Sapiens. Od zwierząt do bogów [recenzja]

 O mamusiu, dobrze że jestem taka porządna, bo jakbym była porządna mniej, to bym tę książkę ordynarnie z miejskiej biblioteki publicznej ukradła i sobie ją miała i ciągle od nowa bym ją czytała! Tak duże na mnie zrobiła wrażenie, tak wiele kazała przemyśleć, takiemu ogromowi zagadnień przyjrzeć się raz jeszcze… Lektura obowiązkowa dla każdego przedstawiciela gatunku homo sapiens. Każdego, kto nie boi się prawdy o ludzkości, źródłach jej ewolucyjnego sukcesu oraz prawdopodobnym kresie.

Yuval Noah Harari, autor monumentalnej popularnonaukowej opowieści pt. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” wykłada historię na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. W swojej książce, w której przygląda się biologicznej prehistorii oraz kulturowej historii człowieka rozumnego (czyli nas), próbuje odpowiedzieć na pytanie: co sprawiło, że spośród kilku (kilkunastu? kilkudziesięciu?) równolegle funkcjonujących na Ziemi ludzkich gatunków, to właśnie homo sapiens przetrwał? Jaki szczęśliwy dla nas traf ślepej ewolucji sprawił, że to my „rządzimy światem”? Co stało się z neandertalczykiem, hobbitem z wyspy Flores, denisowianinem? Czy na pewno zniknęli? A człowiek rozumny – dlaczego przez tysiąclecia pędził życie nagiej, dwunożnej małpy z jaskini, by nagle około 10 tysięcy lat temu wymyślić cywilizację? Jak to się stało i co ma z tym wspólnego wiara w abstrakcje – prawa, bogów, pieniądze? Kto i dlaczego rozpoczął rewolucję agrarną i co ona przyniosła nam, a co innym zwierzętom? Jakie procesy zaszły około roku 1500? Dlaczego synonimem nowoczesności i przyszłości stała się kultura zachodnich Europejczyków i czy faktycznie należy ona jeszcze do ludzi Zachodu? Dokąd dążymy? Jak mogą wyglądać najbliższe lata? A stulecia? Czy osiągniemy nieśmiertelność, a jeśli tak, czy uczyni nas ona wreszcie szczęśliwymi?

Harari porusza mnóstwo, całe morze zagadnień związanych z pojęciem „człowiek”. Biologiczny, historyczny, kulturowy, ekonomiczny, psychologiczny, socjologiczny. Niesamowita jest ta kompleksowość spojrzenia, imponujące wyczerpanie tematu (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to temat niewyczerpywalny!). Autor sięga po wiedzę ze wszystkich dziedzin i kompresuje ją w jednej, świetnie napisanej książce. Oczywiście, że miejscami nieco nadużywa interpretacji, unika za to na szczęście ideologizowania – twierdzenie, z którym się spotkałam w jednej z recenzji, jakoby Harari był piewcą komunizmu, świadczy jedynie o tym, że czytający nie do końca zrozumiał lekturę. Osobiście odebrałam negatywnie jedną sprawę – otóż w „Sapiens. Od zwierząt do bogów” poruszone zostało co prawda zagadnienie kulturowej nierówności płci, jednak autor zdaje się nie sięgnął wystarczająco głęboko do naukowych źródeł, ponieważ nie pokusił się o próbę definitywnego wytłumaczenia takiego stanu rzeczy. Z drugiej strony, może to i dobrze, bo temat mocno pachnie „ideolo”.

 

Reklamy
Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Kazuo Ishiguro, czyli dwa razy Nobel 2017

 Autor, który został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla, zawsze wzbudzi moje zainteresowanie. Niekoniecznie na czas dłuższy, jednak jako czytelnik uważam, że wręcz wypada takiego pisarza uczcić także prywatnie – zaszywając się w jakimś zaciszu przynajmniej z jedną jego książką… Czasem na niej się skończy, czasem od niej się  zacznie.

U mnie na pierwszy ogień poszły „Malarz świata ułudy” oraz „Okruchy dnia„. Omawiam te tytuły razem, ponieważ odebrałam je jako niezwykle do siebie podobne. Niby inne miejsca – Japonia/Anglia, niby odmienni bohaterowie – artysta/kamerdyner, niby różne wiodące tematy – odpowiedzialność twórcy za zbrodnie reżimu/godność zawodu, a jednak…

Nim przejdę do podobieństw, najpierw kilka słów o każdej z powieści:

Malarz świata ułudy – rzecz dzieje się w powojennej Japonii. Bohaterem i zarazem narratorem jest tu emerytowany artysta, malarz i Sensey, nauczyciel młodego pokolenia twórców. W latach trzydziestych modny i wpływowy, pupilek dążącego do wojny reżimu, teraz zapomniany, owdowiały, usiłuje wydać za mąż młodszą córkę, żyć i odnaleźć się w nowym porządku. We wspomnieniach wraca do szczęśliwych lat, zastanawiając się równocześnie, czy przed laty dokonał właściwych wyborów, czy słusznie popierał politykę, która, co z perspektywy czasu widać jak na dłoni, doprowadziła ukochany kraj do upadku. Wstrząsające studium psychologiczne człowieka, który chyba nie do końca rozumie, jak mocno przyczynił się do krzywdy innych ludzi.

Okruchy dnia – tytuł nieprzypadkowo kojarzy się z doskonałym filmem z roku 1993, w którym mistrzowsko zagrali Emma Thomson i Anthony Hopkins. Nie byłoby filmu, gdyby nie nagrodzona Bookerem książka Ishigury. Pisana jest ona z perspektywy Jamesa Stevensa, czyli kamerdynera idealnego. Stevens chlubi się tym, że pracuje w Darlington Hall. Wcześniej, przed wojną i w jej trakcie u lorda Darlingtona, teraz, w roku 1958 u pewnego Amerykanina, który odkupił posiadłość od starej brytyjskiej arystokracji. Po latach wiernej służby kamerdyner wybiera się na krótki urlop. Pożycza samochód swego pracodawcy i rusza do Korwalii, gdzie ma nadzieję spotkać się z kobietą, z którą kiedyś był blisko na gruncie zawodowym… Jedzie do niej, wspomina przeszłość i snuje rozważania nad tym, czym jest ludzka godność, ze szczególnym uwzględnieniem godności kamerdynera.

Co łączy te z pozoru całkowicie odmienne książki? Osoby głównych bohaterów. Starzejący się mężczyźni, którzy oddali życie pewnej idei, mrzonce. Nieszczęśliwie splotła się ona z destrukcją drugiej wojny światowej. Wojna niszczy, ale także oczyszcza – bezlitośnie obnaża prawdę o pustce i beznadziei. O straconych szansach. O tym, że nie można uciec od odpowiedzialności. O tym, jak łatwo jest skrzywdzić drugiego człowieka.

Dwie powieści Ishigury są do siebie podobne także jeśli chodzi o sposób prowadzenia opowieści – niespieszny, elegancki, praktycznie pozbawiony dialogów i akcji, ponieważ to co najważniejsze, dzieje się we wspomnieniach. Muszę przyznać, że bardzo mi to odpowiada. Z niecierpliwością czekam, aż w moje ręce wpadną kolejne książki tego autora.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Wyszedłem po chleb [wiersz Jacka Molędy]

 

 

 

 

 

Jacek Molęda

Wyszedłem po chleb

 

kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i jak zwykle wyszedłem po chleb –

zawsze starałem się jej dogadzać a

dla niej i tak najważniejszy zawsze był ojciec

choć to ja cały czas byłem w domu…

mnie potrzebowała tylko po to by

chleb był na stole kiedy ojciec wróci – 

czasami byłem naprawdę głodny ale

wiedziałem że był dla niego i

bałem się ruszyć

 

on najczęściej albo siedział albo już nie żył

a kiedy wreszcie stawał w drzwiach albo go na nich wnieśli

rozprawiał matce o intrygach sąsiadów

i długu wobec dziadków

i o krwi którą musi go spłacić…

matka uspokajała go wtedy

snując opowieści o wnukach

i ich szczęśliwym zyciu – kiedy już będą…

-o mnie nie rozmawiali wcale

 

ona czekała wyłącznie na ojca

gotowała bandaże a potem zwijała jak szalik

którego nigdy nie miałem

a kiedy przeziębiłem się i dostałem gorączki

poszła do apteki ale przyniosła tylko jodynę

by ojcu szybciej goiły się rany

i znów mógł nas zostawić…

zawsze wychodząc spoglądał wstecz

matka z kolei przed siebie

-nawet przez łzy nie zauważała że

stałem obok

 

Dom z wolna zapełniały pamiątki po ojcu

w szafach podziurawione mundury wszystkich armii

na ścianach zdjęcia jego nagrobków i bitew

i dziwny zegar który odmierzał godziny wspak…

matka uczyła mnie jak usuwać z nich kurz –

a gdy mówiłem że muszę do szkoły

odpowiadała że to ważniejsze i że

lada dzień ojciec wróci

 

więc kiedy zachorowała mi matka

spakowałem się

i wyszedłem jak zwykle po chleb

złapałem pociąg potem tramwaj salomot i metro…

-był tylko tostowy

ale zdecydowałem się kupić i jej wysłać

wierzyłem że może wtedy

zauważy że

mnie nie ma

że zauważy że 

mnie ma

 

i kiedy każe mi kupić jeszcze raz – 

-bo ojciec jada wyłącznie razowy – 

zrozumie że jest też matką – 

a nie tylko żoną ojca – 

czyli ojczyzną

Wiersz opublikowany na blogu za zgodą Autora.

Jacek Molęda

Urodził się w 1964 roku w Raciborzu. Z wykształcenia anglista, doktor nauk humanistycznych, obronił rozprawę doktorską na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Ostrawskiego. Wykładowca Instytutu Neofilologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu i nauczyciel I Liceum Ogólnokształcącego w Raciborzu.

Członek Związku Literatów Polskich.

Debiutował w 1984 r. na łamach “Tak i Nie”. Poeta, pisze też felietony, przekłada współczesną poezję czeską.

Jego wiersze ukazały się w polskich i czeskich antologiach, almanachach i czasopismach literackich, m.in. po polsku i w przekładzie Václava Buriana na język czeski, w polsko-czeskiej antologii „Od słowa ke slovu” (2003) oraz w znanym czeskim czasopiśmie literackim Psí víno (w przekładzie Libora Martinka).

Przełożył następujące zbiory wierszy: „Radobyl” Jiřígo Daehnego (Krnov, 2010), „Krajobraz w samotności słowa” Miroslava Černego (Opava, 2012) i „Jesteś moim signifié” Libora Martinka (Krnov, 2012).

Autor pięciu tomów wierszy:

„Świadectwo tożsamości” (1995),

„Małe światy” (1999),

„odtąd – dotąd” (2001),

„Horyzont zdarzeń – Obzor událostí” (Krnov 2010)

„Wyszedłem po chleb – Šel jsem pro chleba” (Krnov 2013),

(dwa ostatnie w przekładzie prof. Libora Martinka na język czeski).

 

 

 

 

Opublikowano Literacko | Dodaj komentarz

Białystok. Biała siła, czarna pamięć [recenzja]

„Białystok. Biała siła, czarna pamięć” Marcina Kąckiego to książka szokująca. Szokująca opowieść o mieście, które nic nie widzi, niczego nie słyszy, milczy ze strachu i za nic nie chce pamiętać.

Przed II wojną Białystok był żydowskim miastem. Tak, nie bójmy się tego słowa: ŻYDOWSKIM. Żydzi stanowili 75% jego mieszkańców. Wielu ich żyło także w innych miastach, miasteczkach i wioskach Podlasia. Takich, jak Jedwabne…

Wojna zabrała podlaskich Żydów. Zabrała Żydów białostockich. Opuszczone przez nich domy zajęli migranci – ze wsi do miasta. Przemieścili się niewiele, bo zaledwie w ramach regionu. Dziś dużą część mieszkańców podlaskiej stolicy stanowią potomkowie ludzi z niegdysiejszych podbiałostockich wsi.

Białystok zbiorowo udaje, że wszystko, co się w nim na styku kultur wydarzyło, nie jest prawdą. Z pozycji władzy świeckiej i kościelnej, ale także z pozycji brutalnej, fizycznej siły potępia i ruguje ze swej społecznej tkanki każdego, kto choćby nieśmiało wypowiada takie zakazane słowa, jak: Żydzi, prawosławni, tolerancja. Także geje, gender i in vitro, dla której to medycznej procedury był miastem w Polsce pionierskim. Kocha za to disco polo, układy i układziki, ludową, narodową wersję katolicyzmu, Żołnierzy Wyklętych i swoją białą siłę. Jego napakowani sterydami synowie nie widzą sprzeczności w tym, by na jednym przedramieniu wytatuować sobie znak Polski Walczącej, na drugim swastykę. Jakoś im się to godzi.

Mnie się nie godzi. Obrzydlistwo.

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że na potrzeby reportażu jego autor wyciągnął z odmętów białostockiej niepamięci wszystko, co najgorsze. Pewna jestem (zresztą ksiażka daje na to liczne przykłady), że Białystok pełen jest miłych, dobrych i prawdziwie otwartych ludzi. Szkoda, że tak słabo ich słychać w reszcie kraju. Szkoda, że reputację psują im typy, którym miłość do ojczyzny miesza się z nienawiścią do innego 😦 Tak to jest, kiedy zamiast przepracować własne traumy, usiłuje się je wygumować. To beznadziejne. Im boleśniejsza prawda, tym spektakularniej wypływa na wierzch.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Zawód: powieściopisarz [recenzja]

 Wcale mi się nie chce pisać tej recenzji. Wczoraj skończyłam pracę nad kolejną powieścią… Chwilowo nie mogę patrzeć na pustą kartkę, czy próżne pole tekstowe, krzyczące z daleka: „Jestem takie bezwstydnie białe, zapełnij mnie treścią!!!”. Oczywiście to minie. Musi minąć, skoro mam ambicje, by rubrykę „zawód” uzupełniać słowem „powieściopisarka”. Robię to nieco na wyrost, bo gdzie mnie, skromnej mrówce, choćby próbować zestawiać się z człowiekiem, który popełnił w życiu tak wiele czytanych na całym świecie książek…

Wracając (niechętnie) do tematu – uwielbiam współczesną literaturę Dalekiego Wschodu. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że podobała mi się każda z dotąd przeczytanych książek, których autor jest Japończykiem, Chińczykiem, Malezyjczykiem czy Koreańczykiem. W kręgu tamtej kultury narodziła się jedna z najważniejszych powieści mego czytelniczego życia: „Ogród Wieczornych Mgieł”. Haruki Murakami do moich osobistych ulubionych pisarzy jednak nie należy.

Dlaczego? Nie wiem. Pewnie dlatego, że jako odbiorca literatury jestem głupio przekorna, zwykle chadzam swoimi ścieżkami, najczęściej pod prąd. Skoro Murakamiego określa się mianem twórcy kultowego, to ja właśnie na złość będę omijać go szerokim łukiem! Nic a nic nie przeczytam… Złamałam się ostatniego lata dla „Norwegian Wood”. Podobało się, choć bez szaleńst – za mało Japonii, za wiele stylizowania na Europę. Narracja miała w sobie jednak coś takiego, jakiś rys bardzo osobisty, który sprawił, że zapragnęłam bliżej poznać nie tyle prozę autora, co samego Harukiego Murakamiego.

„Zawód: powieściopisarz” pozwala otworzyć magiczne drzwi, za którymi przed światem kryje się twórca. Co trzeba zrobić, by zostać pisarzem? Czy trudno jest napisać książkę? Czy autor wiedzie ciekawe życie? Czy wybór tego konkretnego zawodu naprawdę był wyborem, czy może raczej kwestią przypadku? Na te oraz na inne, często zadawane przez czytelników pytania, odpowiada Murakami w swoim – nie wiem? – poradniku? antyporadniku? – stworzonym chyba po to, by ludzie zaprzestali zadawania mu w kółko tych samych pytań. Dużo czytaj. Dużo pisz. Pisz regularnie. Bądź konsekwentny. Stale się rozwijaj. Nie załamuj się. Jeśli nie wiesz, czy nadajesz się do zawodu pisarza – nie gdybaj. Sprawdź to. Usiądź. Otwórz nowy dokument na komputerze. Zacznij go zapełniać słowami. Pisz dla siebie. Bądź skromny, ale także pewny tego, co robisz.

Boszzzzzz, pod niemal wszystkimi odpowiedziami mogę się obiema rękami podpisać!

Będę polecać tę książkę na własnych spotkaniach autorskich.

Z zastrzeżeniem, że gdzie mnie do Murakamiego.

Zabiorę się też za lekturę kolejnych jego powieści. Zrobię to z czystej sympatii do autora 🙂

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Żelazny Jan [recenzja]

 Znacie baśń o Żelaznym Janie? Uwięzionym pod wodą Dzikusie, który porywa małego Królewicza, uprowadza go ze sobą do lasu i wreszcie, po wielu perypetiach, przy aktywnym udziale innych bohaterów, czyni z chłopca Króla? Baśń jest bardzo, bardzo stara, starsza od cywilizacji egipskiej, helleńskiej, rzymskiej. Korzeniami sięga czasów, gdy ludzie czcili Matkę Ziemię i Ojca Opiekuna Zwierząt. Gdy pamiętali, że są częścią natury… Przewijają się w niej wszystkie ważne motywy, obecne jest każde stadium, przez które musi przejść chłopak, nastolatek, wreszcie młody mężczyzna, by dotrzeć do celu, jakim jest osobiste oświecenie. Umiejętność korzystania ze wszystkich atrybutów, jakie kryją się za frapującym słowem „męskość”.

Do „Żelaznego Króla” Roberta Bly’a podeszłam jak do jeża. Nieufnie. Raz, że na okładce znalazła się alarmująca informacja „światowy bestseller”. Po wielu przykrych doświadczeniach, z bestsellerami zawsze ostrożnie 😉 Dwa – temat. Męskość? Może jeszcze w kontrze do kobiecości, przeciw niej, jako manifest nienawidzącego płci przeciwnej maczysty-mizogina?! Przekonała mnie notka biograficzna autora. Poeta, czyli człowiek wrażliwy. Dałam „Żelaznemu…” szansę. Słusznie, bo to świetna rzecz. Tak dla panów, jak i dla pań.

Autor traktuje starodawną baśń jako pretekst do tego, by przeprowadzić czytelnika przez historię i kulturę męskości, rozumianej jako męską dojrzałość. Sięga do postaci archetypowych, do odwiecznej symboliki, powołuje się na Jungowską alchemię, szuka odniesień w ludzkich mitach i wierzeniach, ale także w wybitnych dziełach literackich. Obrazuje nam to, o czym jako społeczeństwo industrialne (także postindustrialne) zapomnieliśmy. Otóż po to, by chłopiec mógł wyrosnąć na mężczyznę, potrzebuje inicjacji. Nie zapewni jej sobie sam. Nie pomoże mu w tym matka. Ojciec? Wiecznie nieobecny, zabiegany, harujący po kilkanaście godzin na dobę w korporacji, sam niepewny swojej tożsamości… Nie. Przewodzenie rytuałowi męskości powierzało się komu innemu. Komu? A, to sobie doczytajcie. Warto.

AHA – męskość to nie jest brutalność. Ani jej odrzucenie. Ani czysta racjonalność. Ani nadmierna tkliwość. Nie jest nią postawa skrajnie profeministyczna, doszukująca się w testosteronie źródła wszelkiego zła. Nie jest nią także mizoginia. Męskość to pełnia, to zbiór harmonijnie uzupełniających się przeciwieńst, używanych umiejętnie, z mądrością. Coś wspaniałego. Osiągnięcia jej życzyć należy każdemu facetowi. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby zaludnili go męscy mężczyźni. Męscy w rozumieniu Roberta Bly’a, rzecz jasna.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Zniknąć [recenzja]

 Książka, którą odkryłam przypadkiem, przygotowując się do pierwszego spotkania Klubu Książki Kobiecej w moim rodzinnym mieście. Traf chciał, że spotkanie zbiega się w czasie z Czeskim Festiwalem (rokrocznie odbywa się w Gliwicach!), zatem na dobry początek na warsztat wzięłyśmy książki współczesnych autorek czeskich. Przeczytałam ich kilka, z czego zdecydowanie najmocniej przemówił dla mnie zbiór trzech nowelek Petry Soukupowej, pod wspólnym tytułem: „Zniknąć”.

Dwa słowa o autorce – Petra Soukupowá należy do młodego pokolenia czeskich pisarzy (rocznik 1982). Jest absolwentką praskiej szkoły filmowej, scenarzystką i dramaturgiem. Tworzy także docenianą przez naszych połudnowych sąsiadów prozę. Debiutowała nagrodzą powieścią pt. „Nad morze”. Za „Zniknąć” otrzymała w roku 2010 czeską nagrodę Magnesia Litera w kategorii „Książka Roku”. Moim skromnym zdaniem, całkowicie słusznie.

Trzy nowelki, trzy różne historie rodzinne. Narrator i bohater pierwszej z nich to Kuba. Młodszy syn małżeństwa nauczycielki i trenera sportowego, który sam jest niespełnionym sportowcem. Ambicje ojca ma zrealizować starszy syn, Martin. Młodszy, uzdolniony plastycznie Kuba jest mamusiny. Tak się nimi rodzice podzielili – Martin taty, Kuba mamy. Bracia za sobą nie przepadają, wszyscy tu do wszystkich mają tajone pretensje, choć, trzeba przyznać, starają się, by jakoś razem żyć. Smutne i straszne. Druga historia – znowu rodzeństwo, tym razem młodszy brat i starsza siostra. Mają jedną matkę, ale różnych ojców. Tata Pavliny mieszka w Stanach, tata Vojty podobno jest marynarzem. Pewnego dnia do trzyosobowej rodziny dołącza babcia. Robi się smutno, momentami strasznie. Wreszcie trzecia nowelka – tym razem poznajemy dwie siostry, Helenkę i Hankę. Jedna matka, dwóch ojców, ale czy na pewno? Dramat rodzinny z piękną historią miłosną w tle. Oczywiście – smutny, bardzo smutny, chwilami niezwykle mocny. Co jeszcze łączy te trzy nowelki? Tytułowe zniknięcie. W każdej z nich nadchodzi taki moment, w którym ktoś znika, na chwilę albo na zawsze.

Książkę czyta się bardzo dobrze, szybko, wprost trudno się od niej oderwać. Akcja płynie wartko, bohaterowie wydają się być żywi, autentyczni. Momentami miałam wrażenie, jakbym czytała nie nowele, a raczej reportaże obyczajowe. W dodatku niekoniecznie czeskie. Gdyby nie nazwy miejscowości, drobne szczegóły (np. królujący pośród domowych dań knedlik), rzeczy mogłyby dziać się w dowolnym miejscu na świecie. Równie dobrze w Pradze, jak i u moich osobistych sąsiadów. Wszędzie bowiem rodziny mają podobne problemy. Mama z tatą powinni się kochać – czują do siebie nienawiść, choć zwykle potrafią z tym jakoś żyć, przywykli. Wszędzie cierpią na tym dzieci. Rodzeństwom zdarza się ze sobą walczyć, zamiast się spierać. Młode dziewczyny wybierają nieodpowiednich chłopców i płacą za to wysoką cenę. Mężczyźni piją destrukcyjnie, bywają skrajnie nieodpowiedzialni, mimo najlepszych nawet intencji. Teściowe wtrącają się w życie młodym, skutki ich interwencji są opłakane. W powieści, jak w życiu. Tylko smutno. Bardzo smutno, kiedy mimo starań, nic się nie udaje, poświecenie nie zostaje wynagrodzone, na horyzoncie nie widać upragnionego szczęścia, spokoju, spełnienia.

Mocna, świetnie napisana, zawsze aktualna literatura.

 

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz