Bez skazy [recenzja]

bez-skazy-b-iext30164301Franzen to „wielki amerykański pisarz”, „następca Steinbecka” etc. Jeśli o wielkości autora decyduje objętość książek, które pisze, to owszem – Jonathan Franzen wielkim amerykańskim pisarzem jest. Mam jednak wrażenie, że nie o rozmiar, a o jakość tu chodzi.

Nie czytałam (jeszcze) wcześniejszych dzieł Franzena. Do lektury „Bez skazy” zachęciły mnie wywiady z autorem i artykuły poświęcone jemu i jego twórczości, na które natknęłam się w polskiej prasie. Owszem, rzuciło mi się w oczy, że najnowszą powieść autora wszyscy krytycy ocenili jako najsłabszą, ale nikt nie napisał, że jest ona po prostu słaba.

Krótko o treści książki – tytułowa „Bez skazy” to w oryginale „Purity”, czyli czystość, a równocześnie imię głównej bohaterki, amerykańskiej prekariuszki z pokolenia millenialsów. Dziewczyna ma bardzo pogmatwane relacje z matką, nie zna własnego ojca i jest zwyczajnie biedna – obciążona kredytem studenckim, bez perspektyw na oszałamiającą karierę, raczej egzystuje, niż żyje. Los stawia na jej drodze niejakiego Andreasa Wolfa – pięćdziesięcioletniego charyzmatycznego feministę i guru alterglobalistów, który ze swojej bazy w Ameryce Południowej ujawnia brudy tego świata, konkurując tym samym z twórcą Wikileaks. Fabuła „Bez skazy” osnuta jest wokół historii tych dwojga ludzi oraz osób z nimi powiązanych. Każdy w bohaterów ma w pewnym sensie obsesję na temat różnie rozumianej czystości (stąd pewnie tytuł).

Pomysł na powieść niezły. Realizacja… mnie kompletnie nie przekonuje.

Książka to prawie 700 stron drobnego druku. Stron wypełnionych w przeważającej części cierpieniami a’la młody Werter, tyle że na miarę XXI wieku. Męczą się wszyscy. Każda z postaci występujących w powieści przeżywa psychiczne męki, na które się sama skazuje. Cierpi, bo jest słaba, szalona, niedojrzała. Wszyscy pozorują działania, kłamią, istnieją jakby za karę. Funkcjonowanie pomiędzy cierpieniem wypełnia im seks. Nawet niespecjalnie wyuzdany. Raczej nudny. Zresztą NUDA to właściwe słowo, którym mogłabym podsumować „Bez skazy”. Nuda i przesada. Opisy psychicznych mąk bohaterów ciągną się bez końca. Dla urozmaicenia Franzen uzupełnia je przenośniami. Ale jakie to przenośnie! Megaprzenośnie, które mają chyba na celu uwznioślenie małych ludzi w ich beznadziejnym żywocie.

Autorowi podobno o coś chodziło, gdy pisał „Purity”. Chciał nas ostrzec. Przed wszechwładzą internetu. Przed marnością naszej egzystencji. Tego mu nie odmawiam. Tylko… Żeby książka zadziałała na czytelnika, musi on się z nią w jakikolwiek sposób identyfikować. Polubić bohaterów. Zobaczyć w nich siebie. Chcieć poznać rozwiązanie intrygi.

A ja doczytałam „Bez skazy” tylko dlatego, że były święta i miałam więcej czasu. Oraz dlatego, że Franzen podobno wielkim amerykańskim pisarzem jest. Dam mu jeszcze szansę i sięgnę po inny tytuł tego autora. Jeśli znudzi mnie po pierwszych stu stronach – porzucę na zawsze 🙂

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s