Zmora [recenzja]

zmoraNiemcy tuż po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Ponury obraz pogrążonego w apatii, zdewastowanego moralnie, raczej obrzydliwego społeczeństwa. W jego centrum człowiek kultury – pisarz, który czasy nazizmu przetrwał na emigracji wewnętrznej. Nie popierając, więcej, czując nienawiść do władzy, nie robił wiele (nic?), by z nią walczyć, gdy była silna, ale poprzysiągł zemstę, kiedy upadnie.

Władza upadła, pisarz przeżył. I co?

I nic! Tonie w maraźmie, apatii, narkotykowym ciągu morfiny, przerywanym nagłymi i daremnymi zrywami spod ziemi chyba wydobywanej energii. Chce żyć, chce tworzyć, czuje się zobowiązany napisać „na świeżo” powieść – świadka czasów dopiero co minionych, gromadzi nawet swoje wspomnienia o nazistach, ale… Po cóż, skoro nie tylko jego pokolenie, ale i kolejne pokolenia Niemców płacić będą światu niekończącą się kontrybucję za winę, która zmieniła naród poetów w odczłowieczonych morderców? Wszystkich bez wyjątku – także tych, którzy udali się na wewnętrzną emigrację, jak pisarz Doll i jego młoda żona Alma.

Niemal autobiograficzna, choć jak to u Falady – sfabularyzowana historia, niepiękna, nie przynosząca zbyt wiele nadziei (ledwie odrobinkę, na koniec) i w sumie przykra w czytaniu. Ale, jak we wstępie wspomina sam autor, przykra była także i w pisaniu. No i nie zapominajmy, że to przedostatnia rzecz, jaką popełnił Hans Fallada. Jeszcze tylko wstrząsający „Każdy umiera w samotności” i ten wielki niemiecki pisarz, dokumentalista pierwszej połowy XX wieku umrze przedwcześnie w roku 1947. Jego zbyt wrażliwe serce nie wytrzyma ogromu okropieństw, jakich był świadkiem.

Na pogrzebie nie pojawią się dostojnicy z „nowych” niemieckich władz.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Małe życie [recenzja]

male-zycieDoczołgałam się w końcu do finału „Małego życia”. Nie porzuciłam książki w połowie tylko dlatego, że uznaję porzucenia lektur za czytelniczą porażkę.

„Najgłośniejszą amerykańską powieść roku” podsumować można właściwie trzema określeniami: szczegółowa pornografia cierpienia, przesłodzenie prowadzące prostą drogą do umysłowej cukrzycy i okropna, z każdym kolejnym słowem dodatkowo pogłębiająca się nuda.

Zanudzić czytelnika nieomal na śmierć to prawdziwa sztuka. Zwłaszcza, że pomysł jest oryginalny, bohaterowie (początkowo) ciekawi i wydaje się – żywi, a język książki całkiem niezły. Mamy oto czterech przyjaciół, których połączył college i Nowy Jork – miasto sztuki, tolerancji i możliwości. Każdy z kumpli jest inny, każdy zmaga się z innymi demonami, każdy dąży do swego własnego, czasem nieuświadomionego celu. Najbardziej tajemniczy z nich jest Jude. Niepełnosprawny, milczący młodzieniec. Im dalej w narrację, tym mocniej autorka skupia się właśnie na nim, wreszcie właściwie porzucając na jego rzecz pozostałą trójkę bohaterów.

„Małe życie” jest więc tak naprawdę opowieścią o jednym życiu. O kimś, kto otrzymał od losu ponadprzeciętną dawkę zła. O wiele większą, niż zwykły człowiek może wytrzymać. Zrozumiałe jest zatem, że Jude cierpi.

Ale jak on cierpi!

