Małe życie [recenzja]

male-zycieDoczołgałam się w końcu do finału „Małego życia”. Nie porzuciłam książki w połowie tylko dlatego, że uznaję porzucenia lektur za czytelniczą porażkę.

„Najgłośniejszą amerykańską powieść roku” podsumować można właściwie trzema określeniami: szczegółowa pornografia cierpienia, przesłodzenie prowadzące prostą drogą do umysłowej cukrzycy i okropna, z każdym kolejnym słowem dodatkowo pogłębiająca się nuda.

Zanudzić czytelnika nieomal na śmierć to prawdziwa sztuka. Zwłaszcza, że pomysł jest oryginalny, bohaterowie (początkowo) ciekawi i wydaje się – żywi, a język książki całkiem niezły. Mamy oto czterech przyjaciół, których połączył college i Nowy Jork – miasto sztuki, tolerancji i możliwości. Każdy z kumpli jest inny, każdy zmaga się z innymi demonami, każdy dąży do swego własnego, czasem nieuświadomionego celu. Najbardziej tajemniczy z nich jest Jude. Niepełnosprawny, milczący młodzieniec. Im dalej w narrację, tym mocniej autorka skupia się właśnie na nim, wreszcie właściwie porzucając na jego rzecz pozostałą trójkę bohaterów.

„Małe życie” jest więc tak naprawdę opowieścią o jednym życiu. O kimś, kto otrzymał od losu ponadprzeciętną dawkę zła. O wiele większą, niż zwykły człowiek może wytrzymać. Zrozumiałe jest zatem, że Jude cierpi.

Ale jak on cierpi!

A my? My cierpimy razem z nim! Cierpimy tak bardzo, że w końcu, zamiast mu współczuć, zaczynamy mieć Jude’a dosyć. Nie reagujemy już pozytywnie na jego nieustanne „przepraszam, że żyję”, nie wzruszają nas kolejni przytulający go do serca ludzie, ani łzawe rozmowy na tysiąc razy omówione tematy. Nie mamy ochoty towarzyszyć nieustannie powracającym, tym samym problemom, ani obserwować, jak nawet nie próbuje sobie pomóc.

(Nie chcę spojlerować, ale aby podać przykład: Jude się tnie. Żyletkami rani swoje ręce, gdy ma gorszy dzień. Opisy tego, jak to robi, są powtarzalne do wymiotów, długaśne i nic nie wnoszą do fabuły. A to tylko taka drobna próbka treści, naprawdę!)

To mogło być niezłe studium psychiki osoby z traumą. Wyszła opera mydlana. Happy endem jest to, że się wreszcie skończyła.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Małe życie [recenzja]

  1. Mam dokładnie takie same odczucia. Choć może nie… Moje są jeszcze gorsze. 😂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s