Przez morze. Z Syryjczykami do Europy [recenzja]

Przeczytałam w rok po polskiej premierze, co oznacza trzy lata po premierze niemieckiej. Wiek cały, biorąc pod uwagę wszystko to, co wydarzyło się w Europie, Na Bliskim Wschodzie i na świecie od 2014, czyli od kolejnego „sezonu” morskich podróży na rozpadających się przemytniczych łódkach do Elizjum. Europy. Miejsca wiecznej szczęśliwości.

Czy dowiedziałam się z lektury „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy” czegoś na temat emigracji, od kilku lat masowo szturmującej bramy „twierdzy Europa”? Owszem. Przekonałam się po raz kolejny, że wszystko to nie jest tak oczywiste, tak czarno-białe, jak chcą przedstawić nam politycy i publicyści opcji skrajnych. Nieprawdą jest więc, że w każdym uchodźcy drzemie religijny radykał, gotów podrzynać gardła, wysadzać w powietrze i ginąć w samobójczym zamachu w źle pojętym imieniu swojego boga. Nieprawdą jest, że wsiadający na rozchwiane stateczki, wszyscy jak jeden uciekli wprost spod bombardowań. Nieprawdą jest, że dla każdego z nich ta podróż to ostatnia deska ratunku. I nieprawdą jest, że zachodnie społeczeństwa czekają na nich z otwartymi ramionami, gotowe uczynić ich drogę prostą, łatwą i przyjemną.

Co jest zatem prawdą? Tego się do końca z lektury książki Bauera nie dowiemy, poznamy zaledwie jej maleńki wycinek. Reporter niemieckiej gazety wraz ze słowackim przyjacielem zapuszczają brody i udają się do Egiptu, by tam, zmieniwszy tożsamość, towarzyszyć uciekinierom z Syrii w ich koszmarnie niebezpiecznej podróży do Europy. Skupiają się na dwóch historiach – statecznego ojca rodziny, dobrze sytuowanego przedsiębiorcy podążającego do Niemiec oraz dwóch braci, celujących w Szwecję. Dlaczego uciekają? Z Syrii – na pewno dlatego, że muszą. Z Egiptu? Czy muszą uciekać z Egiptu? Sądząc po determinacji – chyba tak, ale czy koniecznie do Niemiec i Szwecji? Cóż, bracia Alaa i Hussan pragną dołączyć do trzeciego brata, Rafika, który do kraju na północy dotarł jako pierwszy. A przedsiębiorca Amar i Niemcy? Człowiek samodzielny i obrotny, chce trafić tam, gdzie będzie mógł znowu w spokoju prowadzić biznes i opiekować się rodziną. Szlachetne, po ludzku ze wszech miar zrozumiałe, tylko…

„Dziewięciomilionowa Szwecja stęka pod naporem uchodźców”. Na przemytniczych statkach, poza Syryjczykami, są także przedstawiciele wielu innych nacji. Niektórzy uciekają przed wojną, albo zbrodniczym reżimem we własnym domu. Inni chcą po prostu lepiej żyć. W drodze ku Europie pozbywają się dokumentów. Nikt z nich nie zamierza rejestrować się w Grecji. Wszyscy jadą dalej. Najlepiej do Niemiec, bądź któregoś z krajów skandynawskich. W porządku. Tak długo, jak długo owe kraje gotowe będą przyjmować kolejne fale ludzi marzących o spokojnym, dostatnim i leniwym życiu naszego kontynentu. Tylko ile jeszcze wytrzymają? We wczorajszych wyborach do Bundestagu dostała się otwarcie antyimigrancka partia AfD. Fala populizmu przetacza się przez Europę, Amerykę, świat. Rosną wzajemne animozje.

W 2014 roku, gdy Wolfgang Bauer pisał i publikował swoją książkę, była ona głosem sumienia. Wołała: „Otwórzcie granice!”. Kanclerz Merkel granice swego kraju otworzyła. Teraz sama przyznaje, że za szeroko. Co będzie dalej? Nie wiadomo…

Reklamy
Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Oto jestem [recenzja]

 Zanim zrecenzuję najnowszą powieść Jonathana Safrana Foera, muszę się do czegoś przyznać – nie przeczytałam dwóch poprzednich, w ogóle nie miałam pojęcia, że filmy „Wszystko jest iluminacją” oraz „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” miały książkowe pierwowzory! Widziałam obie ekranizacje powieści Foera i obiema się zachwyciłam. Nie zdawałam sobie jednak zupełnie sprawy, że za świetnymi scenariuszami stoi świetna proza. @Szymon – dziękuję za uświadomienie mi ogromu mojej literackiej ignorancji. Wstydzę się, kajam i dodaję autora „Oto jestem” do listy ulubionych.

Po tym przydługim, acz celowym wstępie (nie przegapcie wspomnianych powyżej filmów, a najlepiej – sięgnijcie po książki!), przechodzę powoli do sedna. Rzadko tu ostatnio zaglądam. Bynajmniej nie dlatego, że przestałam czytać. Po prostu… chyba szkoda mi czasu na pisanie o książkach słabych, albo co najwyżej średnich, choćby i takich, których okładki oznajmiają: światowy bestseller, nagroda czytelników, grand prix imienia tego-i-owego. Nie. Po prostu nie. Zbyt wiele rozczarowań, by poświęciwszy ich lekturze kilka nieskończenie dłużących się godzin, zaszczycić je dodatkowo oceną wykraczającą poza dwa-trzy znania. Podziwiam zresztą recenzentów, którzy są w stanie powiedzieć o niektórych pozycjach beletrystycznych coś więcej. Co myślę o większości książek? Nic nie myślę. Przeczytałam, odłożyłam na półkę, zapomniałam. Z „Oto jestem” rzecz ma się zgoła odmiennie.

Rzecz dzieje się w światku amerykańskich Żydów ze Wschodniego Wybrzeża. Jacob i Julia są małżeństwem z szesnastoletnim stażem. Wraz z trzema synami – Samem, Maxem i Benjy’m oraz stareńkim psem Argusem tworzą z pozoru zgodną, szczęśliwą rodzinę z przyległościami – dziadkiem i babcią, ocalałym w Holocaustu pradziadkiem, kuzynami z Izraela. Na niemal ośmiuset stronach powieści Foera obserwujemy, jak ten uporządkowany, poruszający się po ustalonych torach prywatny świat się powoli rozpada. Jak ludzie, których zna się od dawna, wydawałoby się – jak własną kieszeń – żona, dzieci, kuzyn – okazują się być inni, nie lepsi, nie gorsi, ale właśnie – inni, niżby człowiek oczekiwał. Jak bardzo można się nawzajem nie rozumieć, mieszkając w jednym domu, ba, śpiąc w jednym łóżku! Jest to więc powieść o rozpadzie małżeństwa, o śmierci romantycznej miłości i przemianie jej w przyjaźń. Jest o nudzie codziennego życia, o wychowywaniu dzieci, o trudach dorastania, o rozczarowaniu dorosłością i wreszcie o tym, jak pogodzić się z całym światem i z sobą samym, rozumianym jako lista zalet i wad. Jest o żywych, bardzo prawdziwych ludziach. Ja odbieram „Oto jestem” w jej psychologicznej warstwie jako literacki apel. Foer krzyczy do nas:

ROZMAWIAJCIE ZE SOBĄ DO JASNEJ CHOLERY!!!

Bo większość nieporozumień, większość historii, które zaczynają się dobrze, a kończą źle, usycha z powodu milczenia. Chcielibyśmy powiedzieć: „Przytul mnie, potrzebuję cię właśnie teraz”, a mówimy: „To ja może wyjdę z psem”… Któż z nas tego nie zna?

Już tylko za tę mistrzowsko poprowadzoną „prywatną” opowieść Jacoba i Julii doceniam najnowszą powieść Jonathana Safrana Foera. Jednak zawiera ona w sobie także opowieść drugą. Do cna żydowską. Mniej uniwersalną, bo przeznaczoną chyba przede wszystkim do współbraci w doświadczeniu bycia Żydem, zarówno w diasporze, jak i Izraelu. Mały naród, zaledwie błąd statystyczny w chińskim spisie powszechnym, serdecznie przez wszystkich nienawidzony (to słowa ojca Jacoba, Irva), którego członkowie muszą się wciąż zmagać ze swoim dziedzictwem, religią, dziwacznymi często obyczajami i filozofią, każącą trwać uparcie, pracowicie, ale możliwie dyskretnie (to diaspora), albo właśnie głośno, brutalnie i na złość sąsiadom (to Izrael). Jak sobie z tym radzą Żydzi XXI wieku?

Cóż, różnie. Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. Ale i jeden i drugi powie co ma do powiedzenia z tym specyficznym, smutnym humorem. Charakterystycznym i nie do podrobienia.

Świetna książka!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Opowieść podręcznej [recenzja]

Wprost trudno uwierzyć, że od daty premiery tej książki minęło już ponad 30 lat. „Opowieść podręcznej” niestety nic a nic się nie zdezaktualizowała. Sądzę, że nie zdezaktualizuje się jeszcze bardzo długo, możliwe, że historia dystopicznego Gileadu pozostanie na zawsze żywa, ponieważ sadyzm, skłonność do fanatyzmu i chora chęć dominowania nad innymi towarzyszyć nam będą prawdopodobnie do samego końca. Tak długo, dokąd istnieć będzie ludzkość. Są one bowiem częścią naszej natury. Tą mroczną, złą i teoretycznie zwalczaną przez światłe religie, cywilizacje i filozofie, a jednak zbyt głęboko osadzoną, by można ją było z człowieka wyrugować. Zresztą, czym bylibyśmy bez tkwiącego w nas zła? Aniołami? Niedorzeczne! Dlatego właśnie „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood będzie zawsze „dorzeczna” – jak mąż znęcający się nad żoną, jak mobbingujący przełożony, jak dziecko podpalające kota, jak terrorysta. Religijny, polityczny, czy jakikolwiek inny… Jak każda patologia dążąca do władzy nad drugim.

O fabule książki nie napiszę wiele, bo jest to rzecz głośna, także dzięki bazującemu na niej serialowi, emitowanemu przez Showmax. Wystarczy chyba tyle, że tytułowa „podręczna” to młoda kobieta, siłą rozdzielona z mężem i córką, płodna, a więc cenna w zdegenerowanym ekologicznie świecie. Jako potencjalna matka, trafia w tryby reżimu rządzącego w dawnych Stanach Zjednoczonych, w czasach podręcznej zwanych Republiką Gileadu. Przyodziana w czerwoną suknię, zostaje oddana jednemu z dostojników nowego religijno-wojskowego reżimu po to, by urodzić dziecko w imieniu bezpłodnej żony Komendanta. Urodzić zdrowe dziecko – oto będzie odtąd jedyny cel życia bezimiennej podręcznej, która opowie nam swą historię własnymi słowami.

Pisze się o tej książce, że feministyczna. Mówi, że antyreligijna, albo nawet antychrześcijańska. Wyśmiewa, że nierealna. Wiecie co? G…o prawda!

Ofiarami wszechwładnego totaliryzmu w wydaniu Gileadu nie padają tylko kobiety. Oczywiście, to one, jako „naczynia”, brzuchy mogące potencjalnie donosić ciążę i przywrócić ludzkości nadzieję na przetrwanie ekologicznej katastrofy, są poddane najściślejszym rygorom. Wiadomo – kobieta wyzwolona to największe zagrożenie dla patriarchatu. No i w dodatku nie chce się na zawołanie rozmnażać. Oburzające dla fanatyka wszelkiej religii. Tyle że u Atwood zniewoleni są wszyscy – i kobiety i mężczyźni, bez wyjątku. Ci, którzy się buntują – giną, tych, którzy gotowi są współpracować, wmontowuje się w kierat powinności, surowych zakazów, nie podlegających dyskusji nakazów. Jak to w totalitaryźmie. Każdym, bez wyjątku. Bo totalitaryzm jest zawsze właśnie taki – chce kontrolować każdą dziedzinę ludzkiego życia. Gilead przede wszystkim seksualność, co jest logiczne, bo kto ma władzę nad seksem, ten ma władzę nad człowiekiem. Poczytajcie sobie święte księgi i posłuchajcie, na czym przede wszytkim skupiają się ich fanatyczni propagatorzy! „Opowieść podręcznej” nie jest jednak wbrew pozorom antyreligijna. Tu ofiarami czystek padają i protestanccy pastorzy i żydzi i duchowni katoliccy. Wszyscy, którzy nie zgadzają się z jedyną słuszną wizją. Ale o tym sobie poczytacie w książce, ja chciałabym skupić się na koniec tej zdecydowanie zbyt krótkiej recenzji na wartościach literackich powieści i skojarzeniu, jakie dla mnie ze sobą niesie książka Margaret Atwood.

Niezwykle cenię sobie literaturę, która spełnia trzy wymogi – świetny pomysł, wartką, trzymającą w napięciu akcję i rewelacyjny język. Jeśli do tego jeszcze od czasu do czasu z kart książki bije odrobina humoru… Coś wspaniałego. Tak jest właśnie z „Opowieścią…”. To się po prostu czyta! W jeden dzień, jeden wieczór, z niepokojem, wypiekami na twarzy i tym dreszczem rozkoszy, który towarzyszy obcowaniu ze świetną literaturą! Atwood pisze nie tylko prozę, jest także poetką, co nie pozostaje bez wpływu na język powieści, jej nastrój, siłę odczuć, jakie budzi w czytelniku. Przeczytajcie koniecznie – jeśli nie dla historii pewnej dystopii, to choćby po to, by móc rozkoszować się każdym, precyzyjnie umiejscowionym w tej książce słowem.

Na sam koniec – skojarzenie. Mnie „Opowieść podręcznej” niepokojąco przypomina „Uległość” Houellebecq’a. Dlaczego? Otóż totalitarna Republika Gileadu nie nastąpiła z dnia na dzień. Narastała, zagarniając dla siebie kolejne obszary życia Amerykanów. Oczywiście, w pewnym momencie przejęła władzę ostatecznie i bezlitośnie, ale… Sygnały były już wcześniej, tylko najpierw – a to nas nie dotyczy, a to nic takiego, a z tym to można żyć, a ta zmiana to jak się nad tym zastanowić, nawet nie jest taka najgorsza. Po co protestować? „Wy młodzi nie doceniacie wolności, którą macie” – mówi matka podręcznej w momecie, w którym jeszcze jest czas na to, by się sprzeciwić. Tylko po co mamy się buntować, skoro nam się nie chce? W USA nam się nie chce. We Francji nam się nie chce…

Totalitaryzmy nie wybuchają nagle. One się moszczą. Rozrastają się. Przejmują kroczek po kroczku. Oplątują nas siecią, której nie chcemy dostrzec. A gdy wreszcie orientujemy się, żeśmy spętani… No cóż, wtedy jest już za późno.

Niech będzie błogosławiony owoc!

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wzgórze psów [recenzja]

„Literatura syfu” przeczytałam  w jednej z opinii o najnowszej książce Jakuba Żulczyka. Zgadzam się. „Wzgórze psów” skończyłam czytać kilka dni temu, ale dopiero teraz biorę się za recenzję. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałam użyć w niej zbyt wielu niecenzuralnych wyrazów… Najświeższe dzieło Żulczyka, mimo że objętościowo imponujące (900 stron), pochłonęłam w jeden weekend. Przez kolejne dwa dni klęłam jak szewc, chodziłam ze spuszczoną głową i życzyłam światu, żeby sczezł, mimo że słonko pięknie świeciło, wiosna uroczo kwitła, a wszyscy wokół mile się uśmiechali. Znaczy – autorowi udało się dla mnie ożywić fikcyjny Zybork. Miasteczko beznadziei. Siedlisko wszelskiego zła.

Rzecz jest więc zdecydowanie dobrze napisana. Utrzymana w konwencji, mroczna, brudna i ociekająca wszelką ochydą, którą od czasu do czasu, przyznam – lubię sobie zaaplikować. Chyba każdemu z nas dostarcza nieco perwersyjnej satysfakcji nurzanie się w nieszczęściu bliźnich bez konieczności osobistego wdeptywania w gówno, prawda? Co z tego, że w powieściach są to bliźni nieistniejący? Tego typu małe, lokalne piekiełka zapadłych miasteczek, jakie funduje czytelnikowi Żulczyk, naprawdę są wszędzie wokół. Taka Polska już nawet nie B, a raczej C, dusząca się we własnym sosie. Gnijącym sosie smutku, apatii, występku i tajemnicy sprzed lat, która na zawsze naznaczyła los głównego bohatera. Kto wątpi, powinien obejrzeć któryś z programów Krystyny Jaworowicz.

Mogłabym pewnie „Wzgórzu psów” sporo wytknąć, na czele z moim żelaznym zarzutem o niepotrzebne rozdęcie fabuły do monstrualnych rozmiarów. Mogłabym napisać o przerysowaniu, przesadzie, nie dość wiarygodnych psychologicznie postaciach kobiet, sięganiu po zgrane do bólu motywy winy i kary, braku nadziei, bohatera, który nie jest w stanie wznieść się ponad siebie i stać się mężczyzną… Ten ostatni wątek mnie specjalnie drażni, bo nie znoszę zwykle powieści o narcystycznych Piotrusiach Panach, ale… Skoro po odłożeniu lektury przez kolejne 48 godzin nie potrafiłam wrócić do normalności, skoro wciąż o niej myślę, skoro prześladuje mnie rozwiązanie zagadki zyborskiego Punishera… Skoro tak, to chyba muszę wybaczyć Mikołajowi Głowackiemu jego zdegenerowaną dzieciuchowatość, tym bardziej, że naprawdę istotne przeciwności stanęły mu na drodze ku pełnej dorosłości.

Zdecydowanie polecam, ale raczej nie ku pokrzepieniu serc 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Rubinowe oczy Kremla [recenzja]

Zachwycając się doprawdy niesamowitą serią „Metro” Dmitrija Glukhovsky’ego, nie miałam pojęcia, jak głęboko autor Universum Metro sięgnął do sezamu moskiewskich legend miejskich! Jak obficie z niego czerpał. Lecz oto czytam „Rubinowe oczy Kremla” Macieja Jastrzębskiego i wszystko do mnie wraca. Tajne moskiewskie podziemia. Kryjące się w nich niebezpieczeństwa. Zmutowane zwierzęta. Oszalali z grozy ludzie. Dusze potępione. Metro-2. Upiornie czerwony kolor kremlowskich gwiazd, czujnie obserwujących stolicę carów, pierwszych sekretarzy, prezydentów. Kto wie, co naprawdę kryje się w podziemiach Kremla?

W swej kolejnej fabularyzowanej opowieści o krainach leżących na wschód od naszych granic, Maciej Jastrzębski skupia się na prawdziwych i całkiem zmyślonych, a także mniej lub bardziej prawdopodobnych historiach tajemnych z Moskwą w roli głównej, albo przynajmniej w tle. Zagląda pod jej powierzchnię – czasem dosłownie, zstępując do podziemi, innym razem traktując rzecz metaforycznie i przyglądając się np. życiu półświadka lub pięknych rosyjskich dziewczyn-utrzymanek. Zabiera czytelnika na literacką wyprawę do źródeł lęków, które każą Rosjanom rokrocznie wydawać miliardy dolarów na usługi wróżek, magów i wszelkiem maści szamanów, dzięki którym uda się pokonać niepewność, a kto wie? Może i śmierć? Podobno receptura leku na tę ostatnią przypadłość kryje się pośród ksiąg słynnej, do dziś nie odnalezionej bizantyjskiej biblioteki, którą przywiozła ze sobą do Moskwy Zofia Paleolog, ostatnia z rodu władców Cesarstwa Wschodniorzymskiego…

Fanów prozy Jastrzębskiego czeka niespodzianka. Co prawda „Rubinowe oczy…” czytać można jako dzieło całkowicie samodzielne, ale można również potraktować książkę jak kontynuację „Matrioszki Rosji i Jastrzębia”, wyjaśniającą i dopowiadającą pewną historię z tamtego tomu. Jaką? Nie zdradzę, by nie psuć niespodzianki!

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Finis Silesiae [recenzja]

Recenzencka cisza ostatnio na moim blogu zapanowała, bo i co tu recenzować? Zeszyty historyczne? Monografie pewnego śląskiego miasta? Ciekawe są, zwykle dobrze napisane, rzetelnie udokumentowane, ale – wybaczcie – takich książek nie czyta się dla czystej przyjemności zanurzenia się w lekturze, a raczej w celach badawczych. Na przykład przygotowując się do pisania własnej książki, co i ja czynię… Lecz nie samą pracą żyje człowiek. Nawet pisarzowi chwila odprężenia się należy. W ramach owej chwili sięgnęłam więc po „Finis Silesiae”, czyli mojego pierwszego Henryka Wańka – bo to i temat mi bliski i nazwisko nieobce…

Sięgnęłam, zaczęłam czytać i… nie mogę, po prostu nie potrafię pozbierać się w całość z wielkiego smutku!

Henryk Waniek jest nie tylko pisarzem, lecz (nie wiem, może przede wszystkim?) także malarzem, co bardzo, bardzo mocno przebija się z kart opowieści o Śląsku, jaki przestał istnieć w roku 1945. Plastyczne opisy krajobrazów, klimatów, dróg i miasteczek są niezwykle wyraziste, sugestywne. Sielanka prowincji nakreślonej krótkimi pociągnięciami literackiego pędzla, podążającego w ślad za okiem fotograficznego aparatu. Narastająca groza wielkiej Historii, która prześladuje bohatera, bardzo długo, niemal do samego końca usiłującego ignorować flagi, mundury, nadęty, przesycony nienawiścią język…

Historii nie można do końca zignorować. Bo choć podobno jeszcze do niedawna na Syberii mieszkali ludzie przekonani o tym, że nadal rządzi nimi car batiuszka, to jednak nacisk w tej przypowieści kłaść należy na słówko: „podobno”. Trzydziestoletni Paul Scholz, mieszkaniec moich ukochanych Gliwic, zwanych za jego czasów Gleiwitz, jest wyrosłym w pospolitym robociarskim domu artystą absolutnym. Żyje fotografowaniem i miłością do pięknej Brigitte, którą chętnie, lecz raczej bez obietnic i zobowiązań zabiera na swe krajoznawcze wyprawy w Góry Sowie, Izerskie, w Sudety. Ustawia dziewczynę na tle rajskich-śląskich landszaftów i pstryka zdjęcie za zdjęciem. Nie dojada, nie ma ubrania na zmianę, zarabia psie pieniądze, ignoruje politykę i unosi się nad ulicami, lasami, pagórkami i łąkami sielskiej krainy z jakimś nieopisanym, bliżej nieokreślonym smutkiem. Przeczuciem końca?

My wiemy, jaki będzie to koniec. My, czytelnicy wiemy bardzo dobrze, jaka przyszłość czeka Śląsk. Co spotka jego mieszkańców. Nielicznych, co nie dali się ponieść hitlerowskiej ideologii, dotknie dokładnie to samo, co oszalałych za jej przyczyną. Oni zginą, a jeśli nawet przeżyją, to zostaną trwale okaleczeni, bo utracą swój świat. My, ich następcy na tych ziemiach też go w ich imieniu nie odzyskamy, choćbyśmy nawet starali się ze wszystkich sił. A przecież nie staraliśmy się, obawiając przez lata, że „wróci Niemiec i odbierze swoje”. Gospodarstwo. Kamieniczkę. Górskie schronisko.

Minęły dziesieciolecia. Świat się zmienił. Niemiec nie przyszedł. Nie wrócił też ani Paul Scholz, ani jego ukochana Brigitte. Nie wrócili, bo wrócić nie mogli. Przecież nie żyją! Ale my żyjemy, mamy czas, mamy zapał i nawet jakieś tam pieniądze. Możemy podźwignąć zaniedbywane do niedawna Ziemie Odzyskane i znów uczynić je piękną ziemią, godną sławienia pociągnięciami pędzla. Ruchem migawki aparatu. Słowami.

Henryk Waniek wygrzebuje z pamięci Śląsk, jakiego już nie ma. Utrwala go na kartach książki. Pokazuje go nam, niepotomnym. I nade wszystko – ostrzega. Nam, żyjącym, stara się przekazać przesłanie ich, umarłych. Nie lekceważcie koła Historii. nie ignorujcie go, ani tym bardziej, nie usiłujcie go przyspieszyć. Raczej wstrzymujcie, wstrzymujcie ze wszystkich sił, a jeśli to w waszej mocy – zawracajcie je! Inaczej zginiecie wy i zginie wasz świat.

Czego ani sobie, ani Tobie, ani nikomu innemu nie życzę…

Opublikowano Filozoficznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Obserwując Edie [recenzja]

Kolejna trudna książka. Ciężka, depresjogenna w odbiorze, bo w czytaniu… bardzo dobrze skonstruowana, napisana świetnym, prostym i dobitnym językiem. Do przyswojenia w jeden wieczór, do przemyślenia na kolejne kilka. Mocna, naprawdę mocna powieść.

Rzecz wydaje się z pozoru dosyć prosta: „Obserwując Edie” osnuta jest wokół historii dwóch przyjaciółek z czasów szkolnych. Jedna jest piękna i utalentowana, druga pospolita i raczej dziwna. Ich relacja powiela schemat zależności księżniczki i wielbiącej ją służącej. Obie są wyalienowane, obie z rodzin z problemem, co je do siebie bardzo zbliża, ale oto pojawia się bardzo przystojny, bardzo niegrzeczny chłopak. Coś się między tą trójką wydarza, przyjaciółki tracą się z oczu i spotykają ponownie po kilkunastu latach.

Intryga nakreślona przez Camillę Way biegnie dwoma równoległymi torami czasowymi – „przedtem” pokazane jest z perspektywy brzydkiej, nastoletniej Heather, „potem” z punktu widzenia dorosłej, pięknej Edie. „Przedtem” prowadzi nas do wyjaśnienia zagadki tego, co wydarzyło się w kamieniołomie w pobliżu pewnego smętnego, brytyjskiego miasteczka, „potem”… więcej o treści nie napiszę, bo zdradziłabym finał, a ten jest naprawdę zaskakujący!

Dla mnie osobiście „Obserwując Edie” nie jest jedynie udatnie skonstruowanym thillerem, ale także bardzo wiarygodną psychologicznie powieścią o nastolatkach dorastających w dołującej rzeczywistości wyspiarskiej prowincji, gdzie zanikła klasycznie rozumiana, wspierająca rodzina, szkoła i otoczenie nie oferują niczego pozytywnego, a powszechnie dominującym odczuciem jest nuda, każąca dzieciakom wspomagać się używkami i podbijać bębenek podniecenia zachowaniami, od których cierpnie skóra… Czyja to wina? Kogo należałoby ukarać? Kara i wina. Odpowiedzialność i jej brak. Zło i dobro. Obserwując Edie, będziecie się nad nimi zastanawiać…

PS

Nie napiszę dlaczego, ale powieść Camilli Way przywodzi mi na myśl ulubioną Agathę Christie – „Noc i ciemność” 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz