A Ty? Wiesz, kto wybudował Twoje miasto?

Mam tak samo jak ty, miasto moje, a w nim…

 

… ślady ludzi, którzy byli tu przede mną. Duchowe powidoki tych, co żyli skromnie, cichutko, nie pozostawiając trwałego odcisku na ciele miasta. Materialne pomniki możnych, bogatych i śmiałych. Do tych ostatnich – śmiałków w myśli i koncepcie – należy pewien radca budowlany, którego marzenie o mieście ogrodzie w sercu tętniącego przemysłem śląskiego regionu w dużej mierze się ziściło. I trwa, każdej wiosny wypuszczając młode liście w parkach, ogrodach i na skwerach.

W tym roku mija sto lat, odkąd architekt Karl Schabik został po raz pierwszy wybrany miejskim radcą budowlanym Gliwic. Pełnił on tę funkcję nieprzerwanie w latach 1919-1945.

Koncepcja rozpisanego na planie koła miasta ogrodu narodziła się na przełomie wieku XIX i XX w Anglii. Jej autorem był Ebenezer Howard. Howard był urbanistycznym wizjonerem. Dostrzegał problemy, jakie szły w ślad za rosnącym uprzemysłowieniem miast. Panowało w nich przeludnienie. Robotnicy przemysłowi żyli w złych warunkach. Ściśnięci na niewielkich, pozbawionych ożywczej zieleni obszarach, przemieszczali się od mieszkania do fabryki i z powrotem. Urzędy, dobre szkoły, miejsca krzewienia kultury – wszystko to było dla nich trudno dostępne. Robotnika nie stać było na obszerny dom w dobrej dzielnicy. Bogaci z kolei, którzy do niedawna zamieszkiwali reprezentacyjne gmachy w centrach, zaczynali uciekać przed hałasem i tłokiem na obrzeża. Przestrzenna struktura miast zaczynała się załamywać…

A gdyby tak założyć całkiem nowe miasto? Pełne zieleni, posadzone na tanich terenach rolniczych miasto na planie koła, w którego centrum znajdzie się przestronny park kryjący wśród drzew gmachy użyteczności publicznej? Gdzie strefy mieszkaniowe, rekreacyjne i usługowe zostaną bogato obsadzone skwerami i ogrodami, tak by na każdego mieszkańca przypadało co najmniej 35 metrów kwadratowych zieloności? Zakłady przemysłowe wybuduje się na wąskim pasku terenu okalającego dzielnice mieszkaniowe. Ludzie będą mieli blisko do pracy, zieleń będzie filtrować powietrze, śródmieście się nie wyludni. Gdy zaś w pobliżu powstanie kolejne miasto ogród, oba połączone zostaną szybką komunikacją publiczną.

Tak z grubsza przedstawiał się koncept Ebenezera Howarda. Modyfikowano go i mniej lub bardziej udatnie powielano w wielu zakątkach Europy. W Polsce na przykład w Warszawie – gdzie w zgodzie z założeniami miasta ogrodu zorganizowano dzielnice Muranów, Sadybę czy Włochy – i wokół Warszawy. Miastami ogrodami są między innymi Podkowa Leśna, Milanówek i Komorów. Śląsk także miał się czym pochwalić. Dziś, po socjalistycznych przeróbkach nie widać tego już tak dobrze, ale spójrzcie na przedwojenne zdjęcia katowickiego Giszowca. Niska, regularna zabudowa, inteligentne rozmieszczenie budynków użyteczności publicznej i mnóstwo zieleni. Istne miasto ogród!

Gliwice to całkiem inny przypadek. Szybko rosnący ośrodek przemysłowy o średniowiecznym rodowodzie, ze względu na swoją rozległość i tempo rozbudowy, z pozoru słabo nadawał się do realizacji koncepcji „ogrodniczych”. Karl Schabik najwyraźniej jednak widział Gliwice inaczej. Zwartej zabudowie starówki wokół rynku dał spokój. Ale im dalej od niego, tym więcej wolnej przestrzeni. Można na niej postawić budynek? Można, o ile utrzyma on określony, modernistyczny styl, a jego projekt zyska podpieczętowany akcept architekta Karla Schabika! Tam zaś, gdzie dobry pomysł się nie pojawi, tam gdzie poprowadzimy szlaki pieszej komunikacji, tam gdzie mieszkańcy oddawać się mają rekreacji, posadzimy drzewa.

