Ochotnicy…

ochotnicy W zachodniej kulturze ochotnik, wolontariusz to ktoś, kogo ceni się za odwagę. U nas bycie ochotnikiem jest szczytem głupoty. Oto szkolny przykład.

Dziecko moje osobiste we wrześniu trafiło w tryby machiny edukacji na poziomie podstawowym. Nie wiem, czy się orientujecie, ale nasze szkolnictwo przechodzi obecnie głęboką reformę. Nie mówię tu o darmowych podręcznikach, testomanii etc. Chodzi o zmianę dotyczącą sposobu współpracy z rodzicami. Pozwólcie, że przedstawię Wam to na przykładzie wycieczek szkolnych. W czasach naszego dziecięctwa było tak: nauczyciel ordynuje wycieczkę. Narzuca termin, kierunek i podaje koszty. Rodzic płaci i dziecko jedzie, rodzic nie płaci i dziecko nie jedzie. Ewentualnie reszta klasy zrzuca się na tego, kogo na wycieczkę nie stać. Tak to mniej więcej wyglądało w tzw. „naszych czasach”. Jednak czasy się zmieniły.

Aktualnie procedura organizacji wycieczki wygląda następująco (piszę na podstawie własnych doświadczeń, nie wiem, czy wszędzie wygląda to tak samo): nauczyciel sugeruje, że byłoby dobrze, gdyby dzieci pojechały na jakąś wycieczkę. Nie wolno mu nic narzucać (zarządzenie z góry). Prosi o sugestie kierunków. Czyni to na zebraniu rodzicielskim, w którym uczestniczy większość rodziców. W odpowiedzi – cisza. Pomysłów brak. Krępujące milczenie się przedłuża. W końcu ktoś (chyba ja) proponuje, żebyśmy temat omówili w korespondencji mailowej. Nawet rzucam pomysłem, zobowiązuję się dowiedzieć co i jak i wysłać rodzicom drogą mailową. Czuję, że wszyscy zebrani oddychają z ulgą „ufff, udało się, jest ochotnik, mnie nikt nie wywoła już do odpowiedzi”. Rozchodzimy się czym prędzej do domów.

Domyślacie się jak wygląda ciąg dalszy? Zaczyna się marudzenie. W rozmowach kuluarowych każdy obszernie wyraża swoje zdanie (zwłaszcza to na „nie”). Na forum publicznym – broń Boże! Zero opinii, zaangażowania, zero chęci pomocy. Nie znamy kosztów wynajęcia busa dla dzieciaków – nikt nie deklaruje chęci wyjaśnienia sprawy. Pomysły prezentów na Mikołaja wyglądają podobnie – brak. Argument „wszyscy są zajęci” jakoś do mnie nie przemawia. Ja też mam dużo zajęć, ale przecież to są nasze dzieci! Podobno  – skarb największy, angielskie, balety, piłka nożna, zabawki edukacyjne, księżniczki i królewicze! Halo! Dla dzieciaków nie chce nam się ruszyć czterech liter?

Problemem nie jest brak czasu. Wiecie, czego ci ludzie się boją? Odpowiedzialności! Każdy chce, by decyzja została podjęta za niego. Z efektów jeden z drugim będzie niezadowolony, ale przynajmniej „to nie ja jestem winny! To on/ona miał taki głupi pomysł.”. I zaczną się zakulisowe, typowo polskie rozmowy za plecami frajerów-aktywistów, którzy chcieli dobrze, ale nie można przecież być jak Prince-Polo i smakować wszystkim. Każdy będzie miał swoją, lepszą wizję wycieczki (przecież w końcu wszyscy mamy samochody i odwiedzamy z rodziną różne atrakcje w wolnym czasie), jednak oczywiście nie zaprezentuje jej na forum, aby nie zostać… ochotnikiem – organizatorem. Obawiam się, że na najbliższym zebraniu kolejny raz siedzieć będziemy w krępującej ciszy a dzieciaki na żadną wycieczkę nie pojadą.

Smutna lekcja wychowania obywatelskiego.

Wasza Tkwiąca Wciąż w Zadziwieniu Złoto Usta

PS

Przypominają mi się cotygodniowe spotkania zawodowe. Panowała podobna cisza…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Publicystycznie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ochotnicy…

  1. AgniLuka pisze:

    Celne spostrzeżenie Droga Złoto Usta. Chyba też jestem taką „frajerką”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s