Depresję można wyleczyć. Naprawdę!

depresja Depresja. Szacuje się, że w Polsce choruje na nią około półtora miliona osób. Codziennie zabiera ze sobą na drugą stronę niemal cztery tysiące ludzi na całym świecie. Dwa lata temu byłam bliska dołączenia do niekończącego się korowodu jej ofiar. Myślę więc, że jestem uprawniona to tego, by napisać dziś:

TAK! MOŻNA WYJŚĆ Z DEPRESJI! 

Piszę tego posta, siedząc przy biurku z widokiem na narożną kanapę, która dwa lata temu stanowiła centralny punkt mojego życia. Czerwona kanapa, beżowe poduchy, brązowy koc, niebieskie niebo za oknem. Poza tym – wszechogarniająca czerń. W głowie, sercu, w ciele. Ciężar nie pozwalający się poruszać, myśleć, kochać, doświadczać piękna i różnorodności otaczającego świata. Szyba, oddzielająca skutecznie od innych ludzi. Maź, w której próbujesz pływać, działać, robić cokolwiek, ale im bardziej się starasz, tym wyraźniej uświadamiasz sobie, że toniesz. I ten nigdy niemilknący głos w głowie:

Skończ z tym! Na co jeszcze czekasz? Skacz, do cholery!

Myśl o samobójstwie jest w pewnym sensie… kojąca. Świadomość tego, że zawsze istnieje wyjście. Może radykalne i ostateczne, ale istnieje. Z tą „opcją” z tyłu głowy da się nawet jakoś, w miarę sprawnie funkcjonować, do momentu w którym z jednej opcji staje się jedynym dostrzegalnym rozwiązaniem. Wtedy siada się na kanapie, owija szczelnie kocem i całą pozostałą życiową energię zużywa na to, by z niego jednak nie skorzystać. Bo mąż, dziecko, bo żyje się raz…

To ostatni dzwonek na to, by szukać pomocy.

Pewnie łatwiej wyjść z depresji, jeśli leczenie zacznie się wcześniej. Ja nie mogłam. Sama przed sobą nie chciałam przyznać, że to właśnie to. Lekka niedyspozycja. Chwilowy spadek nastroju. Przepracowanie (to akurat prawda!). Wymówka, którą organizm sobie wymyśla tylko po to, bym trochę odpuściła. Zwolniła tempo. Kto dziś może sobie na to pozwolić? Stand up and fight! Or die! No i prawie umarłam…

Dziś się cieszę, że „prawie”.

W całym tym nieszczęściu miałam wiele szczęścia. Trafiłam do naprawdę mądrej terapeutki. Pomogła mi tak skutecznie, że proces zdrowienia trwał zaledwie cztery miesiące! I to bez żadnej farmakoterapii. Przez to może leczenie bardziej bolało (dopuszczenie do świadomości prawdziwych przyczyn własnych problemów jest ogromnie nieprzyjemne), ale było skuteczniejsze. Pozytywne efekty okazały się trwałe.

Dziś jestem na tyle daleko od problemu, by móc z podniesionym czołem stwierdzić:

Wyleczona depresja bardzo podnosi jakość życia!

Kiedy ostatnio czułeś/czułaś prawdziwą głęboką radość płynącą z tego prostego faktu, że istniejesz?

Ja czuję ją codziennie. Od momentu, gdy padły słowa „jest pani wyleczona z depresji”.

Przez całe moje wcześniejsze życie jej nie doświadczałam. Biegłam gdzieś, chciałam czegoś, odnosiła sukcesy i porażki. A tak naprawdę byłam martwa. Dziś to wiem.

Moja depresja była właśnie po to, bym nauczyła się radości życia.

A Twoja po co jest?

Twoja Złoto Usta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s