Nad rzeką – drzewa.

Przy dworcu – drzewa.

W dzielnicach mieszkaniowych – drzewa.

Ogródki. Zieleńce. Trawniki.

Gliwice, moje piękne, szumiące od liści Gliwice wiele zawdzięczają miejskiemu radcy budowlanemu Karlowi Schabikowi. Szkoda że wciąż mu się nawet symbolicznie nie odwdzięczyły, upamiętniając ulicą jego imienia. Albo choć tablicą pamiątkową.

Cóż, gdzie władza nie może, tam wkraczają miejscy aktywiści!

Wieści o imprezach towarzyszących obchodom Roku Schabika szukajcie na: https://www.facebook.com/gliwicedlaschabika/

NINIEJSZY FELIETON UKAZAŁ SIĘ W MAGAZYNIE „PRESTIŻ Magazyn Metropolii” 

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii, Publicystycznie | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Przemilczane [recenzja]

Pamiętacie pewnego świętej już pamięci polityka, który, siedząc przed kamerą, rżał ze swego własnego dowcipu, bo przecież „jak można zgwałcić prostytutkę”?

Otóż można. Prostytutka to osoba udostępniająca swoje ciało innym osobom w wiadomych celach, w zamian za korzyści materialne. Jej ciało jest jej źródłem utrzymania, jak nie przymierzając – ciało aktora, rehabilitanta, albo zawodowego sportowca. Jeśli prostytutka udostępnia swoje ciało zgodnie z własną wolą i za umówioną wcześniej kwotę – nic nikomu do tego. Gorzej, jeśli do świadczenia usługi zostaje przymuszona, albo/i nie otrzymuje za nią należnych pieniędzy. Lub dodatkowo (co gorsza) doznaje uszczerbku na zdrowiu. Wówczas jest to gwałt.

Tak, to gwałt. Także na prostytutce. I to mimo rechotów zza grobu.

Burdele na zajętych przez III Rzeszę terenach (również te w miastach oraz obozach koncentracyjnych i obozach pracy w byłej II Rzeczpospolitej) stanowiły istotną część systemu ideologicznego państwa nazistów. Naziści, przy całym swoim szaleństwie, byli ludźmi racjonalnymi i zdawali sobie sprawę, że jak se chłop baby od czasu do czasu nie użyje, to ani porządnie nie powalczy, ani nie popracuje. A jeśli mu się użycia w ramach oficjalnego systemu burdeli nie zorganizuje, to se ten chłop baby poszuka poza systemem. I się jeszcze w Polce, Francuzce, Rosjance zakocha, dziecko jej zrobi, żenić się zechce… Rasę świętą nordycką skala, sfraternizuje się z miejscową ludnością, ochotę do mordowania straci…

Z usług przedwojennych prostytutek, ale także kobiet, które wcześniej zawodu tego nie wykonywały, przymuszanych do świadczenia usług seksualnych w ramach sieci domów publicznych spod znaku hakenkrojca, korzystali wszyscy. Okupanci i okupowani. Żołnierze, policjanci, robotnicy przymusowi oraz więźniowie KZetów. Po owej sieci „wesołych domków” pozostały zestawienia, tabelki i dokumentacja medyczna. Pojedyncze wspomnienia, głównie męskie. Kobiety, panienki, dziewczynki, Julie przeważnie milczały. Swoją wojenną historią się nie dzieliły. Bo i po co? Nazistowskie k…y, horyzontalne kolaborantki. Nie ofiary, a winne. Zawsze winne.

Bo przecież, jak można zgwałcić prostytutkę? No jak?

„Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” przeczytałam przed majowym spotkaniem gliwickiego Klubu Książki Kobiecej i rozmową z Autorką.

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Czy feministki chcą być mężczyznami?