A my? My cierpimy razem z nim! Cierpimy tak bardzo, że w końcu, zamiast mu współczuć, zaczynamy mieć Jude’a dosyć. Nie reagujemy już pozytywnie na jego nieustanne „przepraszam, że żyję”, nie wzruszają nas kolejni przytulający go do serca ludzie, ani łzawe rozmowy na tysiąc razy omówione tematy. Nie mamy ochoty towarzyszyć nieustannie powracającym, tym samym problemom, ani obserwować, jak nawet nie próbuje sobie pomóc.

(Nie chcę spojlerować, ale aby podać przykład: Jude się tnie. Żyletkami rani swoje ręce, gdy ma gorszy dzień. Opisy tego, jak to robi, są powtarzalne do wymiotów, długaśne i nic nie wnoszą do fabuły. A to tylko taka drobna próbka treści, naprawdę!)

To mogło być niezłe studium psychiki osoby z traumą. Wyszła opera mydlana. Happy endem jest to, że się wreszcie skończyła.

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Shantaram [recenzja]

shantaram„Kiedy ją pocałowałem, burza z jej błękitnych oczu przeniosła się do naszych ust, a łzy, które spłynęły po jej pachnącej cytryną skórze, były słodsze od miodu świętych pszczół z ogrodu jaśminowej Świątyni Mombadewi”. Wpis poświęcony Shantaram, którą to książkę Marcin Meller raczył określić „czytelniczym Świętym Graalem”, celowo zaczynam od cytatu. Według mnie to raczej przykład rozdmuchanej do granic możliwości grafomanii, ale… grafomanii niepozbawionej pewnych zalet.

„Shantaram” jest bardzo obszerną, sfabularyzowaną autobiografią autora (tak przynajmniej wnosić można z opisu na okładce). Postaci bezsprzecznie ciekawej – australijskiego bandyty i narkomana, który ucieka z ciężkiego więzienia w swoim kraju do Indii, na kolejne dziesięć lat wiążąc się z międzynarodową szajką trzęsących Bombajem gangsterów. Żyjąc z pracy dla lokalnej mafii, równocześnie utrzymuje kontakty z podobnymi jemu samemu cudzoziemcami – przestępcami, prostytutkami oraz ludźmi, którym coś się po prostu w rodzinnym środowisku nie powiodło. Śmiało wkracza też do egzotycznego środowiska mieszkańców bombajskich slumsów. Żyje z nimi i organizuje bezpłatny punkt pomocy, w którym jako niedyplomowany medyk przyjmuje tych, których nie stać na usługi prawdziwego lekarza. Zakochuje się w niezwykłej femme fatale i wikła w coraz bardziej skomlikowane i niebezpieczne związki… Tyle o treści książki, nie chcę Wam bowiem zepsuć przyjemności poznawania przygód australijskiego zucha co się zowie!

No właśnie… Nasz bohater budzi mieszane uczucia. Z jednej strony to agresywny, zawsze skory do bitki przestępca, bez zmrużenia oka gotów łamać prawo dla własnej korzyści, z drugiej człowiek honoru – odważny do granic szaleństwa, unika zabijania, niesie pomoc. Jak kocha, to tę jedną, jedyną, jak się przyjaźni, to na śmierć i życie. Jest dobrze wykształcony, otwarty na innych ludzi, chętnie poznaje nową dla siebie kulturę bombajczyków, uczy się hindi i lokalnego dialektu, jakim posługują się mieszkańcy tej wielkiej indyjskiej metropolii, spogląda na nich z sympatią, bez cienia rasizmu, czy typowego dla członka zachodniej cywilizacji poczucia wyższości nad „biednym dzikusem”. Przygody Lina („Linbaby”) są tak fascynujące, że aż… niewiarygodne.

I tu drugie „no właśnie”. Książkę czyta się doskonale. Na początku. Bombaj to bardzo barwne miasto. Stolica indyjskiego przemysłu filmowego jest taka, jak dzieła bollywoodzkiej fabryki snu – kontrastowa, niezwykle różnorodna, przerysowana wręcz. „Shantaram” także jest przerysowane. Kipi od opisów, kolorów, smaków, zapachów, nietuzinkowych, momentami zbyt wyrazistych postaci, akcji rozwijającej się w szalonym tempie, emocji o temperaturze zwykle bliskiej wrzenia, przemyśleń i metafor zawsze sięgających wyżyn pisarskiego kunsztu, takich, jak krótka próbka, którą zacytowałam na początku.

