Zawód: powieściopisarz [recenzja]

 Wcale mi się nie chce pisać tej recenzji. Wczoraj skończyłam pracę nad kolejną powieścią… Chwilowo nie mogę patrzeć na pustą kartkę, czy próżne pole tekstowe, krzyczące z daleka: „Jestem takie bezwstydnie białe, zapełnij mnie treścią!!!”. Oczywiście to minie. Musi minąć, skoro mam ambicje, by rubrykę „zawód” uzupełniać słowem „powieściopisarka”. Robię to nieco na wyrost, bo gdzie mnie, skromnej mrówce, choćby próbować zestawiać się z człowiekiem, który popełnił w życiu tak wiele czytanych na całym świecie książek…

Wracając (niechętnie) do tematu – uwielbiam współczesną literaturę Dalekiego Wschodu. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że podobała mi się każda z dotąd przeczytanych książek, których autor jest Japończykiem, Chińczykiem, Malezyjczykiem czy Koreańczykiem. W kręgu tamtej kultury narodziła się jedna z najważniejszych powieści mego czytelniczego życia: „Ogród Wieczornych Mgieł”. Haruki Murakami do moich osobistych ulubionych pisarzy jednak nie należy.

Dlaczego? Nie wiem. Pewnie dlatego, że jako odbiorca literatury jestem głupio przekorna, zwykle chadzam swoimi ścieżkami, najczęściej pod prąd. Skoro Murakamiego określa się mianem twórcy kultowego, to ja właśnie na złość będę omijać go szerokim łukiem! Nic a nic nie przeczytam… Złamałam się ostatniego lata dla „Norwegian Wood”. Podobało się, choć bez szaleńst – za mało Japonii, za wiele stylizowania na Europę. Narracja miała w sobie jednak coś takiego, jakiś rys bardzo osobisty, który sprawił, że zapragnęłam bliżej poznać nie tyle prozę autora, co samego Harukiego Murakamiego.

„Zawód: powieściopisarz” pozwala otworzyć magiczne drzwi, za którymi przed światem kryje się twórca. Co trzeba zrobić, by zostać pisarzem? Czy trudno jest napisać książkę? Czy autor wiedzie ciekawe życie? Czy wybór tego konkretnego zawodu naprawdę był wyborem, czy może raczej kwestią przypadku? Na te oraz na inne, często zadawane przez czytelników pytania, odpowiada Murakami w swoim – nie wiem? – poradniku? antyporadniku? – stworzonym chyba po to, by ludzie zaprzestali zadawania mu w kółko tych samych pytań. Dużo czytaj. Dużo pisz. Pisz regularnie. Bądź konsekwentny. Stale się rozwijaj. Nie załamuj się. Jeśli nie wiesz, czy nadajesz się do zawodu pisarza – nie gdybaj. Sprawdź to. Usiądź. Otwórz nowy dokument na komputerze. Zacznij go zapełniać słowami. Pisz dla siebie. Bądź skromny, ale także pewny tego, co robisz.

Boszzzzzz, pod niemal wszystkimi odpowiedziami mogę się obiema rękami podpisać!

Będę polecać tę książkę na własnych spotkaniach autorskich.

Z zastrzeżeniem, że gdzie mnie do Murakamiego.

Zabiorę się też za lekturę kolejnych jego powieści. Zrobię to z czystej sympatii do autora 🙂

Reklamy
Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Żelazny Jan [recenzja]

 Znacie baśń o Żelaznym Janie? Uwięzionym pod wodą Dzikusie, który porywa małego Królewicza, uprowadza go ze sobą do lasu i wreszcie, po wielu perypetiach, przy aktywnym udziale innych bohaterów, czyni z chłopca Króla? Baśń jest bardzo, bardzo stara, starsza od cywilizacji egipskiej, helleńskiej, rzymskiej. Korzeniami sięga czasów, gdy ludzie czcili Matkę Ziemię i Ojca Opiekuna Zwierząt. Gdy pamiętali, że są częścią natury… Przewijają się w niej wszystkie ważne motywy, obecne jest każde stadium, przez które musi przejść chłopak, nastolatek, wreszcie młody mężczyzna, by dotrzeć do celu, jakim jest osobiste oświecenie. Umiejętność korzystania ze wszystkich atrybutów, jakie kryją się za frapującym słowem „męskość”.