Nie wiem, czy bardziej czuję się zbulwersowana, zażenowana, czy może rozbawiona. Stawiam raczej na to ostatnie, ponieważ jestem jednostką obdarzoną sporym, absurdalnym nieco poczuciem humoru. W każdym razie, pozostaję w głębokim szoku, odkąd rankiem w Dzienniku Zachodnim przeczytałam wywiad z niejakim Dobromirem Sośnierzem, polskim europarlamentarzystą oraz kandydatem na europarlamentarzystę kolejnej kadencji.

Sośnierz ów, Dobromir, jednym z mocnych punktów swojej wyborczej kampanii uczynił był obronę „prawdziwych kobiet przed feministkami”:

Kim są więc, według niego, prawdziwe kobiety? – To kobiety, które nie chcą być mężczyznami. A feministki chcą – uważa europoseł Sośnierz. – Feministki są istotami pośrednimi między mężczyznami a kobietami. Bardzo chcą być facetami, ale ponieważ nie mogą, są sfrustrowane. Chcą parytetu na kutrach, w rybołóstwie. (za: Dziennik Zachodni)

O, rany! Człowiek, kobieta, feministka chodzi po tym świecie już niemal czterdzieści lat i pozostaje w stanie błogiej nieświadomości… Dopiero rycerz Dobromir człowiekowi, kobiecie, feministce życie wyjaśnił. Okazuje się, że kobieta jest feministką z zazdrości. I sfrustrowana jest przez to i płeć ma jakąś taką pośrednią. Ni to chłop, ni to baba.

Freud z jego obsesją damskiej zazdrości o penisa się kłania jak nic!

Z pełnego rycerzy Średniowiecza oraz z przesyconej seksualną atmosferą Wiednia przełomu XIX i XX wieku, wróćmy do współczesności. Satyryczne wątki kampanii Dobromira Sośnierza pozwoliłam sobie potraktować jak przyczynek do rozmyślań nad tym, czego ja, kobieta-feministka zazdroszczę mężczyznom. Wyszło mi, że niemal niczego, poza:

  • penisem (oj…) – ponieważ jest to urządzenie pozwalające sikać na stojąco, czyli gdzie bądź i bez zdejmowania odzieży, tudzież odmrażania sobie części niewymownych
  • pewnością siebie – nie lubię uśrednień, ale jednak z doświadczeń mojego dosyć już długiego życia wynika, że na tym świecie istnieje o wiele więcej pewnych swoich racji mężczyzn, niż pewnych swoich racji kobiet. A może mężczyźni po prostu potrafią brak pewności siebie lepiej maskować? Nie wiem i do tej niewiedzy się przyznaję. Jestem wszak kobietą, wolno mi mieć wątpliwości, mówić „chyba”, „możliwe”, „wydaje mi się” 😉
  • gabarytami i muskulaturą. Oczywiście nie zazdroszczę ich wszystkim panom, ponieważ nie każdy pan ma owe przymioty na miarę moich aspiracji. Istnieją jednak mężczyźni wzrostem i mięśniami odpowiednio znaczący. Jako mikrus oraz chuchro – siłę fizyczną doceniam i równocześnie – zazdroszczę.

To tyle. Nie wiem, jak inne feministki, ale moja lista zazdrości wobec mężczyzn jest taka o -króciutka. O resztę się wystaram, dążąc do równych dla wszystkich ludzi praw i obowiązków.

A co do rycerza Dobromira… Pozostaje życzyć panu europosłowi rozumu i mądrości. Podobno przychodzą z wiekiem.

Cogito ergo sum!

Opublikowano Publicystycznie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Becoming [recenzja]

Przeczytana… Zewsząd słychać pochwalne pienia i że „lektura obowiązkowa dla młodych dziewcząt”. Nie dołączę się do zachwytów. Ciężko się czyta tę autobiografię, bo jest po prostu… Przepraszam, ale jest zwyczajnie nudna. I smutna.

