Krym. Miłość i nienawiść [recenzja przedpremierowa]

krym mini„Krym nasz!”, ryknęły radośnie rosyjskie gardła, podczas gdy serca Tatarów skurczyły się boleśnie. Dusze ukraińskich mieszkańców półwyspu także zaprotestowały, choć nie tak zdecydowanie – jedni się nawet ucieszyli, że teraz będzie tu Rosja, bo tak naprawdę nigdy w pełni nie identyfikowali się z dalekim Kijowem, który nie chce, albo nie potrafi obronić własnego terytorium. To już lepiej przyjąć obce obywatelstwo. Przynajmniej może zarobki będą wyższe? Inni bez zbędnych ceregieli spakowali dobytek i wyjechali, mając nadzieję, że to tylko tak na jakiś czas. Za miesiąc, rok, dwa, sprawa się wyjaśni i wrócą na tę piękną, życzliwą ludziom ziemię. Byli i tacy, którzy, jak Marianna i jej rodzice, postanowili zostać na Krymie, zachowując równocześnie swoją ukraińską tożsamość. Czy będzie to możliwe na terenie, który wpadł w ręce „zielonych ludzików”, zwanych także „uprzejmymi ludźmi” oraz ich para-mafijnych mocodawców powiewających rosyjską flagą?

Miłość na Krymie nie jest łatwa. Zwłaszcza miłość w czasach nienawiści, podnoszącej po raz kolejny głowę na peryferiach cywilizowanej, wydawałoby się, Europy. A cóż dopiero powiedzieć o uczuciu, rodzącym się między Ukrainką z Symferopola i Rosjaninem z Moskwy? Fiodor, człowiek sukcesu, dobrze sytuowany mieszkaniec rosyjskiej stolicy, to obywatel świata. Bywa, zwiedza, załatwia interesy w Rosji i poza nią. Jest wykształcony, kulturalny, ma świetne maniery. A jednak Fiodor nie rozumie. Nie dopuszcza do siebie wojennych relacji, jakie przez telefon, wzburzonym głosem przedstawia mu Marianna. Rosjanin z krwi i kości nie potrafi wczuć się w położenie ukraińskiej patriotki. Dla niego Krym był, jest i będzie częścią rosyjskiego imperium. Broniący go Ukraińcy to faszyści i banderowcy, a zachodni dziennikarze – kłamcy. Ta historia nie powinna zakończyć się szczęśliwie. Tylko, że… Fiodor kocha. I Marianna kocha. Zatem czyżby miłość na Krymie nadal była możliwa?

„Krym. Miłość i nienawiść” to kolejna, reportersko-fabularna powieść Macieja Jastrzębskiego, dziennikarza Polskiego Radia, który od lat uważnie przygląda się naszym wschodnim sąsiadom. Autor pisał już o Rosji (świetna „Matrioszka Rosja i Jastrząb”), pisał o Gruzji („Klątwa gruzińskiego tortu”). Tym razem zabrał nas na Krym, z jego łagodnym klimatem, piękną historią, mickiewiczowskimi „stepami akermańskimi”, tatarskim Bakczysarajem i rosyjską aneksją, przeprowadzoną po cichu i białych rękawiczkach. Aneksją, o której świat za moment zapomniał, zaabsorbowany walkami o Donbas, a potem nieciekawie rozwijającą się wojną w Syrii. Czy o Krymie zapomnieli także Ukraińcy? Czy jego mieszkańcy pogodzili się ze zmianą przynależności państwowej ziem, które kiedyś Chruszczow podarował Ukraińskiej SRR? Podobno podejmując tę decyzję, sowiecki przywódca był mocno pijany i nie wiedział, co czyni. Czy taki argument daje Rosji prawo do korekty państwowych granic według własnego widzimisię?

Najnowsza książka Macieja Jastrzębskiego nie odpowie Wam na te wszystkie pytania. Raczej zrodzi kolejne. Ale warto po nią sięgnąć, by przekonać się, jak relacje Rosja-Ukraina wyglądają dziś z obu perspektyw. Jak sprawy przedstawiają się z perspektywy zwykłych ludzi, niewinnie zaplątanych w sprawy możnych tego świata. Dwójki kochających się wrogów.

Dziękuję wydawcy (Helion/Editio) za możliwość zapoznania się z książką przed premierą 🙂

Wasza Zaczytana ZłotoUsta

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s