Do „Żelaznego Króla” Roberta Bly’a podeszłam jak do jeża. Nieufnie. Raz, że na okładce znalazła się alarmująca informacja „światowy bestseller”. Po wielu przykrych doświadczeniach, z bestsellerami zawsze ostrożnie 😉 Dwa – temat. Męskość? Może jeszcze w kontrze do kobiecości, przeciw niej, jako manifest nienawidzącego płci przeciwnej maczysty-mizogina?! Przekonała mnie notka biograficzna autora. Poeta, czyli człowiek wrażliwy. Dałam „Żelaznemu…” szansę. Słusznie, bo to świetna rzecz. Tak dla panów, jak i dla pań.

Autor traktuje starodawną baśń jako pretekst do tego, by przeprowadzić czytelnika przez historię i kulturę męskości, rozumianej jako męską dojrzałość. Sięga do postaci archetypowych, do odwiecznej symboliki, powołuje się na Jungowską alchemię, szuka odniesień w ludzkich mitach i wierzeniach, ale także w wybitnych dziełach literackich. Obrazuje nam to, o czym jako społeczeństwo industrialne (także postindustrialne) zapomnieliśmy. Otóż po to, by chłopiec mógł wyrosnąć na mężczyznę, potrzebuje inicjacji. Nie zapewni jej sobie sam. Nie pomoże mu w tym matka. Ojciec? Wiecznie nieobecny, zabiegany, harujący po kilkanaście godzin na dobę w korporacji, sam niepewny swojej tożsamości… Nie. Przewodzenie rytuałowi męskości powierzało się komu innemu. Komu? A, to sobie doczytajcie. Warto.

AHA – męskość to nie jest brutalność. Ani jej odrzucenie. Ani czysta racjonalność. Ani nadmierna tkliwość. Nie jest nią postawa skrajnie profeministyczna, doszukująca się w testosteronie źródła wszelkiego zła. Nie jest nią także mizoginia. Męskość to pełnia, to zbiór harmonijnie uzupełniających się przeciwieńst, używanych umiejętnie, z mądrością. Coś wspaniałego. Osiągnięcia jej życzyć należy każdemu facetowi. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby zaludnili go męscy mężczyźni. Męscy w rozumieniu Roberta Bly’a, rzecz jasna.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Zniknąć [recenzja]

 Książka, którą odkryłam przypadkiem, przygotowując się do pierwszego spotkania Klubu Książki Kobiecej w moim rodzinnym mieście. Traf chciał, że spotkanie zbiega się w czasie z Czeskim Festiwalem (rokrocznie odbywa się w Gliwicach!), zatem na dobry początek na warsztat wzięłyśmy książki współczesnych autorek czeskich. Przeczytałam ich kilka, z czego zdecydowanie najmocniej przemówił dla mnie zbiór trzech nowelek Petry Soukupowej, pod wspólnym tytułem: „Zniknąć”.

Dwa słowa o autorce – Petra Soukupowá należy do młodego pokolenia czeskich pisarzy (rocznik 1982). Jest absolwentką praskiej szkoły filmowej, scenarzystką i dramaturgiem. Tworzy także docenianą przez naszych połudnowych sąsiadów prozę. Debiutowała nagrodzą powieścią pt. „Nad morze”. Za „Zniknąć” otrzymała w roku 2010 czeską nagrodę Magnesia Litera w kategorii „Książka Roku”. Moim skromnym zdaniem, całkowicie słusznie.

