Pora chudych myszy [recenzja]

poraPisarz mieszka w moim mieście…

„Pora chudych myszy” to powieść autorstwa Wojciecha Bauera, twórcy który w Gliwicach żyje od roku 1973.  W swoim literackim dorobku ma kilka książek. Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie zetknęłam się z żadną z nich. Wstyd jest podwójny, bo nie dość, że Bauer jest nasz, śląski, to w dodatku tworzy świetną prozę!

Pisząc „nasz”, mam na myśli dosłownie – nasz. „Pora chudych myszy” to thiller tak mocno osadzony w lokalnych realiach, że chyba bardziej się nie da. Miejscem akcji jest… kopalnia. To ona stanowi prawdziwego bohatera tej książki. Gruba z jej ciasnymi, ciemnymi chodnikami, które górnicy (rylce) wydzierają naturze metr po metrze, cierpliwie wykuwając urobek. Robią tak, mimo że gdzieś pod skórą czują, iż czynią źle. Nie powinno się matce-ziemi wykradać jej tajemnic. Wszyscy to chyba rozumiemy, prawda? Zwłaszcza kiedy tam, głęboko wybuchnie metan, albo zdarzy się tąpnięcie. Nam, mieszkańcom powierzchni pęka ściana, im, pracownikom podziemi, pękają życia. Zwyczajnie, jak to w kopalni.

U Wojciecha Bauera nie jest zwyczajnie. Jego najnowsza powieść zaczyna się co prawda od śmierci na grubie, ale nie takiej, jakiej się spodziewamy. Otóż młoda dziewczyna, świeżo upieczona pani inżynier, ginie podczas niedzielnej szychty. Zamordowano ją okrutnie. Ktoś zmiażdżył jej głowę, ktoś rozszarpał plecy. Kto? Człowiek? A może nie-człowiek? Nie wiadomo… Czy chodziło o płeć ofiary? O miejsce, jakie zajmowała w zakładowej hierarchii? Czy na tej jednej śmierci czarna groza się zakończy?

Głównym bohaterem „Pory chudych myszy” jest niejaki Nakonieczny. Sterany życiem były esbek, w momencie, w którym go poznajemy, prywatny detektyw u schyłku kariery. Raczej szuja, niż sympatyczny gość. A jednak… mimo wszystko trudno go nie lubić. Trudno mu nie kibicować. Wraz z nim poszukujemy odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”. Wraz z nim zagłębiamy się w tajemnicze podziemia kopalni. Razem z Nakoniecznym cofamy się w czasie. W jego wspomnieniach raz jeszcze przeżywamy czasy Solidarności na Śląsku, ukazane nam o tyle nietypowo, że z perspektywy człowieka reżimu. Stare grzechy mają długie cienie… Wielowątkowo. U Wojciecha Bauera jest zdecydowanie wielowątkowo, niespiesznie, barwnie, mimo dominującego w powieści mroku. Można by rzec, że „Pora chudych myszy” to typowy thiller, ale to za mało. Ta książka to świetnie namalowany portret Śląska, jakiego wkrótce nie będzie. Regionu, w którym mężczyźni mają oczy obrysowane czarną kreską, choć przecież wcale się nie malowali. Kto ma, albo miał w rodzinie górnika, ten wie, o czym piszę 😉

Aha – Panie Wojciechu – brawo za gwarę. Pan wcale nie je gorol, Pan je nosz!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzyjnie i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s