Dokładnie takich, niestety.

Górnolotny, ociekający pseudointelektualnym zadęciem styl a’la Coehlo powraca natrętnie niczym mucha przy okazji każdego wyciszenia akcji. Dominuje w opisie międzyludzkich relacji, w refleksjach, retrospekcjach, zapowiedziach przyszłych wydarzeń. Po dwustu stronach jest jeszcze akceptowalny. Po czterystu zaczyna męczyć. Po kolejnych kilkuset staje się naprawdę nieznośny. Na końcu śmieszy i sprawia, że ostatnie rozdziały są dla czytelnika zwyczajną torturą. Do Świętego Graala „Shantaram” jest bardzo, bardzo daleko. Mimo, że akcja jest wartka. Mimo, że temat chwytliwy. Mimo, że otoczenie egzotyczne. Mimo, że bohater jest uniwersalny.

„Cień Góry” tego samego autora chyba sobie jednak daruję…

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

A w nowym roku jest tak…

lunas-eyes-and-the-snow-flakes-1133707_640W nowym roku pada śnieg. Nie przepadam, ale planując zjawiska atmosferyczne, nikt mnie nie pyta o opinię. A może powinnam napisać „Nikt” z dużej litery? W znaczeniu, że Bóg? Istota wyższa? Bezosobowa siła sprawcza? Nie wiem, mam prawie czterdzieści lat, ale jeszcze się nie zdecydowałam, czy i w co wierzę… Nie sądzę, żebym podjęła tę decyzję w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Nie sądzę, żebym ją kiedykolwiek podjęła. Cóż, pytać, błądzić i wątpić to rzeczy ludzkie 😉

Początek nowego roku to niezły moment na podsumowania i plany. Dla mnie tym lepszy, że żyję z kalendarzem, zegarkiem i notesem w ręku, nieustannie coś podsumowując i planując. Nie, żebym się dokądś szczególnie śpieszyła, po prostu: projektowanie najbliższej przyszłości leży w mojej naturze. Ciężko bym się rozchorowała, gdyby zabrano mi możliwość nieustannego budowania w głowie listy spraw do załatwienia. O tej-i-o tej-godzinie, tego-i-tego-dnia robimy to-i-to przez tyle-a-tyle-minut. Wstajemy o szóstej i od razu wkładamy głowę pod kran, co trwa cztery minuty. Szósta-zero-pięć jesteśmy w kuchni, gotujemy wodę na herbatę, szykujemy śniadanie. Jemy, czytając do godziny siódmej-zero-zero (o zgrozo – nie dość, że jem w łóżku, to jeszcze narażam książki na ryzyko tłustych plam!), potem wstajemy i przystępujemy do kolejnych czynności, które też mamy zaplanowane strategicznie i taktycznie niczym pruski generał.

Co poradzić, tak mam. Kto mnie kocha i lubi, musi z tym żyć. Ja w zamian muszę żyć z przynależną większości ludzi dezorganizacją, na którą reaguję wręcz fizycznym bólem. Także jesteśmy kwita, ok?

Wracając do podsumowań – rok 2016 zawodowo zaliczam do udanych. Zostałam w nim freelancerem „pełną gębą”. Pracuję w domu nad tym i owym, głównie słowem, czyli tak, jak lubię. Spełniam się w tym – mam satysfakcję, mam swobodę, mam więcej czasu dla siebie, dla rodziny, ale może przede wszystkim – na praktykowanie pasji czytelniczo-pisarskiej. Oczywiście freelance przy wszystkich swoich zaletach, ma też i wady (napiszę o nim szerzej innym raziem), ale doceniam to, że dał mi przez ten rok wiele twórczej wolności. Efekt? No cóż, zrealizowałam obietnicę, jaką dałam samej sobie na początku roku ubiegłego: aktualnie kończę czwartą książkę. Popełniam ten wpis w przerwie prac nad ostatnim szlifem przed-redakcyjnym (pod koniec stycznia planuję wysyłkę do wydawcy – trzymajcie kciuki!). Cóż to będzie? Chyba mogę Wam już zdradzić: tym razem zbiór opowiadań. Dwie historie wydarzone, dwie wyśnione, pozostałe -zmyślone. 

