Lufcik na Korbkę, czyli legenda o brodatym kamieniarzu

brodaPoproszono mnie (Agnieszka poprosiła konkretnie) o popełnienie wpisu około-lufcikowego, co z przyjemnością czynię, ponieważ idea Lufcika na Korbkę godną wsparcia jest. W dwóch słowach – Lufcikom chodzi o to, by przybliżać dzieciakom historię Górnego Śląska poprzez regionalne baśnie i bajeczki. Tradycyjne śląskie bery, czyli opowieści, ale prawione po polsku.

Wytężyłam pamięć i nic – żaden lokalny bajeczny wspominek do głowy mi nie przyszedł. Dziadkowa opowieść o tym, jak to dzieckiem będąc, od przechodzącej Armii Czerwonej otrzymał cały wór niekompletnych porcelanowych filiżanek, bajką nie jest. Sama prawda! Filiżanki pochodziły z pobliskiego majątku ziemskiego. Okaleczono je ze względu na złocenia. Idący na Berlin sołdaci utłukiwali i zabierali ze sobą złote uszka naczyń, a białą, bezwartościową resztę zastawy oddawali napotkanej śląskiej dzieciarni… Straszno-śmieszna to historia, ale nie baśń przecież.

I nagle – olśniło mnie!

Śląską baśnią się z Wami nie podzielę, bo nadal żadnej nie pamiętam, ale miejską legendą – owszem! A jest to rzecz nie byle jaka, bo grozę budząca. Słuchajcie zatem:

Dawno, dawno temu, będzie już ze trzydzieści prawie lat, w śląskim mieście Gliwice żyła mała dziewczynka. Nie była to specjalnie grzeczna, ani szczególnie odważna dziewczynka. Zwykła dziewięciolatka.

Dziewczynka ta mieszkała z mamusią, tatusiem i małym braciszkiem na wielkim osiedlu z betonu i azbestu, jakich wiele wyrosło na śląskiej ziemi po tym, jak już z niej wymaszerował lubiący złote uszka sołdat. Na owym osiedlu wszystko było zimne, nowe i betonowe. Ani fascynujące, ani straszne. Zwyczajne, socjalistyczne. Życie dziewczynki toczyło się między brzydkim, pokrytym eternitem blokiem mieszkalnym, brzydką, pokrytą falistą blachą bryłą osiedlowego pawilonu handlowego i brzydką, pokrytą szklanymi taflami szkołą podstawową numer… Numer szkoły niech pozostanie tajemnicą dziewczynki, dobrze? Dodam może tylko, że dziś na jej miejscu stoi pewien niemiecki dyskont spożywczy.

Skoro otoczenie naszej bohaterki prezentowało się brzydko i nijak, możecie pomyśleć, iż jej młoda egzystencja też była nudna i pozbawiona emocji. Nic bardziej mylnego! Trzydzieści lat temu życie żadnego dziecka nie mogło być nudne, choćby z tego tylko powodu, że wokół mieszkało mnóstwo innych dzieci. Wyobraźcie to sobie: piaskownice pełne dzieciaków. Obwieszone nimi trzepaki. Kolejki do gry w nogę na betonowym osiedlowym boisku. Wspólne wyprawy do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Oraz do przykościelnych salek katechetycznych (w owych czasach zajęcia z religii odbywały się poza szkołą, a nasza bohaterka uczestniczyła w nich pilnie, była bowiem w wieku około-pierwszo-komunijnym).

Droga do kościoła… Dojdziemy nią do samego sedna miejskiej legendy. Legendy o mężczyźnie z brodą.

