Czarodziejska góra [recenzja]

czarodziejska góraPostawiłam sobie ambitne zadanie – podciągnę się z klasyki i przeczytam kanon. Zaczęłam od Tomasza Manna. „Czarodziejska góra” zabrała mi miesiąc życia! Mnie – namiętnej czytelniczce, która z niejedną tysiącstronicową powieścią miała już do czynienia. Jednak – warto było!

Fabuła tej mega-totalnej powieści jest pozornie prosta. Komuś, kto spodziewa się wartkiej akcji, wyda się nudna. Mamy początek XX wieku. Młody hamburczyk Hans Castorp przyjeżdża w odwiedziny do kuzyna. Joachim Ziemsssen przebywa w szwajcarskim wysokogórskim sanatorium w Davos, gdzie leczy się z gruźlicy. W tzw. międzyczasie okazuje się, że Hans także jest chory i najlepiej, by również poddał się kuracji. Castorp porzuca „równiny” i dołącza do oderwanej od rzeczywistości i upływu czasu społeczności „tych na górze”. Staje się jednym z nich. Dorasta. Dojrzewa fizycznie i psychicznie. Przede wszystkim zaś umysłowo. Wolny czas poświęca zgłębianiu różnych dziedzin nauki. Na swojej nieśpiesznej, sanatoryjnej drodze spotyka ludzi, którzy zechcą toczyć boje o jego młodą, niepewną własnych wyborów duszę.

Kto jest prawdziwym bohaterem „Czarodziejskiej góry”? Bo nie Hans Castorp. Mann dał nam go jako bohatera chyba tylko dlatego, byśmy mieli kogoś, z kim możemy się identyfikować. Kogoś, kto tak jak my przybywa z zewnątrz, „z równin” i kto tak jak my musi dopiero wdrożyć się, przyzwyczaić do mentalnego klimatu szczytów ludzkiej myśli filozoficznej, naukowej i politycznej. Oczywiście na miarę pierwszych lat wieku XX, który miał być wiekiem rozumu, a czym się stał – wszyscy wiemy. Jest to zatem powieść o ludzkości. Jest to książka o tym, czym żyła ówczesna Europa – elita elit. Jest o ścieraniu się postaw – wojskowej i cywilnej, humanitarnego i jezuickiego spojrzenia na człowieka. Jest o odwiecznym konflikcie pożądliwego ciała i nieśmiertelnego ducha. Jest o śmierci, co zwalnia z konwenansów, jednych uszlachetnia, a innych wręcz przeciwnie. Jest wreszcie o czasie. Może przede wszystkim o czasie. Czasie, który liczy się inaczej każdemu z nas – szybciej i żywotniej płynie tym, co na równinach. Wolniej zaś mieszkańcom „Czarodziejskiej góry”. Tego, który my dzielimy na minuty, godziny i dni, oni odmierzają następstwem miesięcy, upływem pór roku, odwiecznym cyklem świąt.

Akcja „Czarodziejskiej góry” ożywia się kilkukrotnie. Pod sam koniec, gdy Castorp ma wreszcie powrócić do prawdziwego życia, przyspiesza gwałtownie. Nic w tym dziwnego – stara Europa wkracza właśnie na dobre w nowe stulecie. Z czternastoletnim opóźnieniem, za to gwałtownie. Co będzie dalej z Hansem Castorpem? Zakończenie dopiszcie sobie sami. Umierać albo żyć można na wiele sposobów. Niekoniecznie na gruźlicę bądź z gruźlicą. Zresztą, nie o gruźlicę tutaj chodzi.

Dlaczego warto czytać Tomasza Manna także dziś? Ponieważ to, o czym pisał niemal sto lat temu, pozostaje aktualne AD 2015. Dwa odmienne podejścia do człowieka ścierać się będą ze sobą tak długo, jak istnieć będzie ludzkość. Życie i śmierć. Ciało i duch. Miłość i nienawiść. Czas i bezczas.

Zawsze.

Wasza Zmęczona Czytaniem Złoto Usta

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Czarodziejska góra [recenzja]

  1. Pingback: Babie lato [recenzja] | Grafomanya

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s