Chciałabym, byście z czytania ich mieli tyle samo radości, ile mnie sprawiło ich spisanie! Tak, tak, wiem, że radość z pisania czerpią tylko grafomani, prawdziwy artysta pracując – cierpi. Ja też się czasem męczę nad pustą kartką, też czasem kasuję całe akapity… Częściej jednak w trakcie procesu twórczego wpadam w ten cudowny, legendarny już stan flow, którego tak pragną wyznawcy pozytywnej psychologii. Ja go mam. Miewam. Kiedy piszę. Albo kiedy czytam. Pewnie z tego powodu tak lubię obie te czynności. I górskie wędrówki. W górach też zdarza mi się „odlecieć” 😉

Najważniejsze podsumowanie poczynione, pozwólcie, że na koniec podzielę się jeszcze z Wami najważniejszym postanowieniem. Związane jest z czytaniem. A właścicie w nieczytaniem. Postanowiłam oto nie zaszczycać więcej swoją uwagą forów internetowych. O ile uda mi się wytrwać, w roku 2017 nie będę czytać coraz bardziej zjadliwych, nienawistnych dyskusji pod artykułami, które ukazują się w sieci, ponieważ wyjątkowo mnie one dołują (mam nawet taką teorię, że to właśnie sieciowy hejt stanowi praprzyczynę dla hejtu, który obserwujemy aktualnie w przestrzeni pozainternetowej). Chcę być daleko od obrzucania się nawzajem błotem pod byle pretekstem… Swoją drogą to niewiarygodne, ale dożyliśmy czasów, w których każdy temat okazuje się być zapalny. Nawet te z pozoru całkowicie neutralne, budzą negatywne emocje, a im dalej w drzewko komentarzy, tym więcej w nich złości… Spróbuję też, choć to trudne, nie brać udziału w światopoglądowych dyskusjach na Facebooku. Chciałabym również ograniczyć śledzenie bieżącej polityki w mediach. Ale tu tylko „chciałabym”, bo obawiam się, że nawet, jeśli mnie udałoby się zapomniej o polityce, to polityka zrobi wszystko, żeby mi o sobie przypomnieć.

No cóż, wtedy wezmę do ręki książkę i ogłoszę, że nie ma mnie dla nikogo 😉

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

 

Opublikowano Filozoficznie, Publicystycznie | Dodaj komentarz

Stary król na wygnaniu [recenzja]

staryBardzo trudno jest wniknąć w umysł osoby chorej na Alzheimera. Tym trudniej, że, jak pisze Arno Geiger, u każdego choroba przebiega nieco inaczej, każdego inaczej upośledza. Zawsze jednak przede wszystkim odbiera – wspomnienia, osobowość, kontakt z rzeczywistością. Autor „Starego króla na wygnaniu” zdaje się jednak dostrzegać także pozytywne aspekty choroby własnego ojca.

Arno Geiger został okrzyknięty jednym z najlepszych współczesnych austiackich pisarzy. Po polsku ukazały się trzy z jego powieści – „U nas wszystko dobrze”, „Wszystko o Sally” oraz „Stary król na wygnaniu”. Pierwsze z wymienionych przede mną, „Stary król…” za mną, pozostałe… cóż, może przeczytam w oryginale? Chciałabym, bo język niemiecki powstał chyba właśnie po to, by w nim tworzyć literaturę. W mowie szorstki, w czytaniu jest po prostu piękny!

