W Polsce, czyli wszędzie [recenzja]

Byłoby to w naszej słabości oraz w naszych trudnościach jakąś pociechą, gdyby wszystko niszczało tak wolno, jak powstaje. Tymczasem zysk wzrasta powoli, a strata spiesznie (Seneka, Listy moralne do Lucyliusza)

Cytatem z Seneki Edwik Bendyk rozpoczyna swą najnowszą książkę i do Seneki się w niej często odwołuje. Nasz świat, świat jaki znamy, dobiega bowiem końca. Cywilizacja, z jej energochłonnym, nie znającym granic ekologicznych kapitalizmem, z jej postoświeceniową organizacją, polityką, regułami społecznymi, religiami rodem ze starożytności i uporczywym lekceważeniem zmian klimatycznych właśnie dociera do klifu. Klifu Seneki.

A my udajemy, że tego nie zauważamy.

>>Pojęcie klifu Seneki wprowadził do obiegu Ugo Bardi, włoski ekonomista związany z Klubem Rzymskim. (…) Państwo, cywilizacja rosną i krzepną powoli, upadają jednak zazwyczaj szybko, nie dając czasu na przygotowanie się do katastrofy. Historia Polski jest dobrą ilustracją tezy Bardiego, wielokrotnie spadaliśmy z „klifu Seneki”, uporczywie zapominając wnioski z wcześniejszych upadków.<<

– pisze Bendyk w jednym z początkowych rozdziałów książki pt.: „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”.

Rozbiory, tragedia II wojny światowej, koniec PRLu, spowodowany przecież nie tyle (albo – nie tylko) powodami politycznymi, co raczej niewydolnością gospodarczego aparatu, który aż 20% energii przeznaczał na utrzymanie systemu dostarczania energii. 20% energii u kresu Polski Ludowej szło na utrzymanie niewydolnego już wówczas górnictwa…

Jeśli myślicie, że najnowsze dzieło Edwina Bendyka, dziennikarza naukowego i wizjonera jest o Polsce, to macie rację i mylicie się równocześnie. Bendyk, na co stać niewielu rodzimych publicystów, spogląda na nasz kraj z zewnątrz i umieszcza go we właściwym miejscu świata. W roli państwa półperyferyjnego, między Zachodem, do którego stale, mniej lub bardziej udolnie dążymy, i Wschodem, wobec którego mniej lub bardziej udolnie staramy się pełnić rolę „oświeconego mocarstwa”. W tej niezwykłej książce, stanowiącej swego rodzaju syntezę naukowo podbudowanych prognoz na przyszłość, Polska się owszem pojawia, ale raczej jako przedmiot, nie podmiot nadchodzących dziejów. Jako pretekst, przykład społeczeństwa, które nie przyjmuje do wiadomości, więc się boi i zaprzecza.

Nie ma się zresztą czego wstydzić – my, ludzie, niezależnie od tego, z jakiego jesteśmy kraju i kontynentu, zdajemy sobie w głębi ducha sprawę z tego, że stoimy nad przepaścią. Wszyscy boimy się lotu w dół, a że nie widzimy znikąd ratunku – boimy się. Do tego większość z nas zaprzecza rzeczywistości. Jakby pobożne zaklęcia mogły tu coś zmienić.

Bendyk wzywa nas do tego, byśmy wreszcie przestali zaprzeczać i spojrzeli prawdzie w oczy. Tak, klimat się zmienia i tak, przykładamy do tego rękę. Tak, jest nas na Ziemi bardzo wielu i tak, to jest problem. Owszem, szóste wielkie wymieranie gatunków to nasza sprawka i to na nas się ono odbije. Paliwa kopalne co prawda jeszcze się nie kończą, ale efektywność energetyczna ich wydobycia spada, koszty ekologiczne rosną, a alternatywa w postaci OZE i atomu może nie wystarczyć naszej rozbuchanej, podpiętej do sieci cywilizacji.

Ludzie to widzą, wiedzą, boją sie i buntują.

Protestują, kłócą się ze sobą, nie wierzą politykom, ekspertom, naukowcom i bogaczom.

Może słusznie? Edwin Bendyk stawia odważną, graniczącą z teorią spiskową tezę, że bogacze tego świata, owe słynne 1% ludzkości, doskonale zdają sobie sprawę z zagłady, jaka nas najprawdopodobniej czeka, i – najkrócej mówiąc – są gotowi ponieść ofiarę z naszych żywotów. Póki możemy, mamy na nich tyrać, a potem powinniśmy sobie wymrzeć. Oni natomiast przetrwają, zaprzęgając do roboty na swoja rzecz naukowców, którzy coś przecież wymyślą. Jakiś bezpieczny bunkier, jakąś kosmiczna rakietę, gdzie 1% przetrwa i zadba o to, by nasz gatunek nie wszystek wymarł.

Mogłabym pisać i pisać, ale już kończę – sami sobie „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata” przeczytajcie. Wspomnę jeszcze tylko na koniec o trendzie, który wymienia Bendyk, a który mnie zszokował.

Chodzi mianowicie o ekofaszystów. Eko i faszyści? Nie pasuje, prawda? Przecież wszystko, co jest eko kojarzy sie z lewakami? A jednak. Oni, ekofaszysci juz tu są, choć nieśmiało i już głoszą swoje tezy. Ludzi na Ziemi jest zbyt wielu? Wielu z tych wielu jest zbędnych, bo tylko bez sensu się rozmnażają i konsumują zasoby Ziemi, a niczego sensownego nie wytwarzają? Co z nimi zrobić? Co powinno stanowić ostateczne rozwiązanie kwestii przeludnienia?

DEPOPULACJA, rzecz jasna.

Ciarki chodzą po plecach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Publicystycznie, Recenzyjnie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s