rebecki Solnit część poświęcona książkom. Ale… Wybaczam.

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Patyki, badyle [recenzja]

„Po zachodzie, już w ciemności, słoneczniki wreszcie mogą odchylać swoje głowy, jak chcą. Uwalniają się od przymusu podążania za słońcem. Wyzwolone z kieratu fizjologii, hormonów i fizyki. Rosną wolne. Do rana.”

Cytat, który postanowiłam umieścić jako wstęp do tego wpisu, pochodzi oczywiście z ksiażki „Patyki, badyle” Urszuli Zajączkowskiej. Poetki, botaniczki, arystki obrazu i dźwięku… Wszechstronnie uzdolnionej obserwatorki tej części natury, która dla mnie – zoolożki, stanowiła po prostu tło. Zielone tło dla stawonogów, robaków i strunowców.

Botanika, delikatnie mówiąc, nie należała do moich ulubionych przedmiotów w trakcie studiów. Nie, żeby coś więcej – po prostu, nie ciekawiła mnie tak, jak na przykład biochemia, embriologia, genetyka, czy oczywiście zoologia. Botanika i fizjologia roślin, czyli trzy „Z”. Zakuć, zdać, zapomnieć. No, może poza tytaniczną pracą nad zielnikiem. Zielnik, wyspecjalizowany w roślinach zielnych, kwitnących od wczesnej wiosny do późnego lata, udał mi się naprawdę piękny, tak piękny, że aż profesor zapytał, czy uczynię mu ten zaszczyt i przekażę owo dzieło wydziałowi botaniki, by mogły się z niego uczyć przyszłe pokolenia studentów.

Przekazałam, a jakże, z niewielkim tylko żalem, bo jako studentka biedna, liczyć musiałam się z każdym groszem. A za taki zielnik doskonały dostać mogłam groszy co najmniej kilka od jakiegoś bogatego, a leniwego pierwszoroczniaka, któremu się własnego zielnika robić nie chciało… Nic to jednak. Gdzie kasa na bułki i ksero, a gdzie wieczna chwała!

Jednej rośliny w moim zielniku zabrakło. Rudealnej, niespokojnej i pięknej cykorii podróżnik, z jej fantastycznie błękitnymi kwiatami. Nie, żebym nie próbowała. Owszem, usiłowałam ją ususzyć chyba z pięć razy. Zawsze bez sukcesu. Każdy okaz, zamiast elegancko pozbyć się wody między kartami pakowego papieru przyciśniętego dywanem i tomami encyklopedii, pleśniał mi i gnił. Cóż, widać w życiu nie można mieć wszystkiego…

Chyba, że na kartach poetyckiej książki. W „Patykach i badylach” cykoria jest. Pojawia się przy drodze, albo na ruinach odradzającej się powojennej Warszawy, czyli jest tam, gdzie jej miejsce. Nie w zielniku, a w środowisku. Wspominając o niej, Urszula Zajączkowska porusza we mnie najczulszą fito-strunę. Floralną strunę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Botano-strunę, która pozostała niewzruszona przez całe studia na wydziale Biologii i Ochrony Środowiska, bo przecież rośliny to tylko zielone tło. Nie dla każdego.

Dla Urszuli Zajączkowskiej, botaniczki wyspecjalizowanej w roślinnej wytrzymałości materiałów i roślinnej mechanice płynów, rośliny to oczywiście obiekt badań. Mięta, skrzyp, mchy i drzewa mówią jej więcej, mówią do niej bardziej, niż do większości z nas. Pozwalają się autorce mierzyć, ważyć i obserwować. Opowiadają jej historie, by ona następnie przekazała te historie nam. Pięknym, przepełnionym uważnością i miłością językiem. Jak na prawdziwą pasjonatkę i poetkę przystało.

Na koniec jeszcze jeden cytat, bo nie mogę się powstrzymać:

„Równo przycięte ligustry, w prostopadłościan bez dwóch zdań, więc kanciasto, wedle czterech kierunków geograficznych. Z tej figury foremnej liści wyrasta jednak badyl klonu. Wsiał się pewnie zeszłej jesieni i rósł, przerósł, wystaje z tego porządku, jak chce. Naprzeciwko policji? Uciekam!”

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

A droga długa jest…

– Trzeba żyć – powiedziała K. i ruszyła w górę.

– Trzeba żyć – zgodziłam się. – Jest później, niż nam się wydaje – dodałam i poszłam śladem K.

Czekacie na coś konkretnego? Na szczepienie, na koniec lockdownu, koniec pandemii, na wakacje, na los szczęścia, na miłość, na cokolwiek?

Czekanie, marzenie, odmierzanie życia kolejnymi kreskami w kalendarzu jest jakimś na to życie sposobem. Jest to życie skokowe – od do. A czasem jest to życie wspinaczkowe – do i do. A jak już się dotrze na wymarzony szczyt, osiągnie cel, dożyje do dnia W, to co wtedy? Wieczna szczęśliwość, czy schodzenie w dół aż do samego końca? Do podnóża, od którego zaczęło się podróż…

A co z widokami? Co ze zmęczeniem nóg, oszalałymi uderzeniami serca, rozkosznym bólem w płucach? Co z drzewami, ptakami, landszaftami i ludźmi, których się pod drodze mijało? Czy się rejestrowało trasę, czy się w niej przystawało w zachwycie, czy tylko dalej-prędzej-mocniej-lepiej?

Trzeba żyć. Żyć nie tylko oczekiwaniem, nie tylko nadzieją, nie tylko wizją celu. Trzeba żyć po prostu – tu i teraz. Każdą sekundą, minutą, godziną i dniem. Trzeba żyć, bo nigdy nie wiadomo – może być później, niż nam się wydaje.

A szczytu i tak nie widać, bo jest za chmurami. Możliwe zresztą, że go tam wcale nie ma. Możliwe też, że po prostu źle wybraliśmy trasę. Dowiemy się tego na jej końcu. I wtedy będzie nam głupio – bo nie dość, że nie zdobyliśmy szczytu, to jeszcze niczego nie zapamiętaliśmy z drogi.

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Podróż bohaterki

Pytają mnie czasem mężczyźni (sympatyczni, z niesympatycznymi nie rozmawiam), o co jeszcze nam, feministkom chodzi. Zwykle milczę w odpowiedzi, bo… Nie wiem. Nie wiem, o co nam, feministkom chodzi. Każdej pewnie o coś trochę innego. Ja wiem tylko o co mnie, feministce chodzi.

W XXI wieku, w środku Europy mnie, feministce chodzi mianowicie nie tyle o równość, co raczej o równowagę. O równoważność tego co męskie i tego co kobiece. By cechy wiązane z rzeczownikiem kobiecość (empatia, opiekuńczość, intuicja etc) stały się wreszcie tak samo społecznie poważane, jak te, które kojarzymy z rzeczownikiem męskość (czyli: logika, waleczność, produktywność).

Rozmaici mężczyźni, znajomi i nieznajomi, sympatyczni i niesympatyczni wpadają od czasu do czasu w ton dramatyczny i sięgają po argument ostateczny: bo wy, feministki nienawidzicie mężczyzn. Znowu – nie wiem, co odpowiedzieć. Bo na pewno są jakieś feministki, są jakieś kobiety, które mężczyzn faktycznie nienawidzą. Ja mężczyzn lubię. Sympatycznych mężczyzn lubię tak samo, jak lubię sympatyczne kobiety.

Zasadniczo, kobieta, która nienawidzi mężczyzn i męskości jako takiej, ale także mężczyzna, który nienawidzi kobiet i kobiecości jako takiej, ma problem. Nie z innymi. Ze sobą ma problem. Wiele traci, ponieważ na siłę zaprzecza męskiej/kobiecej części swojej natury. Tej, która kobietom daje np. siłę do walki (o siebie, dzieci, rodzinę, osiągnięcia, bycie w życiu publicznym), a mężczyznom pozwala m.in. dotrzeć do swoich uczuć, zrozumieć je i się z nimi pogodzić. Anima i animus tańczą w każdej i w każdym z nas, trzeba im tylko zagrać do taktu i pozwolić się spotkać. Dla pełni kobiecości i pełni męskości.

„Podróż bohaterki” Maureen Murdock powstała niejako w odpowiedzi na „Bohatera o tysiącu twarzy” Josepha Campbella. Kobieca podróż przez życie jest nieco inna, niż podróż męska. Jedna i druga prowadzą jednak do tego samego celu. Samoakceptacji i pogodzenia się z każdą z cząstek swojej natury. Jako rzecze Carl Gustaw Jung, co automatycznie oznacza, że „Podróż bohaterki” serdecznie polecam, szczególnie każdej kobiecie. Nie musi być feministką 🙂

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Warkoczyk [moja nowa powieść]

Nowy rok 2021 witam premierą mojej nowej powieści. Tym razem pozwoliłam sobie na pełną swobodę twórczą i oto jest – WARKOCZYK. Olga Tokarczuk powiedziała kiedyś, że pisze książki dla siebie, że opowiada sobie w ten sposób nieopowiedziane dotąd historie. Czasem herstorie. I ja napisałam herstorię. Wymyśliłam postać bohaterki – młodej dziewczyny z dobrego domu i poddałam ją serii prób, jakim przez wieki poddawane były i wciąż poddawane są kobiety w prawdziwym życiu i na kartach książek. Skrzywdziłam tę moją bohaterkę okrutnie i pozostawiłam samej sobie. Niewinną owczarkę między wilkami. Czy przeżyła? Jak sobie poradziła? Mnie samą, autorkę, zaskoczyła drzemiąca w Tesie siła i jej hart ducha.

