Wzgórze psów [recenzja]

„Literatura syfu” przeczytałam  w jednej z opinii o najnowszej książce Jakuba Żulczyka. Zgadzam się. „Wzgórze psów” skończyłam czytać kilka dni temu, ale dopiero teraz biorę się za recenzję. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałam użyć w niej zbyt wielu niecenzuralnych wyrazów… Najświeższe dzieło Żulczyka, mimo że objętościowo imponujące (900 stron), pochłonęłam w jeden weekend. Przez kolejne dwa dni klęłam jak szewc, chodziłam ze spuszczoną głową i życzyłam światu, żeby sczezł, mimo że słonko pięknie świeciło, wiosna uroczo kwitła, a wszyscy wokół mile się uśmiechali. Znaczy – autorowi udało się dla mnie ożywić fikcyjny Zybork. Miasteczko beznadziei. Siedlisko wszelskiego zła.

Rzecz jest więc zdecydowanie dobrze napisana. Utrzymana w konwencji, mroczna, brudna i ociekająca wszelką ochydą, którą od czasu do czasu, przyznam – lubię sobie zaaplikować. Chyba każdemu z nas dostarcza nieco perwersyjnej satysfakcji nurzanie się w nieszczęściu bliźnich bez konieczności osobistego wdeptywania w gówno, prawda? Co z tego, że w powieściach są to bliźni nieistniejący? Tego typu małe, lokalne piekiełka zapadłych miasteczek, jakie funduje czytelnikowi Żulczyk, naprawdę są wszędzie wokół. Taka Polska już nawet nie B, a raczej C, dusząca się we własnym sosie. Gnijącym sosie smutku, apatii, występku i tajemnicy sprzed lat, która na zawsze naznaczyła los głównego bohatera. Kto wątpi, powinien obejrzeć któryś z programów Krystyny Jaworowicz.

Mogłabym pewnie „Wzgórzu psów” sporo wytknąć, na czele z moim żelaznym zarzutem o niepotrzebne rozdęcie fabuły do monstrualnych rozmiarów. Mogłabym napisać o przerysowaniu, przesadzie, nie dość wiarygodnych psychologicznie postaciach kobiet, sięganiu po zgrane do bólu motywy winy i kary, braku nadziei, bohatera, który nie jest w stanie wznieść się ponad siebie i stać się mężczyzną… Ten ostatni wątek mnie specjalnie drażni, bo nie znoszę zwykle powieści o narcystycznych Piotrusiach Panach, ale… Skoro po odłożeniu lektury przez kolejne 48 godzin nie potrafiłam wrócić do normalności, skoro wciąż o niej myślę, skoro prześladuje mnie rozwiązanie zagadki zyborskiego Punishera… Skoro tak, to chyba muszę wybaczyć Mikołajowi Głowackiemu jego zdegenerowaną dzieciuchowatość, tym bardziej, że naprawdę istotne przeciwności stanęły mu na drodze ku pełnej dorosłości.

Zdecydowanie polecam, ale raczej nie ku pokrzepieniu serc 😉

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s