Gliwice są starym, średniowiecznym grodem. Do początku XIX wieku stosunkowo niewielkim, potem, wraz z rozwojem śląskiego przemysłu, zaczęły się rozrastać i już w roku 1927 liczyły sobie ponad 100 tysięcy mieszkańców. Z których większość uciekła, albo została wysiedlona po roku 1945. A że natura i cywilizacja nie znosi próżni, na miejsce dawnych niemieckich mieszkańców Gliwic, sprowadzono nowych ludzi – tym razem Polaków. Wysiedlonych z innych pięknych grodów, położonych nieco dalej na wschód. Nowych gliwiczan przybywało w takim tempie, że miasto musiało postawić dla nich wielopiętrowe domy… Ale to temat na zupełnie inną opowieść. Dla legendy o mężczyźnie z brodą ważne jest, że po dawnych mieszkańcach miasta pozostały w Gliwicach ślady. Jeden z nich położony przy trasie: betonowe osiedle-kościół. Nasza niezbyt dzielna dziewięciolatka pokonywała ją dwa, czasem trzy razy w tygodniu, udając się na lekcje religii, bądź nabożeństwo, mające przygotować ją do Pierwszej Komunii. Na którą bardzo czekała, licząc na odpowiednie uczczenie uroczystości – rozkloszowaną białą sukienką i elektronicznym zegarkiem.

Ślad. Ślad po dawnych gliwiczanach. Piękny, aczkolwiek nieco ponury cmentarz. Ciemny, zaniedbany, zarośnięty, usiany imponujących rozmiarów mogiłami zmarłych mieszkańców. Dziewczynka bała się sama go odwiedzać i nie czyniła tego. Jednak droga do kościoła wiodła wzdłuż walącego się cmentarnego muru… A do muru tego przyrośnięty był dom. Stara parterowa chatka, w której mieszkał ON.

Kamieniarz. Mężczyzna z brodą. Postrach okolicznej dzieciarni.

Kamieniarz miał chyba ze czterdzieści lat, był więc bardzo stary. Musiał też być niezwykle silny. Świadczyły o tym imponujących rozmiarów ramiona, dobrze widoczne spod podwiniętych rękawów kraciastej flanelowej koszuli. Ramiona te brodaty kamieniarz zwykł był śląskim zwyczajem opierać o ułożoną w otwartym oknie domu poduchę. Uwielbiał tkwić tak nieruchomo, godzinami wpatrując się w przestrzeń. A widok z okna miał idealnie na chodnik, którym w te i z powrotem przemykała młodociana osiedlowa trzódka, śpiesząca do i z kościoła…

Dziewczynka do dziś pamięta grozę, jaką odczuwała mijając dom ponurego, czarnobrodego kamieniarza. Bano się go powszechnie, straszono jeszcze dodatkowo nawzajem porwaniem i zakopaniem żywcem w starym grobie. Koło jego domu przechodzono, a nawet przebiegano tak szybko, jak pozwalały młode nogi, drąc się przy tym wniebogłosy. A kamieniarz obserwował to spokojnie, trwał niewzruszenie na swoim posterunku i przypatrywał bezczelnej dzieciarni z obojętną miną ukrytą za imponującym zarostem.

Co sobie myślał? Dziewczynka nie wiedziała. Nadal tego nie wie. Ale dziś, gdy sama powoli zbliża się do zgrzybiałego wieku lat czterdziestu, domyśla się, że zachowanie osiedlowej dziatwy musiało go po prostu bawić. Stanowiło osobliwą rozrywkę, miły akcent dnia w jego monotonnym życiu, w którym nic, tylko nagrobki, kamienie i duchy obcych przodków… Wrzeszczące dzieciaki były miłą odmianą od omszałej, martwej codzienności brodatego kamieniarza.

Dziś dawny cmentarz jest miejskim parkiem. W miejsce walącego się muru zbudowano nowy, mocny i elegancki. Nagrobki usunięto, domek kamieniarza rozebrano. On sam zniknął bez śladu. A dziewczynka? Dziewczynka nadal ma awersję do mężczyzn z potężnymi, czarnymi brodami.

Choć prawdę mówiąc nie wiadomo dlaczego. Nikt z osiedlowej dzieciarni nie zaginął w czeluściach starych poniemieckich grobowców.

A może? Może po prostu o tym nie wiemy?

Dobranoc!

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Literacko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s