Opis wydawcy (ZYSK i S-ka):

Ile poświęcisz, by przetrwać? W Przełęczy Strażników rządzą twarde reguły gry!

Tesa, córka owczarzy z dolin, ma wszystko – młodość, inteligencję i urodę. Otoczona miłością bliskich, z niecierpliwością oczekuje pierwszego spotkania z przyszłym mężem, synem rządcy z nadmorskiego miasta. Wiezie ze sobą znaczny posag, a także stado owiec. Na jej drodze los postawi jednak Arta Fesersana i jego zbójców.

Rozbójnicy są ludźmi gór. Twardzi i okrutni, kryją się w niedostępnych strażnicach na wschodniej granicy królestwa. Pilnują, by przez przełęcz nie przedostali się Żółci Ludzie. W zamian za to do woli grabią mieszkańców dolin. Za ich przyczyną Tesa Owczarka straci wszystko. Wyruszy w góry za Artem Synem Rybaka, by stać się jego przymusową sojuszniczką w grze o przetrwanie między nieprzychylnymi jej ludźmi, których języka nie zna, zwyczajów nie rozumie, a życiowych wyborów nie akceptuje.

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Sapiens. Opowieść graficzna [recenzja]

Czy prehistorię ludzkości można przedstawić w formie ciekawego i równocześnie rzetelnego naukowo komiksu? Owszem, o ile jest się Yuvalem Nohem Hararim 😉

Yuval Noah Harari to izraelski historyk, jeden z najbardziej wpływowych populatorów nauki ostatnich lat. Sławę zapewniły mu trzy fascynujące książki popularnonaukowe: „Sapiens. Od zwierząt do bogów”, „Homo deus. Krótka historia jutra” oraz „21 lekcji na XXI wiek”. W pierwszej Harari uświadamia nam jak to się stało, że Homo sapiens podbił Ziemię i co to dla nas właściwie oznacza – dziś i w przyszłości. W „Homo deus” autor pozwala sobie pofantazjować o tym, jak zmienimy się my i nasz świat w wieku XXI i później. „21 lekcji…” moim zdaniem mocno czerpie z dwóch poprzednich prac Harariego, ale i tak – każda z trzech książek autora warta jest tego, by spędzić z nimi kilka naprawdę niezwykłych wieczorów. Czytanie o odkryciach nauki naprawdę potrafi wywołać na twarzach rumieńce wcale nie mniej intensywne od gorących erotycznych powieści… Także wszystkich trzech „Hararich” polecam, tymczasem…

Jacek Dukaj – zresztą nie tylko on – uważa, że epoka słowa pisanego właśnie mija. Że już żyjemy w „Po piśmie” (by zacytować tytuł książkowego eseju Dukaja na ten temat). Wkrótce umiejętność czytania, szczególnie czytania ze zrozumieniem, przede wszystkim czytania długich dzieł, stanie się zbędna. Skoro zatem nie długie dzieło składające się z suchych ciągów liter, to może opowieść w obrazkach, okraszona pismem tylko tam, gdzie to konieczne?

Nie wiem, czy z takiego założenia wyszedł Yuval Noah Harari. Niemniej jednak, wraz z dwoma rysownikami – Davidem Vandermeulenem i Danielem Casanave, właśnie to zrobił. Przełożył popularnonaukową książkę „Sapiens. Od zwierząt do bogów” na „Sapiens. Opowieść graficzną”. Część pierwsza Opowieści nosi tytuł „Narodziny ludzkości”.

Kto czytał pierwszą książkę autora, ten w jego powieści graficznej nowych odkryć dla siebie nie znajdzie (poza oczywiście świetną obrazkową opowieścią). Kto nie czytał, waha się, zastanawia czy warto, albo kto po prostu ma nieco mniej lat, lubi komiksy i naukę – koniecznie powinien sięgnąć po „Sapiens. Opowieść graficzną”. Jest to bowiem rzecz fascynująca. Jej autor, sam historyk, ma tę niezwykłą u naukowca cechę, że nie zamyka się jedynie w swojej wąskiej dziedzinie i nie waha się poprosić o pomoc, wyjaśnienie i uzupełnienie informacji innych uczonych – biologów, genetyków, antropologów, kulturoznawców etc. W efekcie otrzymujemy pełen obraz tego, co aktualnie wiemy o prehistorii gatunku Homo sapiens. Tego co wiemy, ale także tego, czego nie wiemy na pewno, czego możemy się tylko domyślać, o czym możemy jedynie spekulować. A wszystko to podane w fascynującej, interesującej dla dorosłych i dzieci formie bajki, gdzie obok samego autora bohaterami są światowej sławy naukowcy i… pewna mała, sympatyczna dziewczynka.

