Pocztówka z Warszawy

Pocztówka z Warszawy. Miasta, które mnie nieustannie zaskakuje. Z każdą wizytą odkrywam coś nowego. W tym roku na przykład – trupy i kontrasty. O europejskiej metropolii, która trupem stoi, trupa czci i trupem się karmi napiszę „inną razą”, bo muszę się przemóc, dziś o kontrastach.

Warszawski sierpień, Stary Mokotów. Niby blisko centrum, a cisza, spokój, sielsko, zielono. Wychodzisz z hotelu, przechodzisz przez szeroką arterię i już – jesteś w parku. Psy biegają, dzieci igrają. Na ławce po lewej zaległ pan z kacem, na ławce po prawej kilku panów wytrwale pracuje nad kacem przyszłym. To Warszawa biedna. Ale Warszawa bogata jest tuż obok. Wystarczy lekko podnieść głowę, by ją zobaczyć. Oto na górującym nad mokotowskim parkiem balkonie siedzą pan z panią. Balkon klasy wyższej, z chromowanego metalu i szkła, przyrośnięty do pasującego stylem apartamentowca, pan z panią też niczego sobie: markowi od stóp do głów, wyprasowani, fryzjer, manikury, pedikury i maleńki piesek rzadkiej rasy na dodatek. High class po warszawsku też pracuje nad kacem, sącząc z rżniętych kieliszków idealnie schłodzone prosecco i spoglądając w dół z mieszaniną rozbawienia i… Nie wiem… Współczucia? Zażenowania? Trudno powiedzieć, twarze bogaci państwo mają młode botoksem, więc mimikę mało wyrazistą. Nie to, co panowie z dolnych ławek – u nich same zmarszczki, a każda aż krzyczy emocją.

Idę dalej, docieram do skraju parku, a tam kolejna szeroka arteria, za nią znowu park. Łazienki. Nim jednak one, następny apartamentowiec. Tym razem wysoki, że ho-ho i w tej swojej wysokości samotny, że joj. Dumnie pręży się na tle wieczornego nieba, bezwstydnie bijąc po oczach architektoniczną mieszanką stylu nowoczesnego z niby-mauretańskim… Skąd wzięło się tutaj to dziwo? A to już tylko czort, developer i główny architekt miasta wiedzą. Nawet ładny jest ten niepasujący do niczego wytwór ludzkiej fantazji, tylko właśnie… Jak on się ma do pijaków w parku? Nijak się ma! A do po sąsiedzku ukrytej w zieleni rosyjskiej ambasady? Niskiej, przysadzistej parodii greckiej świątyni? No nijak. Nijak!

Odwracam głowę. Staję tyłem do ambasady, przodem do parku, z którego przed chwilą wyszłam. Patrzę i oczom nie wierzę. Między drzewam, nad sztucznym stawem pan z panią. Ci z pewnością nie pijają prosecco. Jeśli coś pijają, to raczej alkohole tanie i zarazem wysokoprocentowe. A może to abstynenci i nie piją wcale? Nie wiem, butelki, kieliszków, ani nawet termosu przy nich nie dostrzegam. Widzę za to wędkę. W środku miasta, tuż obok rosyjskiej ambasady i apartamentowca po milionie złotych za metr w kwadracie, pan z panią łowią sobie rybki w parkowym stawie! Szybko – telefon, zdjęcie, proszę bardzo: oto dowód, że mi się to nie śni!

Mam dość. Wracam do hotelu. Może nie przez park, może inną drogą? Dobrze, niech będzie tędy. Robię dwa kroki i znikają mi z oczu ambasada, szeroka ulica, mauretański wieżowiec, wędkarz i jego małżonka… Robi się cicho, spokojnie, wieczornie. Zero samochodów. Wspinam się po schodach, starając się bezboleśnie wyminąć ich rezydentów. Trzech panów w różnym wieku pracuje nad kacem, sącząc bezpośrednio z butelek rodzime wino, takie swojskie prosecco. Panowie nawet grzeczni, problemu nie robią, nawet kłaniają mi się na powitanie. Na pożegnanie, gdy jestem już hen-hen wysoko nad ich głowami, dobiega mnie głośne i dobitne „błeeeeee”. Widać alkohol był zwietrzały, skoro go organizm nie przyjął.

Ależ gorąco! Muszę się napić. Wstępuję do lokalnego sklepiku po piwo.

Bezalkoholowe.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróżniczo. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s