Wieloryby i ćmy [nie-recenzja]

wielorybyZnowu Twardoch i znowu (tak, jak w przypadku Dracha ), nie napiszę recenzji. Dzienniki jednego z moich ulubionych autorów przeczytałam i właściwie kropka. A jednak ją rozciągnę.

Z Twardochem-twórcą czuję się mocno związana. Nie tylko dlatego, że bardzo cenię sobie jego styl pisania. Także dlatego, że  wiele nas łączy – wiek, miejsce zamieszkania, pochodzenie (u niego 100%, u mnie połowa Ślązaka). Chodziliśmy do konkurencyjnych szkół średnich, pracowaliśmy w tym samym wydawnictwie (Twardoch wspomina o nim w „Wielorybach i ćmach”), mamy wspólnych znajomych, nawet dzieci w jednym wieku. Dzieli nas morze talentu – ja to takie małe międzymorze, on – raczej ocean. Dzielą tematy, które poruszamy w swoich książkach… Choć czy naprawdę dzielą? Oboje piszemy o kruchości życia i nieuchronności śmierci. Oboje nas ona pociąga i przywołuje. Nie daje o sobie zapomnieć.

Zanim sięgnęłam po dzienniki Twardocha, przeczytałam ich recenzję (bodajże na gazeta.pl). Jej autor napisał, że książka jest raczej płytka, bardziej „blogaskowata”, niż „dziennikowata”. Zgadzam się niestety i z żalem. Jako kolejny zarzut, ów krytyk literacki zarzucił „Wielorybom i ćmom”, że ich autor jest za młody, by w taki sposób pisać o przemijaniu i śmierci. Taki, czyli: poważny, smutny, oczekujący. I tu się nie zgadzam. Pytam – dlaczego ktoś, kto napisał „Dracha”, powieść w całości poświęconą odwiecznemu cyklowi życia, wraz z jego bólem i nieuchronnym końcem-początkiem, miałby mieć do owego życia podejście optymistyczne, niczym – nie przymierzając – blogerka modowa? Że ostatnia książka Twardocha blogiem jest – nie mam wątpliwości. Że zapisem szczerych przemyśleń i obserwacji jej autora – także wątpliwości nie mam. Że przemyślenia te spisywane były na szybko i do poduszki, nie zaś do publikacji… to inna sprawa. No ale business is business. Autor też z czegoś musi żyć między jedną a drugą bestsellerową książką. Także wybaczam dziennikową wpadkę. Tym bardziej, że niejeden bloger chciałby, by jego najlepsze wpisy czytały się tak dobrze, jak mało wyrafinowane „Wieloryby i ćmy” Szczepana Twardocha. Mało wyrafinowane, jak na tego pisarza, rzecz jasna.

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s