Dla mnie najciekawszym wątkiem jest ten opowiedziany w rozdziale pt. „Mistrzowie fikcji”. Tym, co uczyniło nas ludźmi, było pojawienie się zdolności do snucia historii i wiary w byty niematerialne – bogów, prawo, pieniądze wspólnotę narodu, siłę brandów typu Peugeot czy Apple…

Bardzo, bardzo polecam 🙂

Opublikowano Bez kategorii, Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Ich matki, nasi ojcowie [recenzja]

„Należało nam się, w końcu to my wywołaliśmy wojnę” – powtarza się w opowieściach niemieckich dzieci, które pamiętają rok 1945. Dzieci te mieszkały na terenach, które po II wojnie przypadły Polsce. One – dzieci, ich matki i dziadkowie – musiały się ze swoich Heimatów raz dwa wyprowadzić. Często w straszliwych okolicznościach.

„Ich matki, nasi ojcowie” to relacja z tego, jak wobec niemieckich starców, kobiet i dzieci zachowywali się żołnierze sowieccy (oczywiście), ale przede wszystkim Polacy. Niektórzy zaskakująco przyzwoicie. Inni, mszcząc się za swoje i nieswoje krzywdy, źle. Są tu historie, jakich się spodziewamy. O strachu, o zimnie, grabieżach, gwałtach i mordach. O obozach w Zgodzie i Łambinowicach. Ale są także opowieści zaskakujące, o wielkiej miłości do ziemi. Miłości, która każe zmienić tożsamość z niemieckiej na polską, z Hansa przechrzcić się w Heńka i zostać. Zostać, wykształcić się, dorosnąć i mieszkać w Polsce, do samego końca w głębi duszy pozostając ani Polakiem, ani Niemcem.

A najbardziej zapadła mi w pamięć opowieść o pewnym niemieckim ojcu, który, nie dość jak widać prohitlerowski, trafił do Dachau, gdzie poprzysiągł sobie, że przeżyje i zemści się na komendancie obozu… Niemiecki ojciec przeżył, zemścił się na komendancie, przyjechał do Wałbrzycha i ożenił się z polską matką bohatera opowieści. Także awanturnicza love story z happy endem jest 😉

Pytlakowski nie relatywizuje niemieckich win, ale świetnie pokazuje to, że za złe decyzje oszalałych dorosłych płacą najsłabsi. Dzieci. 

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

Gdzie jest nam najlepiej

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Starą, mądrą prawdę kot nasz Borys praktykuje na co dzień. Na przykład dziś w nocy. Zagapił się biedaczek wieczorem, zasnął gdzieś na drugim końcu mieszkania i oto w nocy zastał drzwi do naszej sypialni zamknięte. Oburzające!

Jeszcze o pierwszej w nocy po prostu oburzające, o trzeciej dodatkowo frustrujące, ale już na przykład o piątej, gdy wraz z nadchodzącym dniem powoli zbliża się pora śniadanka – dramat. Który należy uświadamiać domownikom rozpaczliwym głodowym miauczeniem i płaczem na zmianę. Gdy to nie działa, trzeba podjąć kroki bardziej radykalne, włącznie z próbą wykonania własnołapnego podkopu pod drzwiami rzeczonej sypialni. Drzwi twarde, łapki miękkie, ale co tam. Kto nie próbuje, ten śniadanka nie je.

Miauczono więc, płakano, narzekano i podkopy czyniono aż do piątej pięćdziesiąt. O tej bowiem godzinie udało się w końcu zmusić ludzia do zwleczenia się z łóżka. Dialog z ludziem zaczęło się oczywiście godnie, od wielkiej pokazowej awantury z przekleństwami (koty klną, naprawdę!), by po zasłużonym śniadanku natychmiast przejść do spraw bardziej przyziemnych, ale i przyjemniejszych. Mruczenia, tulenia, mycia rączek (ludzie mają je zawsze zbyt brudne jak na kocie standardy) i podgryzania stóp. A potem – razem, do pracy. Pańcia do komputera, kot na półkę nad kaloryferem, gdzie znajduje się najmilszy, najcieplejszy punkt obserwacyjny w całym domu.

Bo najlepiej jest tam, gdzie można być razem!

Opublikowano Bez kategorii, Literacko | Otagowano , | Dodaj komentarz