Król [recenzja]

krolPrzeczytałam najnowszą powieść Szczepana Twardocha. Planowałam odczekać aż opadną emocje, w zapomnienie pójdą pierwsze recenzje, zachwyty, ochy-i-achy i dopiero wtedy przystąpić do lektury, z głową wolną od gazetowych cytatów. Oczywiście nie udźwignęłam tego. Moja silna wola roztopiła się jak wosk, gdy czujne oko wypatrzyło „Króla” na księgarnianej półce. Nie byłam w stanie mu się oprzeć. Kupiłam, zabrałam do domu, przeczytałam.

I co? I nic!

Gdybym napisała, że czytałam i czytałam, bo nie mogłam oderwać się od lektury, byłoby to kłamstwem. Czytałam, ponieważ dopadło mnie przeziębienie, a gdy jestem chora, to właśnie robię w ramach terapii – leżę w łóżku, biorę leki i czytam – co najmniej jedną książkę dziennie.

Poprzednią powieść Twardocha, czyli „Dracha” także pożarłam w kilka godzin. Zaniedbując obowiązki, zapominając o całym świecie. Siedziałam i chłonęłam śląską historię, nie potrafiąc porzucić jej na dłużej, niż niezbędna chwila (pies woła siku, dziecko jeść). Zaczarowała mnie od pierwszego zdania, zagarnęła bez reszty i pozostawiła z masą kłębiących się w głowie myśli i uczuć. Długo potem śnił mi się mityczny smok, który wszystko widzi, wszystko wie i wszędzie jest. Pewnie dlatego moje oczekiwania wobec „Króla” były ogromne.

Z przykrością stwierdzam, że chyba bardziej mnie rozczarowała, niż zaskoczyła.

Na pewno czegoś mi w niej zabrakło i czegoś jest w niej za dużo.

Jednak może zacznę od początku, czyli fabuły oraz realiów. W dwóch słowach, bo te informacje wyczytacie w każdej innej recenzji: w warstwie wydarzeń, „Król” to typowa powieść gangsterska (naprawdę, bardzo typowa!) z przedwojenną, przede wszystkim żydowską Warszawą w tle. Głównym jej bohaterem jest tytułowy król – Jakub Szapiro, zlaicyzowany Żyd, bokser, gangster, były żołnierz wojny z Bolszewikami, ojciec, prawie-mąż, kochanek i przede wszystkim – KTOŚ – podziwiany, uwielbiany i równocześnie budzący grozę władca żydowskiej dzielnicy, pan Chłodnej, Nalewek i Kercelaka (bardzo znamienna jest scena odwiedzin Szapiro na placu targowym). Gdy go poznajemy, trzydziestosiedmioletni Jakub nie jest szefem mafii, lecz zaledwie pierwszym z jej żołnierzy. Trudni się ściąganiem haraczy i wykonywaniem wyroków dla swojego szefa, Polaka, niejakiego Kuma Kaplicy. Tak zwany „czas wolny” od służbowych obowiązków Król spędza albo w sportowej hali, szkoląc bokserskich młodzików, albo… walcząc z rosnącym w siłę polskim ruchem faszystowskim. Jest rok 1937, zagrożenie ze strony sąsiednich Niemiec wydaje się wciąż jeszcze mniejsze, niż aktywność skrajnie prawicowych rodzimych organizacji. A Jakub, podobnie jak jego Kum-szef, jest przecież szczerym socjalistą. Co nie przeszkadza mu bezlitośnie prześladować przedstawicieli ludu pracującego miasta, które uważa za własne. Szapiro z wzajemnością kocha swoją „żydowską” Warszawę, z wzajemnością nienawidzi Warszawy „polskiej” i… cierpi jak młody Werter, ociekając na zmianę krwią i spermą.

Tu przechodzimy do nadmiaru, jakim częstuje nas autor „Króla”. Niekończący się festiwal testosteronu i adrenaliny. Czające się na każdej stronie chuje (przepraszam, ale to słowo powtarza się w różnych kombinajcach jak mantra) i przeróżne rodzaje broni. Koks, wóda, wyuzdany seks, wynaturzenia i zabijanie na wiele sposobów, z naciskiem na takie, które mają nie tylko zlikwidować, lecz także upokorzyć ofiarę oraz przerazić kandydatów na kolejne… Akcja rozwija się wartko, mnożą się niezwykle charakterystyczne, skrajne postaci, żywcem wycięte – i znowu przepraszam, jeśli urażę któregoś z wielbicieli autora (sama jestem fanką „Dracha”, „Morfiny” i opowiadań Twardocha) – z innych powieści nurtu gangsterskiego. Zresztą akcja książki także nie jest oryginalna. Kto czytuje od czasu do czasu amerykańskie kryminały rozgrywające się w latach trzydziestych, nie będzie zaskoczony. Kto miał okazję sięgnąć po kryminalny cykl naszego rodzimego Marcina Wrońskiego (gdzie głównym bohaterem jest twardy jak stal komisarz Zyga Maciejewski, bokser i przedwojenny komisarz policji z Lublina), rozwój fabuły „Króla” wyobrazi sobie szybciej, niż zdąży przeczytać książkę. Kto wreszcie jest po lekturze „Morfiny” i „Dracha”… no cóż, podobno każdy, nawet najlepszy pisarz w pewnym momencie wpadnie we własne sidła. Zacznie się powtarzać.

Twardocha właśnie to przekleństwo dopadło, choć, trzeba przyznać, podjął w „Królu” finezyjną próbę obrony przed prześladującymi go literackimi upiorami.

Cały jego dorobek pisarski jest mroczny, okrutny i po uszy zanurzony w mizoginii. Przy tym jednak tak wyrafinowany językowo, tak dobrze stworzony i tak wielowarstwowy, że czytelnik pragnie karać samego siebie lekturą kolejnych książek. Nie są one miłe, ani kojące, stanowią wręcz przeciwieństwo wszelkich „Balsamów dla duszy”, ale są mądre. Są głębokie. Są bardzo solidnie przepracowane. Od pierwszej strony każdej z nich, czytający musi poczuć zwyczajny podziw dla ogromu pracy, jaki autor włożył w research oraz w to, by „wejść” w czasy, o których pisze oraz w postaci, których głosem przemawia.

I to się moim zdaniem w „Królu” nie udało. Tego mi właśnie w książce brakuje.

Jakub Szapiro, choć zlaicyzowany, definiuje siebie samego przede wszystkim jako Żyda. Twardoch nie jest Żydem i, mimo najlepszych z pewnością chęci (sięga po jidysz, do starozakonnych wierzeń, mitów i obyczajów), moim zdaniem nie udźwignął zadania, jakiego się podjął. „Król” ma w założeniu dwie warstwy – fabularną warstwę okrutnej, ociekającej wyuzdanym seksem powieści gangsterskiej z męskim przyrodzeniem w roli drugiego głównego bohatera oraz warstwę metafizyczną, za którą tak kochamy jego książki.

W „Drachu” pochylał się nad losem Ślązaka, ale i człowieka jako takiego i czynił to pierwszorzędnie, ponieważ sam jest Ślązakiem. Czuł temat. W „Królu” przygląda się dramatowi Żyda Wiecznego Tułacza, z definicji pozbawionego ojczyzny, który usiłuje sobie tę ojczyznę wywalczyć własnymi pięściami. Moim zdaniem popełnił błąd, usiłując wejść w jego skórę, w jego mentalność. Twardoch nie jest Żydem, co bardzo wyraźnie w „Królu” widać. Odwołania do specyficznego, żydowskiego sposobu postrzegania świata, to (moim osobistym zdaniem!) słaby punkt „Króla”. Oczywiście wszystko jest tu poprawne – przywołanie obrzędów, tradycji, powoływanie się na mity, ale… kto zna prozę Amosa Oza, ten z pewnością wychwyci pewien mentalny dysonans, który pobrzmiewa w najnowszej powieści Szczepana Twardocha.

Podsumowując, bo rozpisałam się, poruszyłam wiele wątków: jako powieść gangsterska, dziejąca się w realiach przedwojennej Warszawy, „Król” jest niezły, aczkolwiek mocno przerysowany i nieco odtwórczy. Jako lektura głęboka, podejmuje dosyć zgrany motyw Innego, w tym przypadku Żyda Wiecznego Tułacza i, choć pomysł, by spojrzeć na problem oczami Żyda nietypowego, bo silnego i budzącego postrach, jest ciekawy, to wykonanie mnie do końca nie przekonuje. Nie budzi dreszczu, jakiego oczekuję od książek Twardocha.

I tak, wiem, że poprzeczkę ustawiłam niezwykle wysoko, dużo wyżej, niż czynię to dla większości autorów. Ale cóż robić: DRACH zobowiązuje.

 

 

 

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s