Homo deus. Krótka historia jutra [recenzja]

Współczesny świat bywa przerażający. Większość z nas nie jest w stanie w całości ogarnąć szybko zmieniającej się społecznej rzeczywistości, zapoznać się z pełnią wiedzy, jaką posiadła ludzkość i być na bieżąco z najnowszymi odkryciami we wszystkich dziedzinach nauki. A ponieważ świat ten wciąż i wciąż jedynie przyspiesza, wynalazki się mnożą i zalewają nas kolejne fale technologicznych nowinek, nic dziwnego, że część ludzi przyjmuje strategię zaprzeczenia, osuwając się wprost w ramiona różnorakich sił wstecznych, przeciwstawiających przyszłości starą, dobrą przeszłość. Bez kobiet w życiu publicznym. Bez ewolucji. Bez in vitro. Bez GMO. Bez ingerencji w ludzki genom. Bez nieśmiertelności za życia i bez sztucznej inteligencji, która wykona większość ludzkich zadań szybciej, lepiej i skuteczniej.

Boimy się tego wszystkiego, a jak trwoga, to do Boga.

Tylko kto będzie bogiem w XXI wieku? Bóg naszych przodków łowców-zbieraczy był wokół nich. Był każdą antylopą, każdą chmurą i każdym źdźbłem trawy, bo wśród nich żył człowiek i od nich zależał. Musiał się układać ze środowiskiem, więc nadał mu boskie moce. Społeczności agrarne, które wyszły z szałasów i jaskiń by osiąść na terenach Żyznego (niegdyś) Półksiężyca od Egiptu po Mezopotamię, wraz z opanowaniem umiejętności uprawy i hodowli wywyższyły się ponad naturę i adekwatnych bogów sobie wynalazły – wywyższonych, odrębnych od ekosystemu, takich, co nakazali „brać sobie Ziemię w posiadanie”. Potem ludzie ci wynaleźli pieniądz oraz pismo i spisali święte księgi, z których kolejne pokolenia czerpały wiedzę wszelaką. Czemu jest dobrze? To zasługa Boga, który jest z nas zadowolony! Czemu jest źle? Bo obraziliśmy Boga! Złóżmy mu więc ofiarę… Mimo postępu, rolnicy cierpieli od epidemii, głodu i wojen. Każdy człowiek wiedział, że jeśli nie umrze z głodu, to od choroby, a jeśli i ta go nie pokona, to przyjdzie obce wojsko i wszystkich wymorduje.

Gdy wiek XV chylił się ku końcowi, w głowach ludzi-rolników zakiełkowała dziwna myśl. „A gdyby tak poszukać wiedzy poza świętymi księgami? A gdyby tak ruszyć po nią na krańce świata, albo przeciwnie – do własnego wnętrza? A gdyby tak zdetronizować Boga jako dawcę wszelkiej odpowiedzi, w jego miejscu zaś umieścić własny rozum?”. Jak pomyśleli, tak zrobili i masowo ruszyli w podróże. Te dalekie i te bliskie. Ku odległym lądom i ku nowożytnej myśli oświeceniowej. Tak narodzili się ludzie-humaniści. Rodzili się w bólach, nadal cierpieli głód, choroby i umierali od wojen, ale machina postępu ruszyła. Przyspieszyło ją upowszechnienie wynalazku druku, potem przyszła reformacja, we Francji padła Bastylia i ostatecznie uwierzono w człowieka, jako źródło wszelkiej mądrości i wszelkiego poznania. Bóg umarł, co tylko potwierdzali kolejni myśliciele, z Nietzschem na czele. Świat we władanie objęła kolejna wielka myśl religijna. Humanizm.

Rządził on niepodzielnie aż do początków XXI wieku. Jak każda religia, nie uniknął oczywiście błędów i wypaczeń (patrz: komunizm oraz nazizm), ale zdawał się być ostateczny. Pod jego ludzkocentrycznym okiem nadal umierano od głodu, epidemii i wojen, ale przyczyn nieszczęścia nie szukano już w gniewie bytu nadprzyrodzonego, tylko w niedoskonałości ludzkiej wiedzy, myślenia, zarządzania. O ile z bogiem wywyższonym trudno jest walczyć, to z własnymi ułomnościami można, a nawet należy próbować. Próbowano raz po raz, osiągając coraz lepsze efekty. Na głód odpowiadając uprzemysłowieniem hodowli, nawozami, modyfikacją roślin. Przeciw epidemiom wynajdując szczepionki i antybiotyki. Wojnom na wielką skalę zapobiegając dzięki zawieraniu gospodarczych sojuszy i broni ostatecznej, czyli bombie atomowej, którą się straszy, ale której się nie używa. Życie się wydłużyło, stało spokojniejsze i bardziej dostatnie.

Skoro uwolniliśmy się od trzej jeźdźców towarzyszącej nam dotąd codziennej Apokalipsy, cóż nam pozostało? Zatrzymać się? Nigdy! Chcemy wszystkiego – szczęścia i nieśmiertelności… A czyż nie jest tak, że jedynie Bóg jest nieśmiertelny? Owszem, jest tak… Zatem stańmy się bogami!

Bluźniercze? Być może. Niepokojące? Wysoce. Nierealne?

Wielka zmiana statusu człowieka, transhumanistyczna rewolucja jest tuż-tuż. Już puka do naszych drzwi. Już, powoli, kroczek po kroczku, a czasem szybciej, bo skokowo zmienia naszą rzeczywistość. Nasze życie, nasze ciała, nasze poglądy na świat, nawet naszą moralność. Ani się obejrzymy, gdy całkowicie nas zmieni. Porzucimy starą skorupę Homo sapiens i staniemy się Homo deus – ludźmi-bogami. Jak to się (może) stanie i co z tego (może) wyniknie? A, tu kończę spojlerować i odsyłam do najnowszej książki Yuvala Noaha Harariego pt.: „Homo deus. Krótka historia jutra”.

Fascynująca. Lektura obowiązkowa dla każdego, choć – uwaga – momentami bolesna!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s