Społeczeństwo 2.0 – pokoncertowe refleksje dinozaura

USA: LES SIRENES DE HOLLYWOOD             MARILYN MONROE.   Raz w roku na Narodowym… 2013 – Depeche Mode, 2014 – Metallica. 2015 – raczej mnie tam nie będzie, bo nagłośnienie mają fatalne. O ile przy „Depeszach” dali radę, ale to w końcu muzyka sentymentalno-cmentarno-romantyczna, o tyle mocny rock na dwie gitary i perkusję z donośnym głosem Hetfielda na dodatek, to już niestety za dużo dla stadionu naszego ukochanego. Dobrze, że znałam utwory, przynajmniej wiedziałam, co autor miał na myśli… Ale ja nie o tym – koncert skrytykowano już tyle razy, że przerywam kopanie leżącego i przechodzę do meritum.

Z natury jestem raczej obserwatorem, niż aktywną uczestniczką wydarzeń, na koncertach można mnie więc spotkać raczej na uboczu, niż w rozentuzjazmowanym tłumie. Przyglądanie się bawiącym sprawia mi niezwykłą frajdę i okazję do całkowicie prywatnych badań socjologicznych, czynionych sobie a muzom, ewentualnie do wykorzystania w niniejszym poście. I otóż zauważyłam coś, co właściwie nie powinno mnie już dziwić ani szokować, jednak w kontekście sytuacyjnym – zaskoczyło.

Metallica to zespół mieszczący się w kategorii „za moich czasów”. Patrząc na średnią wieku osób tłoczących się przy bramkach wejściowych na koncert, faktycznie – większość fanów mocnego rocka zalicza się do kategorii późne-trzydzieści-plus. Nie jest to pokolenie, które urodziło się ze smartfonem w dłoni, pierwszym wypowiedzianym przez nas słowem nie był „Internet”, na Komunię nie dostawaliśmy laptopów… A jednak! Przyznam się Wam od razu, że osobiście posiadam „mądry telefon” z dostępem do neta i wszystkimi bajerami, aczkolwiek nie najwyższej klasy i raczej w celach rozmów, ew. esemesowania przede wszystkim. Spotkania z rówieśnikami uświadamiają mi, że i tak jestem zaawansowana – wielu towarzyszy mego szczenięctwa nie ma nawet konta na Facebooku! (wiem, szok i niedowierzanie). Tymczasem na koncercie…

Ja oglądałam i przezwyciężając problemy z nagłośnieniem, starałam się słuchać muzyki. Ktoś powie – normalka, tak się robi na koncercie. Ktoś taki chyba zakończył swoją muzyczną przygodę na etapie Jarocina. Otóż na koncercie przede wszystkim:

– piszemy esemesy do znajomych, że jesteśmy na koncercie i że „szkoda, że was tu nie ma”

– to samo piszemy na swoim facebookowym profilu

– robimy sobie selfie z rączki – najlepiej z przyjacielem (po czym oczywiście natychmiast umieszczamy zdjęcie na Facebooku, Instagramie etc.)

– nagrywamy CAŁY koncert na swoim supersmartfonie (ludzie, ile wy tam macie pamięci, jaką musicie mieć superkamerę, jaki głośnik!)

Oczywiście wszystko po to, by następnie w zaciszu własnego domu móc przeżyć to wszystko ponownie. A właściwie po raz pierwszy, bo przecież w trakcie koncertu byliśmy zajęci, prawda?

Przypominają mi się japońscy turyści zwiedzający Europę. Oni opatentowali pomysł dawno temu – mają mało czasu, przemieszczają się autokarem i bez przerwy robią zdjęcia absolutnie wszystkiemu. Własnym okiem nie widzą niczego – wszystko utrwalają patrząc w oko aparatu. Może to jest jakaś metoda na piękne wspomnienia. Tylko czego, skoro tak naprawdę niczego się nie widziało?

PS. Nie mam negatywnego stosunku do opisanych zjawisk. Po prostu nieco mnie zaskakują :). Najbardziej fakt, że mania wirtualnego życia opanowuje coraz starsze roczniki…

Wasza Oldschoolowa Złoto Usta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Filozoficznie, Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Społeczeństwo 2.0 – pokoncertowe refleksje dinozaura

  1. Notoco pisze:

    chyba to jednak nieco smutna e-rzeczywistość. Osobiście jednak także łapię się na tym, że zamiast przeżywać klimat wakacyjnych wyjazdów staram się robić zdjęcia ludziom, przyrodzie, architekturze. Fajnie jest potem oglądać po prostu dobre zdjęcia, choć przy okazji traci się przecież to co najcenniejsze czyli tę chwilę, ten moment, który choć utrwalony na kliszy (pfff matrycy) nigdy nie będzie już tym momentem w realu. Myślę, że podobne dylematy mają lepsi ode mnie fotografowie-amatorzy. Ale robienie fotek, rzucanie ich na fejsa w tak ulotnych momentach jak koncert to już kompletna porażka realnego życia, choć… przynajmniej ktoś zobaczy gdzie się było, co się robiło, choć robiło się to tylko na potrzeby selfie 🙂 Chciałoby się zatem rzecz – jak w takim razie żyć Panie Zuckerberg?! Jak żyć?

  2. grafomiania pisze:

    Podobno taki dylemat mają nawet profesjonalni fotografowie np. na wojnie – ratować ofiary, czy robić im zdjęcia…

    Ale poważnie – właśnie selfie i nagrywanie koncertu zamiast po prostu bycia tam – pewnie chodzi o dowody życia. Byłeś tam tylko wtedy, gdy Twoje słodziutkie zdjęcie trafi na fejsbunia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s