Trzy nowelki, trzy różne historie rodzinne. Narrator i bohater pierwszej z nich to Kuba. Młodszy syn małżeństwa nauczycielki i trenera sportowego, który sam jest niespełnionym sportowcem. Ambicje ojca ma zrealizować starszy syn, Martin. Młodszy, uzdolniony plastycznie Kuba jest mamusiny. Tak się nimi rodzice podzielili – Martin taty, Kuba mamy. Bracia za sobą nie przepadają, wszyscy tu do wszystkich mają tajone pretensje, choć, trzeba przyznać, starają się, by jakoś razem żyć. Smutne i straszne. Druga historia – znowu rodzeństwo, tym razem młodszy brat i starsza siostra. Mają jedną matkę, ale różnych ojców. Tata Pavliny mieszka w Stanach, tata Vojty podobno jest marynarzem. Pewnego dnia do trzyosobowej rodziny dołącza babcia. Robi się smutno, momentami strasznie. Wreszcie trzecia nowelka – tym razem poznajemy dwie siostry, Helenkę i Hankę. Jedna matka, dwóch ojców, ale czy na pewno? Dramat rodzinny z piękną historią miłosną w tle. Oczywiście – smutny, bardzo smutny, chwilami niezwykle mocny. Co jeszcze łączy te trzy nowelki? Tytułowe zniknięcie. W każdej z nich nadchodzi taki moment, w którym ktoś znika, na chwilę albo na zawsze.

Książkę czyta się bardzo dobrze, szybko, wprost trudno się od niej oderwać. Akcja płynie wartko, bohaterowie wydają się być żywi, autentyczni. Momentami miałam wrażenie, jakbym czytała nie nowele, a raczej reportaże obyczajowe. W dodatku niekoniecznie czeskie. Gdyby nie nazwy miejscowości, drobne szczegóły (np. królujący pośród domowych dań knedlik), rzeczy mogłyby dziać się w dowolnym miejscu na świecie. Równie dobrze w Pradze, jak i u moich osobistych sąsiadów. Wszędzie bowiem rodziny mają podobne problemy. Mama z tatą powinni się kochać – czują do siebie nienawiść, choć zwykle potrafią z tym jakoś żyć, przywykli. Wszędzie cierpią na tym dzieci. Rodzeństwom zdarza się ze sobą walczyć, zamiast się spierać. Młode dziewczyny wybierają nieodpowiednich chłopców i płacą za to wysoką cenę. Mężczyźni piją destrukcyjnie, bywają skrajnie nieodpowiedzialni, mimo najlepszych nawet intencji. Teściowe wtrącają się w życie młodym, skutki ich interwencji są opłakane. W powieści, jak w życiu. Tylko smutno. Bardzo smutno, kiedy mimo starań, nic się nie udaje, poświecenie nie zostaje wynagrodzone, na horyzoncie nie widać upragnionego szczęścia, spokoju, spełnienia.

Mocna, świetnie napisana, zawsze aktualna literatura.

 

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Przez morze. Z Syryjczykami do Europy [recenzja]

Przeczytałam w rok po polskiej premierze, co oznacza trzy lata po premierze niemieckiej. Wiek cały, biorąc pod uwagę wszystko to, co wydarzyło się w Europie, na Bliskim Wschodzie i na świecie od 2014, czyli od kolejnego „sezonu” morskich podróży na rozpadających się przemytniczych łódkach do Elizjum. Europy. Miejsca wiecznej szczęśliwości.

Czy dowiedziałam się z lektury „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy” czegoś na temat emigracji, od kilku lat masowo szturmującej bramy „twierdzy Europa”? Owszem. Przekonałam się po raz kolejny, że wszystko to nie jest tak oczywiste, tak czarno-białe, jak chcą przedstawić nam politycy i publicyści opcji skrajnych. Nieprawdą jest więc, że w każdym uchodźcy drzemie religijny radykał, gotów podrzynać gardła, wysadzać w powietrze i ginąć w samobójczym zamachu w źle pojętym imieniu swojego boga. Nieprawdą jest, że wsiadający na rozchwiane stateczki, wszyscy jak jeden uciekli wprost spod bombardowań. Nieprawdą jest, że dla każdego z nich ta podróż to ostatnia deska ratunku. I nieprawdą jest, że zachodnie społeczeństwa czekają na nich z otwartymi ramionami, gotowe uczynić ich drogę prostą, łatwą i przyjemną.

Co jest zatem prawdą? Tego się do końca z lektury książki Bauera nie dowiemy, poznamy zaledwie jej maleńki wycinek. Reporter niemieckiej gazety wraz ze słowackim przyjacielem zapuszczają brody i udają się do Egiptu, by tam, zmieniwszy tożsamość, towarzyszyć uciekinierom z Syrii w ich koszmarnie niebezpiecznej podróży do Europy. Skupiają się na dwóch historiach – statecznego ojca rodziny, dobrze sytuowanego przedsiębiorcy podążającego do Niemiec oraz dwóch braci, celujących w Szwecję. Dlaczego uciekają? Z Syrii – na pewno dlatego, że muszą. Z Egiptu? Czy muszą uciekać z Egiptu? Sądząc po determinacji – chyba tak, ale czy koniecznie do Niemiec i Szwecji? Cóż, bracia Alaa i Hussan pragną dołączyć do trzeciego brata, Rafika, który do kraju na północy dotarł jako pierwszy. A przedsiębiorca Amar i Niemcy? Człowiek samodzielny i obrotny, chce trafić tam, gdzie będzie mógł znowu w spokoju prowadzić biznes i opiekować się rodziną. Szlachetne, po ludzku ze wszech miar zrozumiałe, tylko…

„Dziewięciomilionowa Szwecja stęka pod naporem uchodźców”. Na przemytniczych statkach, poza Syryjczykami, są także przedstawiciele wielu innych nacji. Niektórzy uciekają przed wojną, albo zbrodniczym reżimem we własnym domu. Inni chcą po prostu lepiej żyć. W drodze ku Europie pozbywają się dokumentów. Nikt z nich nie zamierza rejestrować się w Grecji. Wszyscy jadą dalej. Najlepiej do Niemiec, bądź któregoś z krajów skandynawskich. W porządku. Tak długo, jak długo owe kraje gotowe będą przyjmować kolejne fale ludzi marzących o spokojnym, dostatnim i leniwym życiu naszego kontynentu. Tylko ile jeszcze wytrzymają? We wczorajszych wyborach do Bundestagu dostała się otwarcie antyimigrancka partia AfD. Fala populizmu przetacza się przez Europę, Amerykę, świat. Rosną wzajemne animozje.

W 2014 roku, gdy Wolfgang Bauer pisał i publikował swoją książkę, była ona głosem sumienia. Wołała: „Otwórzcie granice!”. Kanclerz Merkel granice swego kraju otworzyła. Teraz sama przyznaje, że za szeroko. Co będzie dalej? Nie wiadomo…

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Oto jestem [recenzja]

 Zanim zrecenzuję najnowszą powieść Jonathana Safrana Foera, muszę się do czegoś przyznać – nie przeczytałam dwóch poprzednich, w ogóle nie miałam pojęcia, że filmy „Wszystko jest iluminacją” oraz „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” miały książkowe pierwowzory! Widziałam obie ekranizacje powieści Foera i obiema się zachwyciłam. Nie zdawałam sobie jednak zupełnie sprawy, że za świetnymi scenariuszami stoi świetna proza. @Szymon – dziękuję za uświadomienie mi ogromu mojej literackiej ignorancji. Wstydzę się, kajam i dodaję autora „Oto jestem” do listy ulubionych.

Po tym przydługim, acz celowym wstępie (nie przegapcie wspomnianych powyżej filmów, a najlepiej – sięgnijcie po książki!), przechodzę powoli do sedna. Rzadko tu ostatnio zaglądam. Bynajmniej nie dlatego, że przestałam czytać. Po prostu… chyba szkoda mi czasu na pisanie o książkach słabych, albo co najwyżej średnich, choćby i takich, których okładki oznajmiają: światowy bestseller, nagroda czytelników, grand prix imienia tego-i-owego. Nie. Po prostu nie. Zbyt wiele rozczarowań, by poświęciwszy ich lekturze kilka nieskończenie dłużących się godzin, zaszczycić je dodatkowo oceną wykraczającą poza dwa-trzy znania. Podziwiam zresztą recenzentów, którzy są w stanie powiedzieć o niektórych pozycjach beletrystycznych coś więcej. Co myślę o większości książek? Nic nie myślę. Przeczytałam, odłożyłam na półkę, zapomniałam. Z „Oto jestem” rzecz ma się zgoła odmiennie.

Rzecz dzieje się w światku amerykańskich Żydów ze Wschodniego Wybrzeża. Jacob i Julia są małżeństwem z szesnastoletnim stażem. Wraz z trzema synami – Samem, Maxem i Benjy’m oraz stareńkim psem Argusem tworzą z pozoru zgodną, szczęśliwą rodzinę z przyległościami – dziadkiem i babcią, ocalałym w Holocaustu pradziadkiem, kuzynami z Izraela. Na niemal ośmiuset stronach powieści Foera obserwujemy, jak ten uporządkowany, poruszający się po ustalonych torach prywatny świat się powoli rozpada. Jak ludzie, których zna się od dawna, wydawałoby się – jak własną kieszeń – żona, dzieci, kuzyn – okazują się być inni, nie lepsi, nie gorsi, ale właśnie – inni, niżby człowiek oczekiwał. Jak bardzo można się nawzajem nie rozumieć, mieszkając w jednym domu, ba, śpiąc w jednym łóżku! Jest to więc powieść o rozpadzie małżeństwa, o śmierci romantycznej miłości i przemianie jej w przyjaźń. Jest o nudzie codziennego życia, o wychowywaniu dzieci, o trudach dorastania, o rozczarowaniu dorosłością i wreszcie o tym, jak pogodzić się z całym światem i z sobą samym, rozumianym jako lista zalet i wad. Jest o żywych, bardzo prawdziwych ludziach. Ja odbieram „Oto jestem” w jej psychologicznej warstwie jako literacki apel. Foer krzyczy do nas:

ROZMAWIAJCIE ZE SOBĄ DO JASNEJ CHOLERY!!!

Bo większość nieporozumień, większość historii, które zaczynają się dobrze, a kończą źle, usycha z powodu milczenia. Chcielibyśmy powiedzieć: „Przytul mnie, potrzebuję cię właśnie teraz”, a mówimy: „To ja może wyjdę z psem”… Któż z nas tego nie zna?

Już tylko za tę mistrzowsko poprowadzoną „prywatną” opowieść Jacoba i Julii doceniam najnowszą powieść Jonathana Safrana Foera. Jednak zawiera ona w sobie także opowieść drugą. Do cna żydowską. Mniej uniwersalną, bo przeznaczoną chyba przede wszystkim do współbraci w doświadczeniu bycia Żydem, zarówno w diasporze, jak i Izraelu. Mały naród, zaledwie błąd statystyczny w chińskim spisie powszechnym, serdecznie przez wszystkich nienawidzony (to słowa ojca Jacoba, Irva), którego członkowie muszą się wciąż zmagać ze swoim dziedzictwem, religią, dziwacznymi często obyczajami i filozofią, każącą trwać uparcie, pracowicie, ale możliwie dyskretnie (to diaspora), albo właśnie głośno, brutalnie i na złość sąsiadom (to Izrael). Jak sobie z tym radzą Żydzi XXI wieku?

Cóż, różnie. Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. Ale i jeden i drugi powie co ma do powiedzenia z tym specyficznym, smutnym humorem. Charakterystycznym i nie do podrobienia.

Świetna książka!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Opowieść podręcznej [recenzja]

Wprost trudno uwierzyć, że od daty premiery tej książki minęło już ponad 30 lat. „Opowieść podręcznej” niestety nic a nic się nie zdezaktualizowała. Sądzę, że nie zdezaktualizuje się jeszcze bardzo długo, możliwe, że historia dystopicznego Gileadu pozostanie na zawsze żywa, ponieważ sadyzm, skłonność do fanatyzmu i chora chęć dominowania nad innymi towarzyszyć nam będą prawdopodobnie do samego końca. Tak długo, dokąd istnieć będzie ludzkość. Są one bowiem częścią naszej natury. Tą mroczną, złą i teoretycznie zwalczaną przez światłe religie, cywilizacje i filozofie, a jednak zbyt głęboko osadzoną, by można ją było z człowieka wyrugować. Zresztą, czym bylibyśmy bez tkwiącego w nas zła? Aniołami? Niedorzeczne! Dlatego właśnie „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood będzie zawsze „dorzeczna” – jak mąż znęcający się nad żoną, jak mobbingujący przełożony, jak dziecko podpalające kota, jak terrorysta. Religijny, polityczny, czy jakikolwiek inny… Jak każda patologia dążąca do władzy nad drugim.

