Opowieść podręcznej [recenzja]

Wprost trudno uwierzyć, że od daty premiery tej książki minęło już ponad 30 lat. „Opowieść podręcznej” niestety nic a nic się nie zdezaktualizowała. Sądzę, że nie zdezaktualizuje się jeszcze bardzo długo, możliwe, że historia dystopicznego Gileadu pozostanie na zawsze żywa, ponieważ sadyzm, skłonność do fanatyzmu i chora chęć dominowania nad innymi towarzyszyć nam będą prawdopodobnie do samego końca. Tak długo, dokąd istnieć będzie ludzkość. Są one bowiem częścią naszej natury. Tą mroczną, złą i teoretycznie zwalczaną przez światłe religie, cywilizacje i filozofie, a jednak zbyt głęboko osadzoną, by można ją było z człowieka wyrugować. Zresztą, czym bylibyśmy bez tkwiącego w nas zła? Aniołami? Niedorzeczne! Dlatego właśnie „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood będzie zawsze „dorzeczna” – jak mąż znęcający się nad żoną, jak mobbingujący przełożony, jak dziecko podpalające kota, jak terrorysta. Religijny, polityczny, czy jakikolwiek inny… Jak każda patologia dążąca do władzy nad drugim.

O fabule książki nie napiszę wiele, bo jest to rzecz głośna, także dzięki bazującemu na niej serialowi, emitowanemu przez Showmax. Wystarczy chyba tyle, że tytułowa „podręczna” to młoda kobieta, siłą rozdzielona z mężem i córką, płodna, a więc cenna w zdegenerowanym ekologicznie świecie. Jako potencjalna matka, trafia w tryby reżimu rządzącego w dawnych Stanach Zjednoczonych, w czasach podręcznej zwanych Republiką Gileadu. Przyodziana w czerwoną suknię, zostaje oddana jednemu z dostojników nowego religijno-wojskowego reżimu po to, by urodzić dziecko w imieniu bezpłodnej żony Komendanta. Urodzić zdrowe dziecko – oto będzie odtąd jedyny cel życia bezimiennej podręcznej, która opowie nam swą historię własnymi słowami.

Pisze się o tej książce, że feministyczna. Mówi, że antyreligijna, albo nawet antychrześcijańska. Wyśmiewa, że nierealna. Wiecie co? G…o prawda!

Ofiarami wszechwładnego totaliryzmu w wydaniu Gileadu nie padają tylko kobiety. Oczywiście, to one, jako „naczynia”, brzuchy mogące potencjalnie donosić ciążę i przywrócić ludzkości nadzieję na przetrwanie ekologicznej katastrofy, są poddane najściślejszym rygorom. Wiadomo – kobieta wyzwolona to największe zagrożenie dla patriarchatu. No i w dodatku nie chce się na zawołanie rozmnażać. Oburzające dla fanatyka wszelkiej religii. Tyle że u Atwood zniewoleni są wszyscy – i kobiety i mężczyźni, bez wyjątku. Ci, którzy się buntują – giną, tych, którzy gotowi są współpracować, wmontowuje się w kierat powinności, surowych zakazów, nie podlegających dyskusji nakazów. Jak to w totalitaryźmie. Każdym, bez wyjątku. Bo totalitaryzm jest zawsze właśnie taki – chce kontrolować każdą dziedzinę ludzkiego życia. Gilead przede wszystkim seksualność, co jest logiczne, bo kto ma władzę nad seksem, ten ma władzę nad człowiekiem. Poczytajcie sobie święte księgi i posłuchajcie, na czym przede wszytkim skupiają się ich fanatyczni propagatorzy! „Opowieść podręcznej” nie jest jednak wbrew pozorom antyreligijna. Tu ofiarami czystek padają i protestanccy pastorzy i żydzi i duchowni katoliccy. Wszyscy, którzy nie zgadzają się z jedyną słuszną wizją. Ale o tym sobie poczytacie w książce, ja chciałabym skupić się na koniec tej zdecydowanie zbyt krótkiej recenzji na wartościach literackich powieści i skojarzeniu, jakie dla mnie ze sobą niesie książka Margaret Atwood.

Niezwykle cenię sobie literaturę, która spełnia trzy wymogi – świetny pomysł, wartką, trzymającą w napięciu akcję i rewelacyjny język. Jeśli do tego jeszcze od czasu do czasu z kart książki bije odrobina humoru… Coś wspaniałego. Tak jest właśnie z „Opowieścią…”. To się po prostu czyta! W jeden dzień, jeden wieczór, z niepokojem, wypiekami na twarzy i tym dreszczem rozkoszy, który towarzyszy obcowaniu ze świetną literaturą! Atwood pisze nie tylko prozę, jest także poetką, co nie pozostaje bez wpływu na język powieści, jej nastrój, siłę odczuć, jakie budzi w czytelniku. Przeczytajcie koniecznie – jeśli nie dla historii pewnej dystopii, to choćby po to, by móc rozkoszować się każdym, precyzyjnie umiejscowionym w tej książce słowem.

Na sam koniec – skojarzenie. Mnie „Opowieść podręcznej” niepokojąco przypomina „Uległość” Houellebecq’a. Dlaczego? Otóż totalitarna Republika Gileadu nie nastąpiła z dnia na dzień. Narastała, zagarniając dla siebie kolejne obszary życia Amerykanów. Oczywiście, w pewnym momencie przejęła władzę ostatecznie i bezlitośnie, ale… Sygnały były już wcześniej, tylko najpierw – a to nas nie dotyczy, a to nic takiego, a z tym to można żyć, a ta zmiana to jak się nad tym zastanowić, nawet nie jest taka najgorsza. Po co protestować? „Wy młodzi nie doceniacie wolności, którą macie” – mówi matka podręcznej w momecie, w którym jeszcze jest czas na to, by się sprzeciwić. Tylko po co mamy się buntować, skoro nam się nie chce? W USA nam się nie chce. We Francji nam się nie chce…

Totalitaryzmy nie wybuchają nagle. One się moszczą. Rozrastają się. Przejmują kroczek po kroczku. Oplątują nas siecią, której nie chcemy dostrzec. A gdy wreszcie orientujemy się, żeśmy spętani… No cóż, wtedy jest już za późno.

Niech będzie błogosławiony owoc!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s