Przepraszam za dygresję, już wracam do recenzji 😉

„Stary król na wygnaniu” jest równocześnie portretem starzenia się ojca autora i próbą wniknięcia w jego świat, odgrodzony od innych ludzi wysokim murem Alzheimera. Stary król, ojciec rodu, choć przebywa wśród bliskich i we własnoręcznie wybudowanym rodzinnym domu, jest wygnany, ponieważ z dnia na dzień traci to, co jako jedyne niezaprzeczalnie należy do każdego człowieka. Nawet niewolnik nadal coś ma – swoje wnętrze, swoje myśli, swoje „ja”. Traci je dopiero umierając, bądź oddając się szaleństwu. Albo ulegając chorobie umysłu. Ojcu Geigera odbierane są więc po kolei: wspomnienia, jasność myślenia, logika wypowiedzi, orientacja kim się jest i kim są ludzie wokół, wreszcie – bezpieczeństwo. Człowiekowi, który po traumatycznych przeżyciach wojennej młodości postanowił już donikąd nie podróżować (na wojnie był wszędzie i widział wszystko) zabiera się świadomość tego, że przebywa we własnym domu! August Geiger będzie więc raz po raz wyruszał na poszukiwanie „domu” – tego miejsca we własnej głowie, w którym czuł się u siebie…

Bezsensowne okrucieństwo starości?

Z pewnością. Rodzina Arno Geigera i sam autor też tak postrzegają sytuację. Z początku są źli – nie rozumieją przyczyny nielogicznych zachowań ojca. Potem, kiedy pojmą, że to nie starczy upór, a choroba, przerażeni, podejmą trud opieki nad nim tak długo, jak będzie to możliwe. Wreszcie umieszczą go w zakładzie opiekuńczym, gdzie będą odwiedzać coraz bardziej oddalającego się od nich i od siebie Augusta. Arno Geiger udokumentuje jego odchodzenie (bardzo ciekawe zapiski rozmów z chorym na Alzheimera!) i wyciągnie z niego zaskakująco optymistyczne wnioski.

Czy życie z chorobą odzierającą z godności i osobowości nadal jest życiem? Tak, może nawet bardziej, bo choć „nie umiem już niczego”, to nadal „mogę się jeszcze cieszyć, kiedy innym coś się uda”. Nadal mogę czuć wdzięczność za to, że ktoś mnie odwiedza, że komuś na mnie zależy, że ktoś o mnie dba. Że dane mi jest rozmawiać z innym człowiekiem. Co z tego, że jest to człowiek równie wygnany, jak ja sam? Wciąż mogę usiąść na ławce w ciepłych promieniach słońca i obserwować, jak rosną jabłka w moim ogrodzie. Nadal od czasu do czasu odczuwam rozkosz płynącą z samej świadomości istnienia, jak każdy inny człowiek. Bo czy życie nie polega właśnie na tym?

 

Opublikowano Filozoficznie, Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Czarne dziury [recenzja]

czarne-dziury„Czarne dziury” Stephena Hawkinga to nie tyle książka, co raczej książeczka. Króciutka, za to bardzo konkretna. Zapis wykładów, które słynny fizyk wygłosił w telewizji BBC na początku roku 2016. Szybko, bo już pod koniec tego samego roku, nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, ukazuje się ich polskie tłumaczenie.

Hawking to naukowiec – celebryta. Światowy fenomen. Po pierwsze, genialny badacz, kompletnie zafiksowany na tematyce tajemniczych kosmicznych obiektów, zwanych czarnymi dziurami. Po drugie, wielki umysł zamknięty w unieruchomionym chorobą ciele (dzięki niemu każde zainteresowane fizyką dziecko wie, czym jest stwardnienie zanikowe boczne). Po trzecie, i dla jego sławy chyba najważniejsze, fantastyczny nauczyciel, potrafiący prostymi, trafnymi słowami wyjaśnić zwykłemu zjadaczowi chleba to, co wydawało się być niepojęte wielu naukowcom. Na przykład Albertowi Einsteinowi…

Z „Czarnych dziur” nie dowiecie się oczywiście na tytułowy temat wszystkiego, co wie współczesna nauka, ale dowiecie się akurat tyle, ile wiedzieć wypada laikowi. W swojej książeczce, bajce dla dorosłych, tyle że, w przeciwieństwie do większości bajek – stuprocentowo prawdziwej – Hawking szkicuje pokrótce historię badań nad tymi obiektami kosmicznymi, prezentuje aktualną wiedzę na ich temat oraz zadaje pytania, na które odpowiedzieć przyjdzie pokoleniom jego następców (choć przyznać należy, że autor wciąż nie traci wiary w to, iż jemu samemu także uda się dokonać kilku odkryć 😉 ).

Dlaczego wspomniałam Alberta Einsteina?

No cóż, ojciec ogólnej i szczególnej teorii względności uważał, że czarne dziury nie mają prawa istnieć. W roku 1939 napisał artykuł, w którym dowodził, iż gwiazdy nie mogą zapadać się pod wpływem grawitacji, bo byłoby to niezgodne z regułami fizyki (i pisał to ten, który prawa klasycznej fizyki złamał!). Materii, według Einsteina, nie można skompresować ponad pewną graniczną wartość. A potem przyszedł Hawking i dokonał kompresji materii, co więcej, rozpalił w naukowym świecie ponowną fascynację siłą grawitacji w jej nowej, pozanewtonowskiej odsłonie. Wiele z jego teoretycznych obliczeń już zostało udowodnione w badaniach empirycznych, inne wciąż czekają na potwierdzenie, a czasem nawet… na zaprzeczenie. Jak na przykład przekonanie o tym, że z czarnej dziury nic się nie wydostaje. Takie stanowisko Hawking prezentował jeszcze niedawno. Dziś uważa, że wpadając do czarnej dziury, można się z niej wyłonić – w tym, albo w innym wszechświecie. Oczywiście teoretycznie, ale to twierdzenie niesie dla nas wielką pociechę, bo – cytując Stephena Hawkinga:

„Jeżeli czujesz, że jesteś w czarnej dziurze, nie poddawaj się – zawsze jest jakieś wyjście!”

Co było, jest, albo będzie do udowodnienia 😉

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz

Księgi Jakubowe [recenzja]

ksiegi„Historia Jakuba Franka jest tak zdumiewająca, że trudno uwierzyć, iż naprawdę się zdarzyła” – tym cytatem z Olgi Tokarczuk chciałabym zacząć recenzję jej wielkiego dzieła, jakim bez wątpienia są „Księgi Jakubowe”. Długo się zbierałam do lektury, ponieważ przerażał mnie jej rozmach – jako czytelnik nie jestem wielbicielką opowiadania historii przy użyciu tak wielkiej liczby słów. Jednak wyjaśnienia autorki, że inaczej się nie dało i że w drodze kompromisu ucięła dodatkowe 500 stron przyjęłam, w odosobnieniu usiadłam, czas odpowiedni sobie zarezerwowałam i przeczytałam. A skoro tak, to dzielę się wrażeniami.

Rozpoczynając przygodę z frankistami, nie byłam całkiem nieświadoma tego, o o kim traktują i czym są „Księgi…”. Nie dlatego, żebym sama się wcześniej tematem interesowała. Po prostu – byłam na spotkaniu z Olgą Tokarczuk, które „Księgom…” właśnie zostało poświęcone. Coś niecoś z tego spotkania wyniosłam:

  • 20 lat badań – ślęczenie nad źródłami, podróże, wyszukiwanie naukowców specjalizujących się w wieku XVIII;
  • 7 lat pisania – warsztat literacki wielokrotnie sprawdzony w boju („żeby dobrze pisać, trzeba dużo pisać” – to też cytat z Olgi Tokarczuk);
  • cierpliwość mnicha, rzetelność badacza, zmysł dokumentalisty

– oto, czego potrzeba, by otrzymać drugą w swoim życiu literacką nagrodę NIKE. Za książkę, która liczy sobie 900 stron tekstu drobnym drukiem, ale może bardziej za odwagę porwania się na ten kawałek historii naszego kraju, który dotąd jakoś umykał zainteresowaniu pisarzy.

A przecież jest niesamowity! Rzecz cała dzieje się w drugiej połowie wieku osiemnastego. Początkowo na wschodnich kresach konającej Rzeczpospolitej, potem w Częstochowie, Warszawie, wreszcie w Austrii i w Niemczech. Pomiędzy Żydów – talmudystów, chasydów, kabalarzy – przybywa człowiek z Turcji, który ogłasza się prawdziwym Mesjaszem. Ma tak wielką charyzmę, że porywa za sobą tłumy. Nie bez przeszkód, ale formuje coś w rodzaju religijnej sekty, która różnymi sposobami – namową, podstępem, zabieganiem o stronników i z pomocą niemałej sumy pieniędzy, staje się zarzewiem szczególnego plemienia przechrztów. Żydów, którzy niby przyjęli chrześcijaństwo, a tak naprawdę pozostali wierni swemu Panu (Jakubowi Frankowi), potem Pannie (jego córce Ewie). Wielu z nich otrzymało szlachectwo, wielu zyskało duże wpływy polityczne, naukowe, kulturowe. Wielu z nas jest ich potomkami, choć większość nie ma o tym pojęcia…

Czy Jakub Frank był po prostu osobnikiem z przerośniętym ego, osobliwym darem wymowy i niezwykłą charyzmą, której używał do tego, by mamić swoich wyznawców, wykorzystywanych finansowo i seksualnie? A może wierzył, że naprawdę jest samym Bogiem? Tego Tokarczuk nam ostatecznie nie wyjaśni. Te tajemnice Jakub Lejbowicz Frank zabrał wraz ze sobą do grobu. Można jednak próbować przyjrzeć mu się z wielu odrębnych punktów widzenia, można opisać go różnymi ustami, można oddać głos jego współczesnym – przyjaciołom, czcicielom, wrogom i ludziom obojętnym, którzy po prostu zetknęli się z nim osobiście. I to robi w „Księgach Jakubowych” ich autorka, snująca w swojej wielkiej powieści opowieść o samym Jakubie oraz najważniejszych spośród frankistów. Ocenę swego bohatera pozostawiając czytelnikowi.

Ja bym mu nie zaufała, ale Oldze Tokarczuk ufam zdecydowanie!

Podoba mi się jej ostatnia powieść, mimo tego, że po skończonej lekturze czuję się zwyczajnie zmęczona. Tylu tu bohaterów, tyle tematów pobocznych, tyle wątków realnych, metafizycznych, biblijnych! I Tora i Talmud i Zohar! I z detalami oddane tło historyczne, a na nim relacje polsko-żydowskie, chrześcijańsko-żydowskie, żydowsko-żydowskie wreszcie. I feminizm i ukochana przez Tokarczuk tematyka życia jako drogi! Jest tu wszystko, bardzo dokładnie rozpracowane. Pewnie dlatego „Księgi Jakubowe” zamknięto w niesłychanej wprost, trudnej do ogarnięcia liczbie słów…

Osobiście doceniam surową szczerość, z jaką Tokarczuk odmalowuje polską rzeczywistość tuż przed rozbiorami. Oczywiście, że siłą rzeczy najwięcej miejsca poświęca Żydom, co też jest bardzo ciekawe, ale w sposób oszczędny i wstrząsający zarazem uświadamia nam także, co oznaczało bycie w tamtych czasach chłopem pańszczyźnianym. Perspektywa tak ponura, że aż odechciewa się po raz kolejny sięgać po Trylogię Sienkiewicza…

 

Opublikowano Recenzyjnie | Dodaj komentarz