O fabule książki nie napiszę wiele, bo jest to rzecz głośna, także dzięki bazującemu na niej serialowi, emitowanemu przez Showmax. Wystarczy chyba tyle, że tytułowa „podręczna” to młoda kobieta, siłą rozdzielona z mężem i córką, płodna, a więc cenna w zdegenerowanym ekologicznie świecie. Jako potencjalna matka, trafia w tryby reżimu rządzącego w dawnych Stanach Zjednoczonych, w czasach podręcznej zwanych Republiką Gileadu. Przyodziana w czerwoną suknię, zostaje oddana jednemu z dostojników nowego religijno-wojskowego reżimu po to, by urodzić dziecko w imieniu bezpłodnej żony Komendanta. Urodzić zdrowe dziecko – oto będzie odtąd jedyny cel życia bezimiennej podręcznej, która opowie nam swą historię własnymi słowami.

Pisze się o tej książce, że feministyczna. Mówi, że antyreligijna, albo nawet antychrześcijańska. Wyśmiewa, że nierealna. Wiecie co? G…o prawda!

Ofiarami wszechwładnego totaliryzmu w wydaniu Gileadu nie padają tylko kobiety. Oczywiście, to one, jako „naczynia”, brzuchy mogące potencjalnie donosić ciążę i przywrócić ludzkości nadzieję na przetrwanie ekologicznej katastrofy, są poddane najściślejszym rygorom. Wiadomo – kobieta wyzwolona to największe zagrożenie dla patriarchatu. No i w dodatku nie chce się na zawołanie rozmnażać. Oburzające dla fanatyka wszelkiej religii. Tyle że u Atwood zniewoleni są wszyscy – i kobiety i mężczyźni, bez wyjątku. Ci, którzy się buntują – giną, tych, którzy gotowi są współpracować, wmontowuje się w kierat powinności, surowych zakazów, nie podlegających dyskusji nakazów. Jak to w totalitaryźmie. Każdym, bez wyjątku. Bo totalitaryzm jest zawsze właśnie taki – chce kontrolować każdą dziedzinę ludzkiego życia. Gilead przede wszystkim seksualność, co jest logiczne, bo kto ma władzę nad seksem, ten ma władzę nad człowiekiem. Poczytajcie sobie święte księgi i posłuchajcie, na czym przede wszytkim skupiają się ich fanatyczni propagatorzy! „Opowieść podręcznej” nie jest jednak wbrew pozorom antyreligijna. Tu ofiarami czystek padają i protestanccy pastorzy i żydzi i duchowni katoliccy. Wszyscy, którzy nie zgadzają się z jedyną słuszną wizją. Ale o tym sobie poczytacie w książce, ja chciałabym skupić się na koniec tej zdecydowanie zbyt krótkiej recenzji na wartościach literackich powieści i skojarzeniu, jakie dla mnie ze sobą niesie książka Margaret Atwood.

Niezwykle cenię sobie literaturę, która spełnia trzy wymogi – świetny pomysł, wartką, trzymającą w napięciu akcję i rewelacyjny język. Jeśli do tego jeszcze od czasu do czasu z kart książki bije odrobina humoru… Coś wspaniałego. Tak jest właśnie z „Opowieścią…”. To się po prostu czyta! W jeden dzień, jeden wieczór, z niepokojem, wypiekami na twarzy i tym dreszczem rozkoszy, który towarzyszy obcowaniu ze świetną literaturą! Atwood pisze nie tylko prozę, jest także poetką, co nie pozostaje bez wpływu na język powieści, jej nastrój, siłę odczuć, jakie budzi w czytelniku. Przeczytajcie koniecznie – jeśli nie dla historii pewnej dystopii, to choćby po to, by móc rozkoszować się każdym, precyzyjnie umiejscowionym w tej książce słowem.

Na sam koniec – skojarzenie. Mnie „Opowieść podręcznej” niepokojąco przypomina „Uległość” Houellebecq’a. Dlaczego? Otóż totalitarna Republika Gileadu nie nastąpiła z dnia na dzień. Narastała, zagarniając dla siebie kolejne obszary życia Amerykanów. Oczywiście, w pewnym momencie przejęła władzę ostatecznie i bezlitośnie, ale… Sygnały były już wcześniej, tylko najpierw – a to nas nie dotyczy, a to nic takiego, a z tym to można żyć, a ta zmiana to jak się nad tym zastanowić, nawet nie jest taka najgorsza. Po co protestować? „Wy młodzi nie doceniacie wolności, którą macie” – mówi matka podręcznej w momecie, w którym jeszcze jest czas na to, by się sprzeciwić. Tylko po co mamy się buntować, skoro nam się nie chce? W USA nam się nie chce. We Francji nam się nie chce…

Totalitaryzmy nie wybuchają nagle. One się moszczą. Rozrastają się. Przejmują kroczek po kroczku. Oplątują nas siecią, której nie chcemy dostrzec. A gdy wreszcie orientujemy się, żeśmy spętani… No cóż, wtedy jest już za późno.

Niech będzie błogosławiony owoc!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wzgórze psów [recenzja]

„Literatura syfu” przeczytałam  w jednej z opinii o najnowszej książce Jakuba Żulczyka. Zgadzam się. „Wzgórze psów” skończyłam czytać kilka dni temu, ale dopiero teraz biorę się za recenzję. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałam użyć w niej zbyt wielu niecenzuralnych wyrazów… Najświeższe dzieło Żulczyka, mimo że objętościowo imponujące (900 stron), pochłonęłam w jeden weekend. Przez kolejne dwa dni klęłam jak szewc, chodziłam ze spuszczoną głową i życzyłam światu, żeby sczezł, mimo że słonko pięknie świeciło, wiosna uroczo kwitła, a wszyscy wokół mile się uśmiechali. Znaczy – autorowi udało się dla mnie ożywić fikcyjny Zybork. Miasteczko beznadziei. Siedlisko wszelskiego zła.

Rzecz jest więc zdecydowanie dobrze napisana. Utrzymana w konwencji, mroczna, brudna i ociekająca wszelką ochydą, którą od czasu do czasu, przyznam – lubię sobie zaaplikować. Chyba każdemu z nas dostarcza nieco perwersyjnej satysfakcji nurzanie się w nieszczęściu bliźnich bez konieczności osobistego wdeptywania w gówno, prawda? Co z tego, że w powieściach są to bliźni nieistniejący? Tego typu małe, lokalne piekiełka zapadłych miasteczek, jakie funduje czytelnikowi Żulczyk, naprawdę są wszędzie wokół. Taka Polska już nawet nie B, a raczej C, dusząca się we własnym sosie. Gnijącym sosie smutku, apatii, występku i tajemnicy sprzed lat, która na zawsze naznaczyła los głównego bohatera. Kto wątpi, powinien obejrzeć któryś z programów Krystyny Jaworowicz.

Mogłabym pewnie „Wzgórzu psów” sporo wytknąć, na czele z moim żelaznym zarzutem o niepotrzebne rozdęcie fabuły do monstrualnych rozmiarów. Mogłabym napisać o przerysowaniu, przesadzie, nie dość wiarygodnych psychologicznie postaciach kobiet, sięganiu po zgrane do bólu motywy winy i kary, braku nadziei, bohatera, który nie jest w stanie wznieść się ponad siebie i stać się mężczyzną… Ten ostatni wątek mnie specjalnie drażni, bo nie znoszę zwykle powieści o narcystycznych Piotrusiach Panach, ale… Skoro po odłożeniu lektury przez kolejne 48 godzin nie potrafiłam wrócić do normalności, skoro wciąż o niej myślę, skoro prześladuje mnie rozwiązanie zagadki zyborskiego Punishera… Skoro tak, to chyba muszę wybaczyć Mikołajowi Głowackiemu jego zdegenerowaną dzieciuchowatość, tym bardziej, że naprawdę istotne przeciwności stanęły mu na drodze ku pełnej dorosłości.

Zdecydowanie polecam, ale raczej nie ku pokrzepieniu serc 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz