Starość, starość i jeszcze raz bieda

Spotykam ją tu i tam, zwykle w okolicach rynku. Kręci się wokół śmietników. Wysunięta do przodu głowa w brązowym berecie, wdowi garb, w założonych na plecy rękach – reklamówka. Torba na śmietnikowe skarby. Czy zbiera je z nudów czy z emeryckiej biedy – tego nie wiem, a zapytać przecież nie wypada.

Kawiarnia w centrum mojego miasta. Stara, starsza ode mnie. Przepyszne ciasta, naturalne, na jajkach i śmietanie. Wiedeński sernik jak u mamy. Ciężko mu się oprzeć. Wystrój wnętrza, ceny oraz goście – wszystko jakby nie z tej epoki. Jakbyśmy nagle uroczo cofnęli się o trzydzieści lat, gdy kawa, herbata i serwowana do nich słodycz kosztowała mało, bo ludzi nie było stać na dużo. Na napój za 15 zł. Na kawałek tortu za złotych 18. W tej starej, stareńkiej kawiarni herbaty można napić się za 2,90. A jak kogoś nie stać nawet na tyle, to dostanie herbatę „zawieszoną”, którą ktoś życzliwy wcześniej opłacił.

Są, nawet w moim dostatnim, przemysłowym mieście ludzie, których nie stać na herbatę za 2,90. Przeważnie są to ludzie starsi. Starość, zwłaszcza ta biedna, jest smutna. Jest samotna, bo bieda wyklucza. Ze ściśniętym sercem patrzę na nią na wszelkiej maści literackich spotkaniach, inauguracjach wystaw, wernisażach. Wszędzie, gdzie serwują darmowy poczęstunek i lampkę wina. Ciasteczka z kremem, kanapeczki z łososiem, primitivo i rieslinga. Rarytasy, normalnie niedostępne. Nie dziwię się ani frekwencji, ani średniej wieku.

Otwieram kopertę z wyliczeniem mojej przyszłej emerytury. Pisma z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych prorokują mojemu pokoleniu starczą biedę. W wersji optymistycznej: darmowe kanapeczki oraz zawieszoną kawę lub herbatę. W wersji pesymistycznej głód tak wielki, że braknie siły, by na starych nogach doczłapać na wernisaż, albo do kawiarni.

Opublikowano Publicystycznie | Dodaj komentarz

Przeczucia

Nie jestem wierząca, to znaczy – nie wierzę w żadnego konkretnego boga i nie wyznaję żadnej konkretnej religii. Od zawsze, to jest odkąd pamiętam uważam, że każda z religii, spajając jednych, innych wyklucza, do tego zwykłe życie usiłuje obwarować całkowicie nienaturalnymi nakazami i zakazami. Stąd do wszystkich kultów podchodzę z dużą, przeogromną wręcz dozą ostrożności. Jestem na tyle ostrożna, by nie uznawać za swoją ani jednej z trzech religii Księgi. Również ani buddyzmu, ani hinduizmu, ani animizmu, ani… No dobrze, może buddyzm jest mi najbliższy, choć ja wiem czy można go nazwać religią, skoro nie ma w nim boga? A może buddyzm to raczej filozofia?

Nie wielbiąc bogów i nie praktykując kultów, głęboko wierzę w ducha – ludzi, istot, natury, historii. W ducha zdarzeń. Wierzę w celowość tego, co potencjalnie bezcelowe. Konsekwentnie, nigdy nie lekceważę przeczuć. Skoro zbieram się do zadzwonienia do kogoś i odwlekam ten telefon od wielu dni i nagle, gdzieś bardziej w ciele niż w umyśle pojawia mi się pomysł, że oto powinnam natychmiast chwycić za telefon – dzwonię. I w ciągu kilku minut załatwiam sprawę, która w innej sytuacji – wiem to – ciągnęłaby się za mną w nieskończoność. Kiedy jestem radosna i ogólnie zadowolona z życia i wtem – bez powodu – robi mi się tak smutno, że zaczynam płakać, wiem – ktoś mi właśnie umarł. Albo wkrótce umrze. Niestety, nader często, właściwie z 99 procentową sprawdzalnością przeczucie ma słuszność.

Są też przeczucia bardziej materialne, przez to mniej „mistyczne”. Jednym z nich jest ochota na coś konkretnego do zjedzenia. U mnie zwyczajowo jest to chęć na pomidory. I nie ma, naprawdę nie ma dla tej ochoty lepszego wytłumaczenia, niż niedobór potasu, który tylko świeży, pachnący jeszcze gałązką pomidor może wyrównać 😉

Opublikowano Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mniej

Jestem dzieckiem PRLu, a więc: niedoboru. Dobrze pamiętam kolejki po mięso, cukier, papier toaletowy. Dobrze pamiętam wyroby czekoladopodobne i kartki. Pamiętam ubrania donaszane po kuzynach z Zachodu, cudownie pachnące proszkiem OMO.

Dorastałam wraz z polskim kapitalizmem. Najpierw tym przaśnym, bazarowym, potem tym bardziej cywilizowanym, sklepowym. Z zapartym tchem odwiedzałam pierwsze centra handlowe (pamiętam uroczyste otwarcie M1 w Czeladzi), z nabożną czcią oglądałam oferowane w nich ciuchy, których odpowiedników ze wstydem szukałam w lumpeksach. Miałam marzenia – nowy skórzany płaszcz, nowe „fikuśne buty”, nowe, nowe, nowe… Najlepiej wszystko nowe, markowe i w dużej ilości.

Nadmiar stał się celem. Nabywanie i gromadzenie rzeczy – sensem życia. Wymiana modeli na następne, kolejne i bardziej doskonałe grą, w którą z entuzjazmem grałam. Nie tylko zresztą ja. Grali wszyscy wokół, a firmy jedna w drugą przekonywały nas, że „jesteśmy tego warci”. Lepszego kremu, nowocześniejszego telefonu, egzotycznego owocu, sprowadzonego specjalnie dla nas z drugiego końca świata.

Dziwne, ale po pierwszych fajerwerkach, towarzyszących nabywaniu przedmiotów, których kiedyś na rynku nie było, albo na które po prostu nie mogłam sobie pozwolić, kupowanie szybko przestało sprawiać mi przyjemność. Rzeczy zaczęły przytłaczać (gdzie to trzymać? kiedy używać? po cholerę to kupiłam?). Bolały bezsensownie wydawane pieniądze. Bolało nadmiarowo kupowane jedzenie, którego nie dało się zjeść. Ale kupowałam. Wciąż kupowałam, ponieważ pamiętam PRL i bałam się, że zabraknie. Kupowałam, gdyż oferowano. Kupowałam, bo nie wyobrażałam już sobie, że można inaczej.

Najpierw powiedziałam DOŚĆ nadmiarowemu jedzeniu, ponieważ to jego było mi najbardziej żal wyrzucać.

Potem pożegnałam kosmetyki – kremy do stóp, balsamy do ciała, cienie do oczu, lakiery do paznokci, których i tak nie używam, bo nie lubię. A poza tym na większość z nich jestem uczulona.

Dalej: nowe meble, płyty CD, durnostojki i inne niepotrzebne rzeczy do domu. Z nimi poszło łatwo – i tak nie jarało mnie zbytnio ich nabywanie.

Najtrudniejsze: ubrania, buty, torebki, dodatki. Moda to moja pasja, moja miłość i największe uzależnienie.

Walczę. Dziesięć razy się zastanowię, nim kupię sobie nowy sweter. Nowe czółenka. Kolejne kolczyki. Staram się donaszać to, co mam. Wróciłam do lumpeksów, bo to ekologicznie. Rzeczy, których nie chcę, przekazuję dalej. Dalej przekazuję przeczytane książki. Jeden po drugim, uwalniam się od przedmiotów, których ani nie lubię, ani nie potrzebuję.

Zostawiam tylko te naprawdę potrzebne. Albo ulubione.

Mam mniej.

I jest mi lżej.

Jakoś łatwiej.

Spokojniej.

PS polecam dokument pt. MINIMALISM (Netflix)

Opublikowano Filozoficznie, Publicystycznie | 2 Komentarze

Hobby: praca!

bananTrochę się martwię.

Martwię się mianowicie dlatego, że w trakcie prowadzonej ostatnio pogłębionej autoanalizy – wiecie, kryzys wieku, te sprawy – odkryłam, iż moją ulubioną życiową czynnością jest ni mniej, ni więcej, jak PRACOWANIE.

Martwię się, bo z licznych ziomkowych opowieści, tudzież z prasy, radia i telewizji, że o internetach nie wspomnę wnoszę, iż pracowanie to najgorsza zmora, koszmar i byle do emerytury, ewentualnie renty, jak Bóg, anatomia z fizjologią oraz ZUS da.

Martwię się, może trochę na zapas, bo jakbym tak musiała kiedyś komuś jakieś CV przesłać, to co ja biedna wpiszę w sekcji: „hobby”? Normalni ludzie wymieniają w niej wiadomo – podróże (loty tanie, więc wokół sami globtroterzy), dobra książka (bo choć czytamy coraz mniej, to za to, jak widać – książki chętnie jemy, byle dobre były), sport (statystyki mówią, że uprawiany zwykle z kanapy, ewentualnie na zakupach w Decathlonie), a ja co? Hobby – praca???

Przecież nikt nie uwierzy.

A tymczasem ja bez pracy usycham. Na wakacjach tęsknię smutna i, dla rozrywki, coś tam piszę na zapas, w głowie, na stracenie. Na spacerze układam listę spraw „to do”. Właściwie non stop ją układam od nowa, a potem radośnie realizuję, aż odhaczę ostatniego ptaszka… Wówczas wpadam w panikę, bo jak to tak? Co to znaczy wolne popołudnie??? Ratunku, dajcie mi coś do zrobienia!

I nie, nie chodzi o pieniądze, choć oczywiście skoro „bez pracy nie ma kołaczy”, to analogicznie i przeciwnie przysłowie też działa. Z tym, że niekoniecznie i nie zawsze, bo pracować lubię i za grosz i bez grosza także, pro publico bono że tak powiem, kto mnie lepiej zna, ten wie.

Oczywiście, bywam zmęczona. Jak każdy. Oczywiście, czasem robię sobie wolne od pracy. Pół godziny luzu czekając na to, aż gotowana zupa dojdzie do stanu jadalności. Co wtedy robię?

A nic nie robię, felietony sobie piszę 😉

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

Kryzys Wieku Średniego

Kryzys wieku średniego. Obserwuję u siebie, widzę dookoła, u równolatków. W świetnym artykule w sierpniowych „Wysokich Obcasach Extra” Agnieszka Jucewicz rozmawia o nim z prof. Bartłomiejem Dobroczyńskim.

Dotarcie do umownej czterdziestki jest niczym wdrapanie się na najwyższą górę. Zmęczeni, ale dumni z siebie docieramy na szczyt i rozglądamy się z zadowoleniem wokół. Widok piękny, w końcu mamy już czterdzieści lat – coś tam zrobiliśmy, coś może nawet osiągnęliśmy, jesteśmy KIMŚ. Najlepszą wersją i tak dalej. „Teraz już tylko do przodu! – myślimy – Teraz może być już tylko lepiej!”. To nic, że troszkę bolą nas nogi, że w krzyżu nas ciut łupie, że zaczynamy zapominać pojedyncze wyrazy, czasem to i owo wypadnie nam z rąk przez nieuwagę i coraz ciężej zmieścić się w trekkingowe ciuchy. To nic, bo przecież widok piękny! Z przodu pięknie, z tyłu pięknie, po bokach cudnie, na dole…

No właśnie. Stojąc tam, na samej górze, dumni i samozadowoleni, nagle dostrzegamy, że to by było na tyle. Dalej już nic więcej nie ma. Równia pochyła, a na jej dnie – śmierć. Nagle z całą mocą uświadamiamy sobie własną niewieczność. Zawsze wiedzieliśmy, że tak to się skończy, ale teraz, stojąc na samym szczycie WIEMY BARDZIEJ. To przytłacza. Kulimy się z obawy, że oto niebo, któremu właśnie wydarliśmy największą tajemnicę, runie nam na głowę.

Już nie zostaniesz astronautą, piosenkarką, księżniczką, supermodelką, wybitnym kucharzem, naukowcem, strażakiem, snajperem, ani panią na poczcie, co przybija pieczątki. Ok, panią na poczcie jeszcze zostać zdążyć. Resztę dziecięcych marzeń trzeba wyrzucić do kosza i zacząć proces dezintegracji EGO. Podobno (według Junga) na samym początku jesteśmy doskonałą całością – jaźnią. Potem przychodzimy na świat i nasza jaźń się rozpada, ustępując przed bezczelnym, męczącym, wszystkowiedzącym i wszystkochcącym EGO. Ja, ja, ja, k…wa JA! Ja mogę, ja chcę, ja zrobię, mój, moja, moje. Aż przychodzi kryzys wieku średniego i świadomość „Ja umrę”. EGO staje na szczycie, potyka się i zaczyna – wolniejszy lub szybszy – zjazd w dół. Powrót do miejsca startowego. EGO się kurczy, jaźń dobudowuje kolejne cegiełki. Oby zdążyła się zreintegrować. Podobno jest to warunkiem szczęścia. Podobno osiemdziesięciolatek jest szczęśliwszy, niż czterdziestolatek. Podobno najlepiej jest niczego nie chcieć.

Podobno, podobno, podobno.

Stoję na szczycie i rozglądam się wkoło. Jak tu pięknie!

Opublikowano Filozoficznie, Publicystycznie | 4 Komentarze

A Ty? Wiesz, kto wybudował Twoje miasto?

Mam tak samo jak ty, miasto moje, a w nim…

 

… ślady ludzi, którzy byli tu przede mną. Duchowe powidoki tych, co żyli skromnie, cichutko, nie pozostawiając trwałego odcisku na ciele miasta. Materialne pomniki możnych, bogatych i śmiałych. Do tych ostatnich – śmiałków w myśli i koncepcie – należy pewien radca budowlany, którego marzenie o mieście ogrodzie w sercu tętniącego przemysłem śląskiego regionu w dużej mierze się ziściło. I trwa, każdej wiosny wypuszczając młode liście w parkach, ogrodach i na skwerach.

W tym roku mija sto lat, odkąd architekt Karl Schabik został po raz pierwszy wybrany miejskim radcą budowlanym Gliwic. Pełnił on tę funkcję nieprzerwanie w latach 1919-1945.

Koncepcja rozpisanego na planie koła miasta ogrodu narodziła się na przełomie wieku XIX i XX w Anglii. Jej autorem był Ebenezer Howard. Howard był urbanistycznym wizjonerem. Dostrzegał problemy, jakie szły w ślad za rosnącym uprzemysłowieniem miast. Panowało w nich przeludnienie. Robotnicy przemysłowi żyli w złych warunkach. Ściśnięci na niewielkich, pozbawionych ożywczej zieleni obszarach, przemieszczali się od mieszkania do fabryki i z powrotem. Urzędy, dobre szkoły, miejsca krzewienia kultury – wszystko to było dla nich trudno dostępne. Robotnika nie stać było na obszerny dom w dobrej dzielnicy. Bogaci z kolei, którzy do niedawna zamieszkiwali reprezentacyjne gmachy w centrach, zaczynali uciekać przed hałasem i tłokiem na obrzeża. Przestrzenna struktura miast zaczynała się załamywać…

A gdyby tak założyć całkiem nowe miasto? Pełne zieleni, posadzone na tanich terenach rolniczych miasto na planie koła, w którego centrum znajdzie się przestronny park kryjący wśród drzew gmachy użyteczności publicznej? Gdzie strefy mieszkaniowe, rekreacyjne i usługowe zostaną bogato obsadzone skwerami i ogrodami, tak by na każdego mieszkańca przypadało co najmniej 35 metrów kwadratowych zieloności? Zakłady przemysłowe wybuduje się na wąskim pasku terenu okalającego dzielnice mieszkaniowe. Ludzie będą mieli blisko do pracy, zieleń będzie filtrować powietrze, śródmieście się nie wyludni. Gdy zaś w pobliżu powstanie kolejne miasto ogród, oba połączone zostaną szybką komunikacją publiczną.

Tak z grubsza przedstawiał się koncept Ebenezera Howarda. Modyfikowano go i mniej lub bardziej udatnie powielano w wielu zakątkach Europy. W Polsce na przykład w Warszawie – gdzie w zgodzie z założeniami miasta ogrodu zorganizowano dzielnice Muranów, Sadybę czy Włochy – i wokół Warszawy. Miastami ogrodami są między innymi Podkowa Leśna, Milanówek i Komorów. Śląsk także miał się czym pochwalić. Dziś, po socjalistycznych przeróbkach nie widać tego już tak dobrze, ale spójrzcie na przedwojenne zdjęcia katowickiego Giszowca. Niska, regularna zabudowa, inteligentne rozmieszczenie budynków użyteczności publicznej i mnóstwo zieleni. Istne miasto ogród!

Gliwice to całkiem inny przypadek. Szybko rosnący ośrodek przemysłowy o średniowiecznym rodowodzie, ze względu na swoją rozległość i tempo rozbudowy, z pozoru słabo nadawał się do realizacji koncepcji „ogrodniczych”. Karl Schabik najwyraźniej jednak widział Gliwice inaczej. Zwartej zabudowie starówki wokół rynku dał spokój. Ale im dalej od niego, tym więcej wolnej przestrzeni. Można na niej postawić budynek? Można, o ile utrzyma on określony, modernistyczny styl, a jego projekt zyska podpieczętowany akcept architekta Karla Schabika! Tam zaś, gdzie dobry pomysł się nie pojawi, tam gdzie poprowadzimy szlaki pieszej komunikacji, tam gdzie mieszkańcy oddawać się mają rekreacji, posadzimy drzewa.

Nad rzeką – drzewa.

Przy dworcu – drzewa.

W dzielnicach mieszkaniowych – drzewa.

Ogródki. Zieleńce. Trawniki.

Gliwice, moje piękne, szumiące od liści Gliwice wiele zawdzięczają miejskiemu radcy budowlanemu Karlowi Schabikowi. Szkoda że wciąż mu się nawet symbolicznie nie odwdzięczyły, upamiętniając ulicą jego imienia. Albo choć tablicą pamiątkową.

Cóż, gdzie władza nie może, tam wkraczają miejscy aktywiści!

Wieści o imprezach towarzyszących obchodom Roku Schabika szukajcie na: https://www.facebook.com/gliwicedlaschabika/

NINIEJSZY FELIETON UKAZAŁ SIĘ W MAGAZYNIE „PRESTIŻ Magazyn Metropolii” 

Opublikowano Bez kategorii, Publicystycznie | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

Przemilczane [recenzja]

Pamiętacie pewnego świętej już pamięci polityka, który, siedząc przed kamerą, rżał ze swego własnego dowcipu, bo przecież „jak można zgwałcić prostytutkę”?

Otóż można. Prostytutka to osoba udostępniająca swoje ciało innym osobom w wiadomych celach, w zamian za korzyści materialne. Jej ciało jest jej źródłem utrzymania, jak nie przymierzając – ciało aktora, rehabilitanta, albo zawodowego sportowca. Jeśli prostytutka udostępnia swoje ciało zgodnie z własną wolą i za umówioną wcześniej kwotę – nic nikomu do tego. Gorzej, jeśli do świadczenia usługi zostaje przymuszona, albo/i nie otrzymuje za nią należnych pieniędzy. Lub dodatkowo (co gorsza) doznaje uszczerbku na zdrowiu. Wówczas jest to gwałt.

Tak, to gwałt. Także na prostytutce. I to mimo rechotów zza grobu.

Burdele na zajętych przez III Rzeszę terenach (również te w miastach oraz obozach koncentracyjnych i obozach pracy w byłej II Rzeczpospolitej) stanowiły istotną część systemu ideologicznego państwa nazistów. Naziści, przy całym swoim szaleństwie, byli ludźmi racjonalnymi i zdawali sobie sprawę, że jak se chłop baby od czasu do czasu nie użyje, to ani porządnie nie powalczy, ani nie popracuje. A jeśli mu się użycia w ramach oficjalnego systemu burdeli nie zorganizuje, to se ten chłop baby poszuka poza systemem. I się jeszcze w Polce, Francuzce, Rosjance zakocha, dziecko jej zrobi, żenić się zechce… Rasę świętą nordycką skala, sfraternizuje się z miejscową ludnością, ochotę do mordowania straci…

Z usług przedwojennych prostytutek, ale także kobiet, które wcześniej zawodu tego nie wykonywały, przymuszanych do świadczenia usług seksualnych w ramach sieci domów publicznych spod znaku hakenkrojca, korzystali wszyscy. Okupanci i okupowani. Żołnierze, policjanci, robotnicy przymusowi oraz więźniowie KZetów. Po owej sieci „wesołych domków” pozostały zestawienia, tabelki i dokumentacja medyczna. Pojedyncze wspomnienia, głównie męskie. Kobiety, panienki, dziewczynki, Julie przeważnie milczały. Swoją wojenną historią się nie dzieliły. Bo i po co? Nazistowskie k…y, horyzontalne kolaborantki. Nie ofiary, a winne. Zawsze winne.

Bo przecież, jak można zgwałcić prostytutkę? No jak?

„Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” przeczytałam przed majowym spotkaniem gliwickiego Klubu Książki Kobiecej i rozmową z Autorką.

Opublikowano Recenzyjnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz