Sporty zupełnie nieekstremalne

beskidyKiedyś myślałam, że ludzie, którzy uprawiają ekstremalnie niebezpieczne sporty, to bohaterowie. Skakać ze spadochronem, albo ze śmigłowca z nartami wprost na lodowiec, wspinać się w Himalajach, walczyć z krokodylami, przezwyciężać strach, słabości własnego ciała, przeciwności losu – wow to jest dopiero coś! Bohaterowie. Tylko stać z otwartymi ustami i podziwiać takich. I zastanawiać się, co takiego ich gna do przodu i nie pozwala zachowywać się tak, jak robimy to my, zwykli śmiertelni zjadacze chleba naszego powszedniego. Niezbyt odważni, mało bohaterscy, nudni.

Dziś tacy ludzie już mnie nie kręcą. Wiem, że mechanizm, który nimi steruje, nie jest zdrowy. Robią to co robią, by za swoje trudy, przeżyte zagrożenia, uszkodzenia ciała, otrzymać nagrodę – odpowiednio wysoki strzał adrenaliny, która na chwilę ukoi ich głód, będący niczym brak narkotyku u ćpuna. Tak, tak, to pragnienie adrenaliny nakręca „ekstremalnych”, tak jak wizja działki pobudza do działania narkomana. I tak, jak narkomani, „esktremalni” wracając z jednej szalonej wyprawy, już myślą o następnej, jeszcze bardziej ekstremalnej, która wyzwoli jeszcze większą dawkę hormonu. Dzieje się tak, gdyż do adrenaliny organizm się przyzwyczaja i żąda wciąż więcej i więcej… Skrajne przypadki osób dotkniętych tą swoistą dolegliwością, jaką jest potrzeba dawkowania sobie mocnych wrażeń źle kończą. Nie dziwimy się, gdy w górach ginie znany himalaista – tyle lat igrał z niebezpieczeństwem, w końcu się doigrał. A jednak podziwimy go w duchu…

Miałam tak. Zwykłe mieszczańskie życie wydawało mi się nudne, grzeczne i niewarte zachwytów. Zawsze lubiłam wspinaczkę beskidzkimi szlakami, lecz straciły dla mnie cały urok, gdy odkryłam Tatry. Marzyłam, by znowu poczuć na twarzy zimny tatrzański wiatr, by mięśnie nóg omdlały ze zmęczenia, przed oczami zatańczyły czarne koła zwiastujące bliskie omdlenie. A może Alpy? Himalaje? Wysoko, wyżej, najwyżej. Z perspektywą tego, że tam zostanę, spadnę albo padnę – ze zmęczenia.

Szalonych marzeń nie zrealizowałam. Dorosłam i zdziadziałam. Dom, rodzina, praca, nieco szwankujący organizm, odwdzięczający się w ten sposób za grzechy, jakie na nim ćwiczyłam we wczesnej młodości. Utraciłam skrzydła, ale okazało się, że to nie koniec świata. Odkryłam bowiem z powrotem urok sportów nieekstremalnych, w tym mój ulubiony – górską wspinaczkę po zupełnie bliskich, bezpiecznych szlakach Beskidu. Z jego cudnie zielonymi lasami, szumiącymi strumykami, polankami oświetlonymi łagodnym słońcem, krzaczkami malin, jeżyn i jagód, ukrytymi przed gawiedzią na rzadko w sumie uczęszczanych szlakach… Życie bez nadmiaru adrenaliny bywa przyjemne 😉

Wasza Złoto Usta o zmęczonych wczorajszą wspinaczką nogach…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Filozoficznie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s