W „Becoming” Michelle Obama pisze o stawaniu się, ale kim sama się stała? Startowała jako ambitna, samodzielna czarna dziewczyna z kiepskiej dzielnicy. Dzięki ciężkiej pracy doszła (niemal) na sam szczyt, a potem się od tego szczytu odwróciła i pozwoliła wtłoczyć w stereotyp nadkobiety. Nadżony, która wspiera męża w realizacji politycznych celów, choć polityka ją mierzi. Nadmatki, starającej się stworzyć dzieciom namiastkę normalnego domu, choć wie doskonale, że to nierealne. Nadszefowej, pracującego z pełnym poświęceniem i ponad siły, załatwiającej służbowe sprawy z tylnego siedzenia samochodu w drodze na wiec wyborczy. Kim stała się Michelle Obama? Moim zdaniem kolejną kobietą, która zrezygnowała z siebie dla innych, tyle że w wielkiej, bo światowej skali i w światłach reflektorów. Zaharowywanie się dla nieswoich marzeń ma być tym ideałem, wzorem do naśladowania dla współczesnych dziewcząt??? Dla mnie opowieść żony byłego prezydenta USA nie jest niczym więcej, jak tylko powieleniem tego samego mitu o matce-Polce (Amerykance – wszystko jedno), której podstawową cnotą, światłem i celem życia ma być poświęcenie się. Koniecznie dla innych, a już najlepiej – w imię miłości do mężczyzny i dzieci. Oraz ojczyzny. Nie zapominajmy o ojczyźnie!

To już było. Nuda.

PS – gdyby jeszcze Michelle Obama na sam koniec zadeklarowała, że czas na nią, na pierwszą afroamerykańską panią prezydent (prezydentkę, jak wolicie), jej historia miałaby dla mnie jakiś sens, nowe przesłanie: „najpierw oni, teraz ja!” A tu nic z tego – MO deklaruje, że nic się nie zmieniło. Nadal nie lubi polityki i nie zamierza się w niej babrać. Szkoda. To mądra osoba i ma sporo do zaoferowania światu. Choć lepiej, gdy oferuje to mówiąc, niż pisząc 😉

 

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Gdańsk, 14.01.2019

„Nadzieja umiera ostatnia” – tak twierdzą Polacy. Wolę wersję sąsiadów zza Odry. Według Niemców „Nadzieja nie umiera nigdy”. Czym bylibyśmy bez nadziei? Żywymi trupami bez sensu, celu i szans na odmianę losu. Póki żyjemy, musimy mieć nadzieję i musimy się starać.
Zaglądam na internetowe fora i widzę, że już się zaczęło. Szukanie winnych, wzajemne obrzucanie się błotem, bluzgi, przekleństwa i życzenie sobie nawzajem wszystkiego, co najgorsze. Gdy umarł Jan Paweł II pomyślałam: „No, to teraz zobaczymy. Skoro z horyzontu zniknął jedyny Polak, który miał moc dyscyplinowania rodaków, to teraz się zacznie!”. Niestety, nie pomyliłam się. Kiedy z rosyjskiego nieba runął samolot z 96 pasażerami, pozwoliłam sobie na naiwność. Myślałam, że taki wstrząs przemówi nam do rozumu, pogodzi nas, każe spojrzeć inaczej na politycznych przeciwników, którzy są – no właśnie – tylko politycznymi przeciwnikami, bo przecież nie śmiertelnymi wrogami, prawda?
Nieprawda.
Kiedy rozpoczęła się nagonka na Owsiaka i WOŚP, byłam absolutnie zdruzgotana. „Ludzie, co wy gadacie? Co wy robicie? Polityka polityką, ale po jaką cholerę mieszacie do niej faceta, który potrafi nas wszystkich zjednoczyć w szczytnym celu i na jeden, jedyny dzień w roku zmienia nasz kraj w wielką świątynię radości i dobra?!”.
Od kilku lat zewsząd słyszałam krakanie. Kra, kra, kraj pędzi szybko, coraz szybciej w stronę medialnej wojny domowej, w której będą ofiary. Są ofiary. Nie wiem, może mam słabą pamięć, albo kiepską wyobraźnię, ale nie przypominam sobie, byśmy dziesięć lat temu tak wściekle, zażarcie dyskutowali o polityce, byśmy zrywali znajomości z powodów okołopolitycznych (bo okazuje się że nawet odstrzał dzików to sprawa polityczna), albo świadkowali czynom nieszczęśników, którzy o swoje szaleństwo obwiniają tę, czy tamtą partię polityczną.
W niedzielę stało się coś niewyobrażalnie złego. Tym razem już nie werbalnie, ale fizycznie zaatakowano symbol. Zamordowano prezydenta Gdańska, którego (tak sądzę na podstawie telewizyjnych i radiowych wypowiedzi gdańszczan) mieszkańcy kochali. Który w ciągu dnia bez ochrony kwestował dla WOŚPU, a wieczorem cieszył się, że mieszka w tym wspaniałym mieście. Typ, który wkroczył w środek fiesty dobroczynności jest nie tylko nieszczęsnym wariatem, lecz także naszym rodzimym terrorystą, żołnierzem dżihadu, który fundujemy sobie sami. Bez udziału obcych, taplając się od wielu lat w czysto polskim bagienku.
Co możemy z tym zrobić? Cisną się wyrazy, instytucje, nazwiska, które chce się wskazać paluchem i obwinić. A jednak. Jednak należy zachować spokój, powagę i powstrzymać się od zemsty. Inaczej spirala nienawiści nakręcać będzie się bardziej i bardziej, aż do zbrojnych akcji wezmą się także ludzie, u których żadnych zaburzeń psychicznych nie stwierdzono. Wtedy nawet niemiecka wersja przysłowia nie pomoże. Nadzieja umrze i już dla nas nie zmartwychwstanie. A nam zostanie albo emigracja, albo przysięga na wierność którejś ze stron, albo społeczna śmierć i wycofanie się do swojej małej norki. A to ostatnie i tak tylko na złudną chwilę. Nic nie pozostanie bowiem prywatne, gdy wszystko wokół stanie się straszliwie publiczne.

Opublikowano Publicystycznie | 1 komentarz

Elegia dla bidoków [recenzja]

 „Vance oddał ducha Ameryki naszych czasów. Tej, która przestała śnić. Bo nie za bardzo ma już o czym” (z recenzji Michała Nogasia)

J.D. Vance, młody prawnik po Yale i były żołnierz Piechoty Morskiej opowiada w „Elegii dla bidoków” historię własnego dorastania w miejscowości leżącej w tzw. „Pasie Rdzy”. Vance jest białym, heteroseksualnym, inteligentnym mężczyzną z odpowiednio anglosaskim nazwiskiem. Na pozór nic go nie łączy z latynoskimi imigrantami, czy ciemnoskórymi mieszkańcami Ameryki, których wielodzietne matki nazywa się „królowymi socjalu”, a młodociani synowie lądują w więzieniach szybciej, niż zdołają powiedzieć „college”. A jednak autor, jego rodzina i im podobne „bidoki”, czyli potomkowie Szkotów i Irlandczyków utrzymujący się z fizycznej roboty w kopalniach, hutach i fabrykach, także są skazani na życiową porażkę. Zakłady pracy, które żywiły całe pokolenia bidoków są zamykane. Więzi międzyludzkie rozpadają się. Umiera nadzieja. W ich miejsce wkracza rezygnacja, alkohol, narkotyki i niezbyt umiejętnie działająca opieka społeczna. Dawni wyborcy demokratów, surowi, lecz dumni weterani obu światowych wojen, najbardziej kochający synowie i córki Ameryki tracą ducha i nie potrafią już korzystać nawet z tych szans, które życie podsuwa im całkiem za darmo. Opowiadają o swojej pracowitości, a rzucają posadę tylko dlatego, że nie chce im się rano wstawać. Twierdzą, że są religijni, jednak nie pojawiają się w żadnym kościele. Nienawidzą żony prezydenta Obamy. Bynajmniej nie dlatego, że ma ciemną skórę. Po prostu – z telewizora Michelle Obama mówi im, że dzieci nie powinno się żywić w fast foodzie. A oni właśnie tak robią, ponieważ… nie chce im się gotować.

Niezwykła, świetnie napisana autobiografia. Opowieść o Ameryce, jakiej nie znałam i chyba nie chciałam poznać. Brutalnie szczera, ale także życzliwa wobec ludzi, którzy pojawiają się na jej kartach. Czy muszę dodawać, że nieźle wyjaśnia fenomen Donalda J. Trumpa? Bo choć w „Elegii dla bidoków” nie ma ani słowa o aktualnym prezydencie USA, to jego populistyczny duch unosi się nad opowieścią Vance’a niczym zapowiedź małomiasteczkowej zemsty na Nowym Yorku, Los Angeles i innych wielkich amerykańskich metropoliach.

 

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Życie to wojna prowadzona każdego dnia [recenzja]

Oriana Fallaci była postacią kontrowersyjną, jak sam temat, który wypełniał niemal całkowicie jej życie zawodowe. Wojna, bo o niej tu mowa, wpłynęła także na sferę prywatną, a nawet zdrowie włoskiej reporterki i pisarki. Ona sama za ostatni konflikt któremu świadkowała, uważała starcie Zachodu ze światem islamu. Jego preludium miał być dzień 11 września 2001 roku. Po tej dacie zaprzestała walki z nowotworem, który towarzyszył jej od kilkunastu lat i poświęciła się już wyłącznie alarmowaniu. Pisała gniewne felietony, książki i artykuły prasowe, w których wzywała przywódców Europy i Ameryki do przebudzenia się. Twierdziła, że stoimy u progu Świętej Wojny. Lamentowała, że pozostajemy ślepi i głusi na to, co szykuje nam przyszłość…

Czy Fallaci miała rację? Cóż, czas pokaże, czy naprawdę żyjemy dziś w „czasach ostatnich”, czy jednak Zachód taki jaki znamy, z jego humanizmem, laicyzmem, demokracją i wolnością jednostki na sztandarach przetrwa. Osobiście wątpię czy uda nam się ocalić dorobek Oświecenia i tego, co nastąpiło po nim, choć przyczyny niekoniecznie upatruję w islamskim dążeniu do supremacji (a może do zemsty?). Bardziej chyba martwią mnie zmiany klimatu i zbliżająca się wielkimi krokami era transhumanizmu… Przed tym nie ucieknie nikt. Ani biskup, ani ateista, ani ortodoksyjny żyd, ani mułła z meczetu. Ale to tylko moje strachy. Wróćmy do Fallaci.

Gdybym miała podjąć się literackiej oceny książki pt.: „Życie to wojna prowadzona każdego dnia” napisałabym, że czyta się ją świetnie, aczkolwiek z odczuciem głębokiego niedosytu. Przyczyną tego „czytelniczego niezaspokojenia” jest fakt, że „Życie…” to zbiór zbyt krótkich reportaży z rozmaitych frontów, które nawiedziła Fallaci. To szybki rzut oka na jej życie – najpierw nastoletniej partyzantki służącej we włoskim ruchu czasów II wojny, potem reporterki starającej się dotrzeć wszędzie tam, gdzie króluje przemoc i giną ludzie, wreszcie starszej już kobiety ogarniętej obsesją wroga, któregu upatruje w islamie.

Oriana Fallaci twierdziła, że nienawidzi wojny, mundurów, sztandarów, za którymi zawsze kryje się ludzka tragedia i które wszystkie bez wyjątku „przesiąknięte są krwią i gównem”. A jednak swoje życie, niesamowity temperament i dar pisania poświęciła jej jednej. Wojnie. Jeździła za nią po całym świecie, przyglądała się jej, opisywała kolejne bezsensowne rzezie i cierpiała. Nam, czytelnikom mówiła o tym otwarcie – tak, z trudem znoszę to co widzę w Wietnamie, Bengalu, czy Libanie. Tak, ciężko mi pozostać jedynie obserwatorką. Tak, nie mogę się zdecydować, po której stronie opowiadam się w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Nie, nie wierzę ani Arafatowi, ani Szaronowi.

Co do jednego nigdy nie miała wątpliwości. Zawsze stawała po stronie ofiar. Kobiet, które „zanim zostały rozstrzelane lub zarżnięte, były gwałcone”. Nowo narodzonych dzieci, traktowanych jak tarcze dla broni białej albo palnej.

Mogłabym jeszcze wiele napisać na temat książki Oriany Fallaci, ponieważ zawiera ona w sobie tyle wątków, tyle przesłań… Nie zrobię tego jednak, bo recenzja ma swoje prawa. Nie może być zbyt długa, powinna za to kończyć się poleceniem – czytać czy nie czytać?

Czytać. Zdecydowanie czytać.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz