Babie lato [recenzja]

babie lato

Najtrudniej jest ocenić książkę z gatunku takich, po które się zwykle nie sięga. Nie bardzo jest ją do czego porównać, skoro brak punktu odniesienia. Nie czytam powieści z nurtu wpisującego się w modne „Balsamy na duszę…”. Ale spróbuję mimo wszystko dokonać wiwisekcji Babiego lata autorstwa Danuty Pytlak. W końcu – przebrnęłam przez ponad 550 stron jej monumentalnej historii! To połowa mojej ukochanej „Czarodziejskiej góry”. Brawo ja!

Wracając do wątku głównego niniejszego wpisu. Michalinę, trzydziestokilkuletnią singielkę poznajemy w momencie dla niej przełomowym. Niedawno rozstała się z mężem, jest przepracowana i cierpi na chroniczne bóle głowy. Okazuje się, że nie są one symptomem wypalenia zawodowego. Michalina cierpi na poważną chorobę. Podczas terapii otrze się o śmierć i w efekcie postanowi całkowicie odmienić swe życie. Więcej nie zdradzę, żeby nie spojlerować. W każdym razie – w „Babim lecie” znajdziecie wszystko to, co zwykle spotyka współczesne heroiny. Byłego be-męża, stanowiące impuls do zmiany załamanie życiowe, rodzinną tajemnicę, sielskie klimaty wsi spokojnej, wsi wesołej (w kontrze do wiecznie pędzącej, zapracowanej Warszawy) oraz oczywiście – jakże by inaczej – nową miłość. Skąd wiem, że to części wspólne dla literackich balsamów na kobiecą duszę, skoro nie czytam Grocholi i powieści o domach nad rozlewiskiem? Nie czytam, ale czasem, jak mam grypę albo doła, to oglądam adaptacje. Aż taka „męska” to ja znowu nie jestem, żeby tylko zbrodnie, seks i rzuty ołowiem 😉

Myślę, że treści i klimatu „Babiego lata” już się domyślacie. Teraz czas na moją ocenę. Pozwólcie, że w przypadku tej, tak niezwykłej dla mnie lektury, podzielę ją na plusy i minusy. Niestety, minusów będzie więcej…

Plusem jest na pewno umiejętne kreowanie  przez autorkę powiązanych ze sobą wątków. Na plus mogę zapisać także rozciągnięcie opowieści na ponad pół tysiąca stron zadrukowanych dosyć drobno. Trzymając w ręku „Babie lato” po raz pierwszy, człowiek aż się cieszy na myśl o dwóch długich wieczorach, jakie spędzi z tą w zamierzeniu lekką, niezobowiązującą lekturą. Oczekuje (nawet jeśli jest mną – serio, serio, liczyłam na to!), że czytać będzie się szybko i dobrze, proces zakończy się pokrzepieniem serca, a główna bohaterka zostanie z nim na dłużej.

I tu wkraczają niestety minusy 😦

Książkę czytało mi się po prostu źle! Miały być dwa wieczory, skończyło się na tygodniu. A ja naprawdę szybko czytam. Co więcej, gdy temat mnie wciągnie, potrafię symulować chorobę, byle by tylko móc kontynuować pochłanianie lektury. Nie tym razem. Jeśli mam być szczera, musiałam się do „Babiego lata” zmuszać.

Co było nie tak?

Minus numer jeden – rys psychologiczny postaci. A właściwie jego brak. Powieść dzieje się przede wszystkim w warstwie dialogów oraz przemyśleń głównej bohaterki. Do której każdy, nawet rosyjski mafiozo (a jakże) zwraca się per: „maleńka, kochanie, moje dziecko”. Poza najlepszą przyjaciółką, tytułującą Michalinę „wariatką”. Dlaczego wszyscy jej „dzidziusiują”? Ponieważ wszyscy razem i każdy z osobna, bohaterowie tej książki są do siebie podobni, jak dwie krople głowy. Pozornie niekochający ojciec, ordynator neurochirurgii, były mąż, nowy kochanek, siostra, wuj-pijak, szef, przyjaciółka i sama heroina. Co chwilę padają sobie w ramiona i mówią wielkie słowa. Niby się na siebie boczą, a tak naprawdę gotowi są po pięciu sekundach wybaczyć sobie każde, najgorsze świństwo.

Świat „Babiego lata” jest dobry, a ludzie szlachetni. Prawie wszyscy. Ale nawet ci źli nie są najgorsi.

Minus numer dwa – pół tysiąca stron można zapełnić ładnie, nawet jeśli na kolejnych stu kartkach opisuje się jakże oszałamiające okoliczności przyrody. Osobiście nie przepadam, ale doceniam umiejętność. Można też pisać o tym jak: bohaterka wstaje z łóżka, robi sobie kawę, potem obowiązkowo do łazienki (to wysyłanie wszystkich do kąpieli przed posiłkiem zakrawa na szaleństwo, niczym słynne: „dzieci, umyjcie rączki” Rysia z Klanu), je śniadanie, zmywa po śniadaniu, udaje się na zakupy, odpala samochód, stoi w korku, robi zakupy, wraca z zakupami do domu, pichci obiad, zjada obiad, zmywa po obiedzie… Czy mam kontynuować?

Wreszcie minus numer trzy. Niby mały, a jednak drażniący. Kto, opowiadając o własnej babci, mówi o niej per: „starsza pani”???

Czepiam się. Wiem. Nie jestem targetem. Ale skoro poświęciłam tydzień na czytanie, zdecydowałam, że jednak się wypowiem. Przepraszam, ale książki nie polecam 😦

Wasza Smutna, bo Chciała Sobie Popłakać i Się Pośmiać Złoto Usta

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s